StarCraft Area Strona główna Pomoc Szukaj Kalendarz Zaloguj się Rejestracja
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?
10.09.2010, 11:37:45

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
+  StarCraft Area Forum
|-+  Miejsce dla was
| |-+  Artykuły, opowiadania (Moderator: oOldXman)
| | |-+  "Niebo i Piekło" - military SF
« poprzedni następny »
Ankieta
Pytanie: Jak oceniasz to opowiadanie?
1 - 0 (0%)
2 - 0 (0%)
3 - 1 (100%)
4 - 0 (0%)
5 - 0 (0%)
6 - 0 (0%)
7 - 0 (0%)
8 - 0 (0%)
9 - 0 (0%)
10 - 0 (0%)
Głosów w sumie: 1

Strony: 1 [2] Do dołu Drukuj
Autor Wątek: "Niebo i Piekło" - military SF  (Przeczytany 900 razy)
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Offline Offline

Wiadomości: 208


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #15 : 29.04.2010, 18:51:11 »

(Hmmm… korzystając z tej przedłużającej się ciszy, zrobię mały manewr z double postingiem. Następny kawałek jest bowiem na tyle krótki, że mogę go dołączyć do poprzedniego, nie poświęcając mu niepotrzebnie posta między wypowiedziami innych)
-------------------------------------------------------------------------------------



* * *

   Sekira czekała pod drzwiami wieżyczki komunikacyjnej, przechadzając się tam i z powrotem z rosnącym zniecierpliwieniem. Pemake się skończyło, i powinni byli wkrótce po nim wznowić pracę, rozpoczętą wcześniej z samego rana i przerwaną na posiłek. Tymczasem mieli już ponad dwualitowe opóźnienie. Nikt dotąd nie opuścił domu – podczas gdy Ezaken próbował skontaktować się z wojskowymi, Savaki i pozostali pilnowali Richtera, zaprowadzonego z powrotem do pokoju, który otrzymał.
   Opóźnienie przedłużało się w miarę jak Ezaken spędzał kolejne enelity wewnątrz wieży komunikacyjnej, i Sekira, niecierpliwiąc się coraz bardziej, zaczęła powoli podejrzewać, że wobec zakłóceń powodowanych przez Terran, porozumienie się z jakąkolwiek placówką wojskową, bądź władzami w ogóle, jest niemożliwe.
   Wreszcie drzwi, w pobliżu których przechadzała się jaszczurzyca, otworzyły się, i wyłonił się zza nich Ezaken.
   -   No i co? – zapytała, kiedy inżynier zamknął za sobą drzwi – Udało się? Rozmawiałeś z władzami?
   -   Tak, ale nie mam pomyślnych wieści – odparł Ezaken
   -   To znaczy co? Nie przyjadą po tego Richtera?
   -   Nie w najbliższym czasie – technik pokręcił głową – Pogratulowali nam wzięcia jeńca i powiedzieli, że niestety nie mogą go zabrać.
   -   Powiedzieli, dlaczego? – Sekira oparła ręce na biodrach
   -   Tak. Powiedzieli, że potrzebują teraz każdego żołnierza do odparcia przeważających sił wroga, i nie mogą ich odsyłać, żeby odbierali pojedynczego więźnia – oznajmił Ezaken z wyraźną irytacją – Polecili nam zatem trzymać go na razie pod strażą, i przedsięwziąć środki ostrożności.
   Technik ruszył w głąb korytarza, kierując się w stronę pomieszczenia zajmowanego przez Ernesta. Sthresianka udała się w ślad za nim.
   -   Mam nadzieję, że im podziękowałeś za te miłe rady – rzekła sarkastycznie – Czy jest coś jeszcze?
   -   W pewnym sensie tak – Ezaken wzruszył ramionami – Powiedzieli, żebyśmy go traktowali zgodnie z naukami smoków, i w żadnym razie nie dręczyli.
   -   Ach, jaka szkoda – zironizowała Sekira – A już miałam ochotę stłuc go jeszcze raz ogonem.
   -   Nie pora na żarty – upomniał ją technik – Dopóki go nie zabiorą, a prędko to nie nastąpi, mamy na karku Terranina, którego nie powinniśmy mierzyć podobną miarą, co Paula i Gastona, i który jest gotów nas zamordować, kiedy tylko nadarzy mu się okazja.
   -   To tylko człowiek – zawarczała Sthresianka – Bez broni nam nie zagraża. Co prawda ja jestem wyszkolona, ale nawet ty i Savaki powinniście sobie z nim poradzić.
   -   Nie uczyli cię na tym twoim wojskowym szkoleniu, żeby ich nie lekceważyć?
   -   Uczyli. Ale w hipotetycznych sytuacjach ludzie byli z reguły uzbrojeni. Powtarzano nam, że w walce bez broni mają z nami nikłe szanse, bo są od nas o wiele słabsi.
   Ezaken i Sekira przebyli duży pokój, uprzątnięty po posiłku, i po chwili znaleźli się przy pokoju Richtera, gdzie już na korytarzu spotkali Savakiego, Gastona i Browna.
   -   Czy z naszym gościem wszystko w porządku? – zapytała Sthresianka już z daleka
   -   Na to wygląda – odrzekł Savaki, podpierający ścianę naprzeciwko drzwi – Siedzi na łóżku i gapi się na nas, jakbyśmy byli gotowi w każdej chwili go zabić.
   -   Mam dla was złe nowiny – wtrącił Ezaken – Ani wojsko, ani policja, nie zabiorą go stąd w najbliższym czasie. Mówiąc o najbliższym czasie, mam tu na myśli conajmniej kilka tygodni.
   -   No to pięknie – Brown rozłożył bezradnie ręce – Czyli będziemy siedzieli tyle czasu z tym psycholem na karku.
   -   A on będzie się okropnie nudził przez cały ten czas, biorąc pod uwagę, jak bardzo jest towarzyski – dodał Gaston ironicznie
   -   Hmmm… – zastanowiła się Sekira – To jest myśl.
   -   Że niby co? – Pioffet spojrzał na nią pytająco
   -   Mamy do wyboru – rzekła Sthresianka – Albo będziemy go tu zamykali na całe dnie, jak we wzorcowym więzieniu, i wypuszczali tylko na czas posiłków lub kiedy będzie chciał odwiedzić łazienkę… albo namówimy go, żeby chociaż pomógł nam w pracy.
   Dopiero po dłuższej chwili pozostali zareagowali na ten pomysł.
   -   On? – odezwał się w końcu Savaki, przerywając ciszę, jaka nastąpiła po słowach jego siostry – Miałby nam pomóc?
   -   Do niektórych zadań by się nadał – stwierdziła Sekira – Mimo, że nie jest farmerem.
   -   Nie o to chodzi – rzekł brat z powątpiewaniem – Przebywanie blisko niego nie jest w pełni bezpieczne. Nie wspominając już o tym, że pracując, nie upilnujemy go i może nam po prostu zwiać. Dlaczego mielibyśmy mu zaufać na tyle, żeby mu coś powierzyć?
   -   Nawet jeśli teraz będzie to dla nas nie do przyjęcia, może z czasem się oswoi.
   -   Może – wtrącił Brown – Albo i nie. Słyszałem opowieści mojego dziadka, co wbijano o was wszystkim do głów w GTU. Jeśli tylko się okaże, że ten facet przyjął to sobie bardzo głęboko do serca, to swojego nastawienia nie zmieni.
   -   Przekreślać go też nie ma co. Zresztą, przecież daleko nie ucieknie, ani też nie zrobi nam krzywdy, jeśli każemy mu na przykład monitorować z budynku ten cholerny system irygacyjny, i zamkniemy go w pomieszczeniu. To jak będzie?
   Sekira spojrzała po pozostałych. Pierwszy odezwał się Savaki.
   -   No, dobra – westchnął ze znużeniem – Pogadaj z nim o tym, tylko krótko. I zapytaj, czy w ogóle się na coś takiego pisze. Dopóki jest naszym więźniem, a nie wojskowych, nie chcę go do niczego zmuszać. Daerion by tego nie pochwalił.
   -   Jak mus, to mus – odrzekła Sekira – Idźcie już, pogadam z nim.
   Wszyscy skinęli głowami i ruszyli w stronę wyjścia. Byli już ubrani w stroje robocze, nie zatrzymali się więc nawet na zmianę garderoby. Sthresianka tymczasem przekroczyła próg zajmowanego przez Richtera pokoju, spoglądając na jeńca.
   Ernest siedział na łóżku z ponurą miną, a w chwili, kiedy Sekira weszła do środka, spojrzał na nią z niepokojem, jakby obawiając się ataku.
   -   Czego chcesz? – zapytał niepewnie
   -   Wygląda na to, że posiedzisz tu jeszcze trochę – odparła Sthresianka – Jakieś kilka tygodni, jeśli faktycznie tylko tyle.
   -   Czyli że nie jadę do waszego obozu jenieckiego? – Richter uniósł brwi – No to chyba powinienem się cieszyć.
   -   Powinieneś – skonstatowała Sekira – Jeśli chcesz codziennie siedzieć w tym pokoju godzinami, zamknięty na całe dnie. Bo, co zapewne rozumiesz, nie ufamy ci na tyle, żeby cię wypuszczać.
   -   Mówisz, jakbyś miała dla mnie jakąś alternatywę.
   -   Bo tak jest.
   Sthresianka zbliżyła się do niego, stając tuż przed łóżkiem.
   -   Masz do wyboru – oświadczyła – Albo to, o czym powiedziałam… albo zgodzisz się zabić czas, pomagając nam przy pracy.
   -   Zgodzę się? – Terranin wyglądał na zdumionego, a jego głos był dziwnie kpiący – Co, nie wykorzystacie tego, że jestem waszym jeńcem? Nie każecie mi po prostu tego zrobić?
   -   To niezgodne z tym, co głosi Daerion – wyjaśniła spokojnie Sekira
   -   Kto? – zapytał Richter ze zdziwieniem, ale jaszczurzyca zignorowała pytanie
   -   Zamiast tu gnić, możesz po prostu pracować z nami – ciągnęła – Znajdzie się coś w sam raz dla ciebie. Jedyny warunek to twoje przyrzeczenie, że nie będziesz próbował uciec, ani zrobić któremuś z nas krzywdy podczas pracy.
   -   Ty chyba sobie jaja robisz? – mimo niepewności o swój los, Ernest zdołał się drwiąco uśmiechnąć
   -   Tylko sezonowo, jeśli znajdę partnera – odparła Sekira zgryźliwie – Rozumiem, że tego obiecać nie możesz?
   Richter nie odpowiedział, ale to wystarczyło Sthresiance.
   -   No, dobra – stwierdziła, podchodząc do znajdującego się obok łóżka schowka – Może z czasem zmienisz zdanie.
   Otworzyła schowek, który był niemal pusty – wyłączając leżącego w środku, niedużego pilota. Wzięła go do ręki.
   -   Czyli po prostu mnie tu zostawicie? – rzekł Ernest – Nie boisz się, że mogę po prostu uciec przez okno? To parter.
   -   Nie boję się – Sekira wyszczerzyła zęby w uśmiechu – Sam zobacz, dlaczego.
   Skierowała pilota na okno i nacisnęła guzik. Sprawiło to, że po chwili zamknęły się na nim solidne osłony przeciwburzowe. Terranin zagapił się na nie ze zdumieniem.
   -   Nawet Sthresianin nie rozwali ich gołymi rękami, a co dopiero ty – oznajmiła, nie przestając się uśmiechać, po czym zamachała pilotem – A to maleństwo chyba na razie sobie zatrzymam. Miłego dnia.
   Schowawszy małe urządzenie do kieszeni spodni, Sekira udała się w stronę drzwi. Po chwili stanęła w progu i ponownie spojrzała na człowieka.
   -   Jakby się okazało, że potwornie się nudziłeś – powiedziała szyderczo – Możemy ci następnym razem załatwić jakąś rozrywkę. Do zobaczenia na nuvere. Czyli, powiedzmy, na kolacji.
   Wyszła na korytarz, zamykając drzwi i blokując je od zewnątrz.


To be continued…
« Ostatnia zmiana: 18.07.2010, 23:54:57 wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Sane Feomar at irfare!"

Sthresiańskie zawołanie bitewne
Mardok
VIP
*
Offline Offline

Wiadomości: 73



« Odpowiedz #16 : 29.04.2010, 21:38:32 »

Richterowi najbardziej opłaca się zgodzić na pracę, po czym uciec (to nie będzie trudne, jak będzie i tak biegał po polach) i dołączyć do jednego z oddziałów GTU. Ciężko będzie tym farmerom go upilnować jak będzie się kręcił po okolicy.
Zapisane


"Jeżeli przeciwnik gra somewhat 3 Gate 1 base all-in, nie techuj na siłę."
Rafikozor
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Offline Offline

Wiadomości: 208


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #17 : 02.05.2010, 14:44:45 »

Możliwe, tyle że w szczerym polu nie tak łatwo byłoby mu ich zgubić - zwłaszcza, jak któryś z nich mógłby jeszcze wsiąść na skuter i go ścigać. Na takiej otwartej przestrzeni człowiek jest dobrze widoczny. Poza tym, nie muszą mu wcale powierzać zadania, jakie wymagałoby łażenia po polu...
Nie wspominając o tym, że są wyraźnie niechętni przydzielania mu pracy, dopóki nie będą mieli gwarancji, że im nigdzie nie zwieje.
Jest też jeszcze jeden czynnik - Richter nie ma absolutnie żadnej orientacji w terenie, więc nie ma również gwarancji, że trafi tam, gdzie by chciał. A gdyby trafił, bo ja wiem, na oddział Strażników?

No dobra, ale wezmę to pod rozwagę. Tymczasem, kolejny fragment (na razie ostatni).
--------------------------------------------------------------------------------------------------------



- VII -

   Podmiejska dzielnica jaszczurczego miasta zmieniła się nie do poznania w przeciągu minionych godzin. Wprawdzie zespoły inżynieryjne wciąż prowadziły prace nad tworzeniem w jej obrębie zorganizowanej bazy wojskowej, używając gotowych prefabrykatów do wznoszenia budynków koszar i lokalnej kwatery dowodzenia. Niemniej, znaczna część owej pracy została już wykonana – inżynierowie pracowali na zmiany przez całą noc, skutkiem czego oczyszczoną z zabudowań mieszkalnych oraz ich gruzów przestrzeń pokrywały już w większości kwatery żołnierzy. Obok już gotowych, metalowych modułów koszar, znajdowało się tu także wciąż wiele tradycyjnych namiotów, w których kwaterowali ci ludzie, którzy nie mieli jeszcze zbudowanych siedzib.
   Zmienił się też obecny tu kontyngent wojska – ponieważ wcześniejsze przewidywania dowództwa, zakładające, iż atak jednego pułku wystarczy, aby osiągnąć pierwsze poważne sukcesy, spaliły na panewce, w rejonie wznoszonej bazy gromadziła się już cała armia. Jak dotąd rozwinięto już kilka pełnych dywizji piechoty i drugie tyle jednostek opancerzonych. Ściągnięto również dodatkowe wsparcie lotnicze, udzielone siłom lądowym przez flotę, oraz artyleryjskie – było to coś, czego brakowało pułkownikowi Gosslerowi. Na miejscu miały się jeszcze dziś zjawić także desantowce – to ich planowano tym razem użyć do transportu części sił, rezygnując z prób wzięcia miasta szturmem. Wprawdzie jaszczury wciąż miały gotową do walki, rozlokowaną w centrum osiedla artylerię przeciwlotniczą, ale statki desantowe mogły poruszać się nisko, kryjąc między zabudowaniami i nie narażając na ogień wroga. Taka taktyka mogła się sprawdzić.
   Mając tego świadomość, kapral Ryan czuł się pokrzepiony. Kiedy zaczął się oddalać od punktu żywieniowego, trzymając tacę z obiadem, ogarnął wzrokiem ogromnych rozmiarów obóz wojskowy, w tym znajdujący się w pobliżu park maszyn. Wszystko to wywoływało nieodparte wrażenie potęgi i napełniało Huntera przekonaniem, że tym razem zwyciężą, nie dając obcym szans.
   Szukając miejsca, w którym mógłby zjeść, udał się w stronę ustawionych nieopodal kontenerów z zaopatrzeniem, służących za siedziska garstce żołnierzy. Wśród nich znajdował się Savage.
   -   Dzień dobry, kapralu – powiedział, kiedy Ryan się zbliżył
   -   Cześć – powitał go Hunter, siadając obok niego – Gdzie jest Han?
   -   W kolejce, panie kapralu.
   -   Lepiej, żeby się z tym pospieszyli, skoro niedługo chcą nas zagonić do statków.
   -   Niech zaganiają – odezwał się jakiś kapral; Ryan go nie znał, musiał pochodzić z innej dywizji – Tym razem dokopiemy tym sukinsynom.
   -   Skąd taka pewność? – wtrącił pesymistycznym tonem szeregowiec Martin, jeden z ocalałych z wczorajszej masakry – Chyba was tutaj nie było poprzedniego dnia.
   -   Poprzedniego dnia nie mieliśmy porządnego wsparcia i pakowaliśmy się do miasta od frontu – rzekł Hunter – Teraz podrzucą nas na miejsce desantowce.
   -   A ich myśliwce, panie kapralu?
   -   Czy ty, kurna, w ogóle nie czytasz żadnych oficjalnych raportów? – Ryan spojrzał na żołnierza ze zdziwieniem – Nie ma ich myśliwców. Wszystko, co mieli, wysłaliśmy do diabła pierwszego dnia, kiedy nasza flota zafundowała im jatkę na orbicie.
   -   Może powinni byli zbombardować ten cały szajs z kosmosu – zasugerował Martin
   -   Nie słyszałeś, idioto? – burknął nieznany Hunterowi kapral – Po co tu niby jesteśmy? Żeby rozjebać artylerię planetarną, do której flota się nie może dobrać.
   -   Grunt, że desantowce zawiozą nas na miejsce, za ich linie obronne – rzekł Savage z satysfakcją – Weźmiemy ich od tyłu i wykończymy. To będzie łatwe.
   -   Oby – mruknął Ryan, nie podzielając aż tak optymistycznej oceny sytuacji; po walce z wczoraj wątpił, aby cokolwiek w tej wojnie miało im przyjść łatwo – Jeżeli ci ze sztabu mają rację, i nisko lecących desantowców nie będzie tak łatwo zestrzelić.
   -   Przy okazji uwolnimy naszych od tych gadzin – odezwał się inny szeregowiec – Jeśli jeszcze żyją.
   -   Jakich naszych? – zapytał Savage ze zdziwieniem
   -   To wy nic nie wiecie? Kiedy wczoraj te sukinsyny nakopały nam do dupy, wzięły w trakcie walki kilku naszych do niewoli.
   Żołnierze podnieśli zgodny okrzyk dezaprobaty.
   -   Biedne sukinkoty – żalił się Martin – Ciekaw jestem, co te gadziny im teraz robią.
   -   Nie wiem, ale po tych cholernych potworach nie spodziewałbym się niczego dobrego.
   -   Pewnie ich zżerają na obiad – odezwał się jakiś kapral
   Owa hipoteza, rzucona zapewne na wpół żartobliwie, została przyjęta przez żołnierzy bardzo poważnie. Wywołało to kolejne, jeszcze głośniejsze okrzyki.
   -   Skurwiele – powiedział ktoś
   -   Naprawdę myślicie, że pożerają naszych? – stwierdził szeregowy Kelly
   -   A czemu nie? To pieprzone, uczłowieczone dinozaury. Banda zwierzaków.
   -   Jeśli ich akurat nie zżerają, to pewnie katują.
   -   Zabijmy tych sukinsynów!
   Okrzyk ów został podchwycony przez innych, i zbiorowe obrzucanie jaszczurów mało pochlebnymi określeniami przybrało na głośności. Hunter początkowo brał w tym udział, czując, że podbudowuje dzięki temu swój gniew, swoją nienawiść, oraz zapał do walki i zabijania obcych, ale dość szybko umilkł, przestając tego słuchać. Nigdy nie przepadał za krzykaczami, dodającymi sobie pewności siebie pustymi słowy – nie miał zamiaru stawać się jednym z nich. Żołnierze mogli sobie mówić, co chcieli, ale zdaniem Ryana jaszczury pozostawały groźnym przeciwnikiem, o czym przekonał się wczoraj na własnej skórze. Nie podobało mu się też przesadne ich poniżanie słownymi obelgami – bądź co bądź, poprzedniego dnia ich pokonali. Nie było powodu do dumy z doznania klęski od istot, które się uważało za skrajnie prymitywne i niskie.
   Savage poszedł za przykładem kaprala, odcinając się od pozostałych. Po chwili na miejscu zjawił się Han.
   -   Panie kapralu – szczeknął już z daleka, po czym usiadł obok niego i Savage’a
   -   Jak się czujesz, Han? – zapytał Hunter przyjacielsko
   -   Nienajgorzej, panie kapralu – odrzekł szeregowiec sztywno
   -   Gotowy, by dzisiaj tym razem nakopać kosmitom?
   -   Tak myślę, panie kapralu.
   Ryan westchnął, uśmiechając się ze zmęczeniem.
   -   Słuchajcie, chłopcy – zagaił – Znamy się już kilka miesięcy, odkąd wstąpiliśmy do tej samej kompanii, a wy wciąż gadacie do mnie, jak do jakiegoś służbisty. Nigdy nie odezwaliście się do mnie normalnie. Zawsze tylko per „pan”. To już się robi nudne.
   -   Przepraszam, kapralu – mruknął Han – Przyzwyczajenia.
   -   Nie przepraszaj mnie za to – parsknął Hunter – Po prostu mów do mnie normalnie. Już sobie ratowaliśmy nawzajem tyłki, możemy chyba dać sobie z tym wszystkim spokój.
   Han wzruszył ramionami, a Savage milczał, obserwując tylko to jego, to kaprala.
   -   Spróbujmy, że tak powiem, zacząć od początku – rzekł Ryan – Zapomnijmy, że jestem kapralem i że służycie pode mną od miesięcy. Mam na imię Hunter.
   Wyciągnął rękę, którą żołnierze uścisnęli po chwili wahania.
   -   Nie mogę uwierzyć – zaśmiał się kapral – Tyle czasu minęło, a… ile to już? Pół roku?
   -   Pięć miesięcy, i dwa tygodnie – sprecyzował Savage
   -   Właśnie – zgodził się Ryan – A ja powiedziałbym, że słabo was znam.
   -   Bo nie ma wiele do opowiadania… Hunter – dopiero po chwili Han zdobył się na zwrócenie do kaprala po imieniu
   -   Zawsze o czymś opowiedzieć warto – skonstatował Ryan z uśmiechem – Na przykład, gdzie graliście w karty, zanim wstąpiliście do wojska. Czasem udawało mi się was namówić na partyjkę, ale jak na razie zdołałem tylko stracić dwumiesięczny żołd.
   -   Tu i ówdzie – rzekł Savage, wreszcie zdobywając się na uśmiech, choć wyraźnie nieśmiały – Pochodzę z Agonu na Tau Ceti IV. Dzielnica, w której się wychowałem, to istne siedlisko hazardu. Mój ojciec sporo czasu spędzał w klubach i nauczył mnie paru sztuczek.
   -   A ja chyba po prostu mam szczęście – oznajmił Han – Dużo pan ze mną nie grał, może zwyczajnie miał pan pecha.
   -   I znowu ten „pan” – jęknął Ryan, krzywiąc się boleśnie – Zlituj się.
   -   Przez pięć miesięcy tak gadałem… Hunter – stwierdził szeregowiec – Mogłeś trochę wcześniej wpaść na pomysł, żeby nam powiedzieć, że tego nie lubisz.
   -   Na początku to chyba nawet lubiłem – wyznał kapral – Poza tym, liczyłem, że wam z czasem przejdzie.
   -   No i nie przeszło. Teraz trochę późno na zmianę przyzwyczajeń.
   -   Niestety, psiakrew – mruknął Ryan z udawaną złością – Żebyście tylko mieli na to czas i nie padli trupem podczas następnej akcji.
   -   Jeśli obiecamy, że będziemy osłaniali twój tyłek, Hunter – powiedział powoli Savage, jakby z namaszczeniem – Ty też postarasz się nam załatwić ten czas?
   -   Obiecywać nie musicie – odrzekł kapral – Jeśli będziecie na tyle durni, że tego nie zrobicie, będzie jednego mniej do strzeżenia waszych tyłków.
   -   Jesteśmy na siebie, kurna, skazani – skwitował Han
   -   Chyba tak.
   Trzej żołnierze skończyli obiad i dość pospiesznie udali się w stronę polowego magazynu, odbierając tam swój ekwipunek i na powrót wkładając zasilane bojowe pancerze. Na czas posiłku byli zluzowani, ale musieli zaraz później wracać na stanowiska, jako że niebawem miało nastąpić kolejne uderzenie wojsk lądowych, tym razem przeprowadzone za pomocą jednostek transportowych.
   Hunter i pozostali mieli jeszcze po obiedzie trochę czasu, w trakcie którego kolejni żołnierze kończyli posiłek i zgłaszali się po odbiór swojego sprzętu, oczekując następnie rozkazów w miejscu zbiórki. Po pięciu minutach był tam już cały batalion, w tym niedobitki oddziałów zdziesiątkowanych pierwszego dnia walk.
   Oczekiwanie trwało zaledwie minuty, ale i tak dłużyło się żołnierzom, którzy formowali już regulaminowe czworoboki, choć nie stali na baczność. Gdzie indziej, w parku maszyn, pancerniacy rozgrzewali silniki swoich bojowych pojazdów. Cięższe desantowce klasy Herkules mogły przenieść na pole bitwy także i je.
   -   Ile jeszcze, do cholery? – mruknął nagle Han ze zniecierpliwieniem
   -   Wiesz, ile – odparł stojący obok Savage – Popatrz, kurde, na zegarek i przestań marudzić
   -   Nie widzę desantowców – powiedział jakiś szeregowiec przed Ryanem, obserwując nieboskłon
   -   Jak przylecą, to je zobaczysz – odwarknął żołnierz obok niego
   Oczekiwanie dłużyło się jednak, zaś żadne statki po nich nie przylatywały. Stojący w równych formacjach Terranie powoli się denerwowali i grzali wewnątrz swoich pancerzy wspomaganych, mimo zaimplementowanych w nich systemów chłodzenia.
   Z biegiem czasu szmer rozmów niezadowolonych z takiego stanu rzeczy żołnierzy przybierał na sile. W pewnym momencie Hunter spojrzał na zegar i stwierdził, że desantowce powinny zjawić się już prawie pół godziny temu.
   -   Ile, kurna, będziemy jeszcze czekać? – teraz i on zaczynał się tym denerwować; wciąż przestępował z nogi na nogę i robił się coraz bardziej zirytowany – Co jest, do cholery?
   -   Spokojnie – rzekł jakiś kapral, takim głosem, jak gdyby chciał uspokoić i Huntera, i siebie – Przynajmniej jeszcze dziś wieczorem przyniesiemy do domu parę gadzich łbów. Na pamiątkę.
   -   Hej, spójrzcie! – zawołał ktoś, a okrzyk ów powtórzyło wielu żołnierzy w różnych częściach czworoboku, z których wszyscy spojrzeli teraz w niebo
   -   Są, nareszcie!
   Ryan również spojrzał na nieboskłon, ale nie podzielał optymistycznej oceny sytuacji młodszych kolegów. Rzeczywiście zbliżały się tu desantowce, ale były to wyłącznie te ciężkie, klasy Herkules, służące do transportu pojazdów, nie piechoty.
   Wkrótce nie tylko on zaczął się tym niepokoić – statki bowiem wylądowały z dala od oczekujących transportu piechurów, wyładowując z luków samobieżne działa – strzelające pociskami protonowymi po stromotorowej trajektorii czołgi klasy Jaguar. Te zaczęły się niemal od razu ustawiać w tyralierę, a tymczasem niebo wypełniło się kolejnymi maszynami, dźwigającymi w trzewiach następne pojazdy artyleryjskie.
   Wywołało to wśród zebranych zrozumiałą konsternację. Rozmowy przybierały na głośności. Ryan zaczynał już rozumieć, o co chodzi, i westchnął.
   -   Kretyni – powiedział z goryczą – Po co zawracają głowę na tyle czasu?
   -   Co się dzieje, ka… Hunter? – zapytał Savage, poprawiając się w pół słowa
   -   Zaraz sam usłyszysz, jak mniemam – odrzekł Ryan – Lepiej późno, niż wcale.
   -   Tu generał Sosnowski – odezwał się głos w eterze, rozbrzmiewając w hełmach wszystkich zebranych żołnierzy i upewniając kaprala, że się nie mylił – Do wszystkich jednostek wyznaczonych do operacji, rozejść się. Atak został odwołany.
   Przez szeregi przetoczyły się okrzyki niezadowolenia i irytacji, podczas gdy dowódca mówił dalej.
   -   Żołnierze nie mający już na dziś służby są wolni – oznajmił monotonnym głosem – Pozostali niech zgłoszą się do swoich bezpośrednich przełożonych po nowe rozkazy. Atak odbędzie się nazajutrz, a jego dokładny termin zostanie jeszcze ustalony. Koniec.
   Hunter jęknął z dezaprobatą, choć z drugiej strony poczuł ulgę – po długim staniu w miejscu, mógł się teraz rozruszać. Bez wahania opuścił więc czworobok wespół innymi żołnierzami, którzy rozchodzili się teraz w nieładzie, z bronią zwisającą luźno w garści, zmierzając w stronę budynków koszar.
   Gdy Ryan uszedł kilkanaście kroków, a tłum nieco się przerzedził, zorientował się, że Savage i Han podążają w ślad za nim, jak gdyby polecenie o strzeżeniu przełożonemu pleców wzięli sobie zanadto do serca. Kapral uśmiechnął się na tę myśl.
   -   I co teraz, Hunter? – zapytał Han
   -   Może po prostu poszukamy jakiejś meliny na wieczór – rzekł Ryan bezpośrednio – O ile mi wiadomo, nam niczego nikt nie przydzielał na dziś. Ani pozostałym zdziesiątkowanym oddziałom. Przynajmniej dopóki nie dostaniemy wreszcie uzupełnień.
   -   Ale dlaczego po prostu nie przysłali tych pieprzonych desantowców? – indyczył się Savage – Strach ich obleciał?
   -   Gdyby je przysłali i kazali nam teraz tam lecieć, pomyślałbym, że to jeszcze więksi kretyni, niż mi się wczoraj wydawało – stwierdził Hunter, spoglądając znacząco na stojące tyralierą Jaguary – Na szczęście, nawet oficerowie nie są tak durni, żeby strzelać we własnych ludzi.
   -   Artyleria! – zawołał olśniony Savage – Zrównają miasto z ziemią, czy jak?
   -   Mam nadzieję, że nie – orzekł Ryan – Chyba zostawią tego trochę dla nas. Myślę, że chodzi głównie o te ich czołgi, które wystrzelały nam myśliwce.
   -   Jeśli przy okazji wytłuką parę gadzin więcej, nie pogniewam się – wyznał Han – Czyli w takim razie dzisiaj rozchrzanią im te baterie, a potem my wkroczymy i sprzątnięmy resztę ścierwa.
   -   To się nawet dobrze składa – wypalił Savage – Przez to, że dzisiaj kazali nam lecieć, przepadło mi ciupcianie.
   -   Mówisz? – Hunter odwrócił się do szeregowego z szerokim uśmiechem
   -   Kto, Savage, kto? – dopytywał się Han
   -   Co was to, kurna, obchodzi? – odparł żołnierz z udawanym gniewem – Chcecie tego, to przygruchajcie sobie własną laskę.
   -   Jesteśmy chyba kumplami? – rzekł Ryan – Powiedz, cholera, przecież nie będziemy rozpowiadać na lewo i prawo.
   -   W sumie to żadna tajemnica – powiedział Savage, ale w chwilę później zadał kłam własnym słowom, kiedy gestem polecił kolegom się doń zbliżyć i wreszcie wyznał konspiracyjnym szeptem – To Jane, Jane Patterson.
   -   Porucznik Jane Patterson, chciałeś powiedzieć – poprawił go Han
   -   Nawet ładna – skonstatował Hunter – Chłopak ma gust.
   -   Jaka jest? – zapytał Han
   -   Pieprz się, stary – odrzekł Savage – To już moja sprawa.
   Gdy Ryan ze śmiechem podążył w głąb obozu z dwoma podwładnymi, sam się zdumiał, jak szybko przeszli w czasie dzielącym obecną chwilę od komunikatu generała Sosnowskiego do spraw przyziemnych.
   Myśli związane z celem, dla którego tu przybyli, błyskawicznie dały jednak o sobie znać. Hunter może i cieszył się, że nie dostanie jeszcze dzisiaj szansy na to, by dać się zabić, ale jednocześnie i tak miał zamiar w jak najbliższym czasie przestrzelić parę łuskowatych łbów.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: 18.07.2010, 17:55:24 wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Sane Feomar at irfare!"

Sthresiańskie zawołanie bitewne
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Offline Offline

Wiadomości: 208


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #18 : 18.07.2010, 23:53:09 »

Jak to powiedział Jim Raynor... all right, boys and girls, listen up.

Ponieważ na innym forum opowiadanie "Niebo i Piekło" zostało w paru kwestiach, z nieudolnością ludzi na czele, dosadnie zjechane, zdecydowałem się wprowadzić trochę zmian, uwzględniających te zastrzeżenia. Dotychczasowe teksty, jakie pojawiły się na forum, zostały zedytowane, przy czym fragmenty numer IV (drugi atak ludzi na miasto, prowadzony przez Gosslera) oraz VII (ostatnio zamieszczony) napisałem w większości od nowa, natomiast pozostałe dotknęły zmiany drobne, głównie poprawy błędów logicznych, oraz korekcje związane ze zmianami w innych fragmentach.

Przy okazji, wrzucę od razu nowy kawałek.
----------------------------------------------------


- VIII -

   Sivantien długo chowali żal po zmarłych bliskich, jak również towarzyszach broni, więc Khazei nie był w lepszym nastroju, niż wtedy, kiedy usłyszał od Kovena niepomyślne wieści. Siedział przy stole w jadalni dla oficerów, i był chyba najbardziej ponurą osobą w towarzystwie. Nie wiązało się to wyłącznie z głębokim poczuciem straty – wciąż przetrawiał na nowo sytuację, w jakiej się znalazł.
   -   Powtarzam to już pewnie do znudzenia – powiedział garave Daiven, siedzący po drugiej stronie stołu i wpatrzony w Khazeia – Ale nigdy nie spotkałem takiego wariata, jak ty. Sam się w to wpakowałeś?
   -   Tak, to ja się tego domagałem – odrzekł Kodene beznamiętnie
   Nowy mundur był idealnie dopasowany, a mimo to zdawał się mu ciążyć – wciąż widniały na nim dystynkcje deriana, tyle że nie był to już uniform oficera floty, lecz Milicji.
   Kiedy tylko do Khazeia dotarło, że Terranie zabili wszystkich, których dobrze znał na Ravaneri, oraz że on sam spędzi najbliższe dni całkowicie bezczynnie, nie mogąc nawet wziąć na nich za ten czyn krwawego odwetu, powziął – częściowo pod wpływem płonącego w nim pierwotnego gniewu – decyzję tymczasowego przeniesienia do lokalnych jednostek Milicji. Prośba o taki przydział została zgodnie wzięta za absurdalną – zarówno przez Kovena, jak i Saidena, lecz Khazei usilnie nalegał, i nie dopuszczał możliwości odmowy. Widząc, iż Kodene jest nieugięty, przełożeni przychylili się do jego petycji. Gdyby nie fakt,  że bardzo potrzebowali żołnierzy, zapewne nigdy by się na to nie zgodzili.
   Obecnie, kiedy najsilniejsze emocje już opadły, Khazei czuł się rozdarty. Nadal chciał zabijać ludzi z zemsty i zdawał sobie sprawę, że walcząc z nimi twarzą w twarz ma taką możliwość. Zdawał sobie jednak również doskonale sprawę z tego, że nie jest żołnierzem piechoty, lecz pilotem. Był, co prawda, odpowiednio wyćwiczony, a także przeszedł trening w zakresie używania podstawowych typów broni osobistej, niemniej, nie przystosowywał się do roli piechura od chwili, kiedy wstąpił do sił zbrojnych SVS – w przeciwieństwie do żołnierzy Milicji, w których towarzystwie się znalazł. Na dobrą sprawę, oni z kolei byli w większości rekrutami, co oznaczało, że przepaść między umiejętnościami ich, a Khazeia, nie będzie tak duża.
   Kodene zachował rangę deriana, lecz obecnie był to raczej pusty tytuł – przełożeni nie przydzielili mu, co zresztą Khazei doskonale rozumiał, żadnej jednostki pod komendę. Włączono go do kompanii dowodzonej przez garave Daivena, i polecono mu po prostu trzymać się blisko dowódcy.
   Daiven okazał się jowialnym oficerem o dość swobodnym sposobie bycia. W jego oddziale panowała luźna dyscyplina – coś, do czego Khazei nie został przyzwyczajony w Eskadrze K. Jej dowódca utrzymywał dość surowy dryl.
   Właśnie teraz, kiedy nie minęło jeszcze wiele czasu od nuvere, niektórzy oficerowie ze zluzowanych na chwilę obecną jednostek przebywali w klubie oficerskim i rozmawiali, popijając ivaren – mocny napój alkoholowy. Zazwyczaj poprawiał on nastrój Khazeiowi, ale nie tym razem. Były pilot myśliwski odwzajemnił spojrzenie starszego rangą oficera, wpatrzony w jego kate – pomarańczową pręgę na wysokości oka, rozszerzającą się wyraźnie w jego kierunku, a przez to przypominającą nieco grot strzały.
   -   Ci savashka zabili wszystkich sivantien, których tu znałem – rzekł Khazei, i od razu poczuł płonący gniew, bo te słowa natychmiast obudziły w nim wspomnienia – Niech mnie Kagar pochłonie, jeśli mam pomimo tego siedzieć bezczynnie.
   -   Jeśli się dasz zabić, martwy i tak nikogo nie pomścisz – stwierdził Daiven – A jako żołnierz, wybacz szczerość, zginiesz prędzej, niż jako pilot myśliwca. Lepiej byś zrobił, czekając na możliwość zemsty w tej drugiej roli. Zwłaszcza że, z tego, co słyszałem, nieźle latasz. Podobno niewielu przeżyło jatkę w orbicie. Ile zestrzeleń zaliczyłeś w tamtej bitwie?
   -   Siedem i pół – odrzekł Khazei krótko – W tym jedno prawdopodobne.
   -   To chyba dobrze, nie? Nie orientuję się.
   -   Niby tak, tyle że cztery z tego to były ciężkie szturmowce. Strzela się do nich, jak do rigeredów na łańcuchu.
   -   Słyszeliście, samani? – Daiven zwrócił się do swoich derianów, którzy siedzieli wraz z nimi przy stoliku i przysłuchiwali się rozmowie – Padło siedmiu tych szmaciarzy na jednego naszego. Gdyby ci tchórze nie mieli przewagi liczebnej, pewnie nie dalibyście im szans.
   -   Nie wszyscy z nas byli równie skuteczni.
   -   Aha – wtrącił z uśmiechem jeden z derianów, Alame – Czyli jesteś jednym z asów?
   -   Tak bym tego nie ujął.
   -   Na dodatek skromny – stwierdził Daiven – Feomar byłby dumny. Słuchaj, samane – garave nachylił się nad stołem, mówiąc jak gdyby konspiracyjnie – Nie wiem, skąd ty właściwie jesteś. Możesz mi podać swoje nazwisko? Chodzi mi o pełne nazwisko.
   -   Khazei Kodene – przedstawił się derian
   -   Kodene – powtórzył Daiven, na powrót się prostując – Jesteś z Kode? To chyba w Sheverei, mam rację?
   -   Tak, dokładnie – potwierdził Khazei – Blisko granicy z Genameą.
   -   A zatem jesteś Shevereańczykiem – rzekł garave, jakby z rozbawieniem – Wszędzie was pełno. Chociaż nie słyszałem jeszcze o żadnym służącym w siłach myśliwskich. We flocie to się akurat roi od Faveliańczyków.
   -   O, tak – zgodził się Kodene – Nasz dowódca nim był, połowa mojej eskadry też.
   -   Nie naprzykrzali ci się zbytnio? – Daiven przybrał pojednawczy ton – Słyszałem, że dominują we flocie, i uważają się za ekspertów od niej.
   -   Nie wszyscy, ale sporo tam takich. W gruncie rzeczy, trudno się temu dziwić, skoro nasze pierwsze okręty gwiezdne były właśnie produkcji faveliańskiej.
   -   Tak, coś w tym jest – garave skinął głową
   -   A pan, garave? Skąd pan pochodzi, jeśli wolno spytać?
   -   Oczywiście, że wolno. I daruj sobie tego pana. Jestem z Orte w Aderii.
   -   To tam, gdzie fadere mylili ze smokiem – odezwał się mai derian Panei, za co doczekał się żartobliwego trzepnięcia w głowę od przełożonego
   Wszyscy pozostali, z wyjątkiem Khazeia, parsknęli śmiechem – Aderia była narodem, w którym narodził się kult smoków, traktowany obecnie wśród Sthresian jako religia panująca. Pośród dawnych wierzeń Aderiańczyków znajdowało się przekonanie, jakoby fadere – występujący powszechnie w ich kraju uskrzydlony gad – był świętym zwierzęciem, ze względu na swoje podobieństwo do smoków. Obecnie, rzecz jasna, uznawano to za zabobon.
   -   Tak, dokładnie tam – podjął Daiven – A co do fadere, na własne oczy żadnego nie widziałem. Więc nie mogłem żadnego ze smokiem pomylić.
   -   Garave, przepraszam, że zmieniam temat – przerwał Khazei, tchnięty nagłą myślą – Ale chciałbym pana zapytać o coś jeszcze.
   -   Przecież ci powiedziałem, żebyś sobie darował  tego pana – Daiven skrzywił się – Ale mów, o co chodzi.
   -   Przypomniało mi się, o czym mówił mai shivaren Saiden na odprawie, na którą wtargnąłem – rzekł powoli Kodene – Było tam, zdaje się, coś o rozlokowanej w pobliżu baterii artylerii planetarnej… że te działa są bezużyteczne. Wie pan… to znaczy, wiesz może, o co chodzi?
   -   A ty nie wiesz? – zapytał garave ze zdziwieniem – Co prawda, Saiden niczego nie obwieszczał, przynajmniej oficjalnie, niższej kadrze oficerskiej, ale plotki na ten temat szybko się rozchodzą.
   -   Chodzi o to – wtrącił niegrzecznie Alame, odpowiadając zamiast Daivena na zadane przez Khazeia pytanie – Że ta bateria została zbudowana dość niedawno, i dostarczono do niej minimalny zasób głowic. Starczyło ich, żeby zniszczyć lub poważnie uszkodzić kilkanaście okrętów, z tego, co nam wiadomo, ale obecnie zapasy są na wyczerpaniu.
   -   Gwoli ścisłości, została amunicja tylko na jedną salwę – zakończył garave – Jeśli wierzyć pogłoskom, oczywiście.
   -   Następnym razem po prostu przyszliby i zapukali nam do drzwi – odezwał się mai derian Panei – Ale oni o tym nie wiedzą, i bardzo dobrze, bo zamiast zdobywać to miasto, mogliby je zwyczajnie odparować z orbity, razem ze skorupą planety pod nim, jeśliby tylko uznali, że za dużo byłoby kłopotów z bardziej finezyjnym podejściem.
   -   A my mamy po prostu upuścić ssakom krwi, kiedy będą tu przychodzić po śmierć – dodał Daiven – Na razie wszystko idzie dobrze, bo wczoraj zmusiliśmy ich do ucieczki, a dziś najwyraźniej zabrakło im już odwagi na to, żeby chociaż spróbować wejść do miasta. Podkuliliby ogony, gdyby je mieli.
   -   Tyle, że nas jest sto tysięcy z hakiem, a ich kilka milionów – skonstatował ponuro Khazei, po czym pożałował, że zaraża innych swoim pesymizmem
   -   Aż tyle? – garave uniósł bezwłose brwi – Gdzie to usłyszałeś?
   -   Na odprawie u mai shivarena Saidena.
   -   Czyli jednak coś tam wiesz – rzekł z aprobatą Daiven – Obyś się równie dobrze orientował w ogniu walki, bo nie mam pojęcia, na jakim poziomie stoisz z treningiem.
   -   Mam nadzieję, że dość dobrym – wyznał Khazei, po czym dodał – Właśnie, garave, jaką rolę mam odegrać? Wiem, że nie będę dowodził plutonem, więc gdzie mam w tym wszystkim być, i co robić?
   -   Masz po prostu zabijać, i nie dać się zabić – odrzekł Aderiańczyk, nagle przybierając poważny ton głosu, a Kodene nie był w stanie rozpoznać, czy mówi serio, czy to tylko jego gra – I przebywać nie dalej niż hedean od mojego ogona. To rozkaz.
   -   Tak jest, garave – potwierdził machinalnie Khazei
   -   Niepotrzebnie się aż tak tym wszystkim przejmujesz – stwierdził Daiven, już bardziej swobodnym tonem – Feomar już raz cię ocalił. Twoim zdaniem robiłby to tylko po to, aby pozwolić ci zginąć w dwa dni później?
   Khazei odetchnął – była w tym jakaś logika. Jego patron ochronił go przed śmiercią, choć tuż przed katastrofą swojego myśliwca Kodene był pewien, iż jest nieunikniona. Zaraz jednak pożałował tej myśli, bowiem natychmiast zaczął się zastanawiać, dlaczego Feomar nie udzielił podobnej łaski jego towarzyszom broni. To nasunęło mu ponownie wspomnienia, które z trudem odegnał – nie chciał w tej chwili pogrążać się w smutku.
   -   Jeśli będziesz miał jakieś pytania odnośnie twojej nowej służby – ciągnął Daiven rzeczowo – Po prostu z nimi do mnie przyjdź. Mogę nawet pokazać ci, jak trzeba się posługiwać AGM-12, jeśli chcesz.
   -   Wiem, jak się nim posługiwać – odparował Khazei z lekką irytacją – Obejmuje to przecież najbardziej podstawowe szkolenie…
   -   Nie unoś się tak – zaśmiał się Daiven, przerywając mu – Przecież żartowałem. W imię Kagara, zapominam ciągle, co przeżyłeś – ostatnie zdanie oficer znów wypowiedział tonem poważnym
   -   Nic nie szkodzi, garave – odrzekł Kodene ze spokojem
   -   Pomożemy ci odegrać się na tych savashka – rzekł Panei przyjaźnie – Nawet jeśli nie zabijesz ich wielu jako jeden z nas, to później to nadrobisz, kiedy tylko dadzą ci nowy myśliwiec.
   -   A, właśnie, mówili ci, kiedy to nastąpi? – wtrącił Alame
   -   Nieprędko – odparł Khazei – Do przybycia naszych sił ekspedycyjnych, zapewne. Albo wcześniej, jeżeli nasze zakłady zbrojeniowe na Ravaneri w krótszym terminie zrealizują zamówienie Kovena sprzed wybuchu wojny.
   -   Nawet jeśli skończą produkować nową partię maszyn na czas, nie dostarczą ich tutaj – zaoponował Daiven – Panvera jest oblężona, i dopóki nie otrzymamy posiłków, nie mamy co liczyć na przerwanie okrążenia.
   -   No, chyba że ssaki będą partaczyły sprawę tak, jak to dotychczas robiły – wtrącił ponownie Alame – Jak na razie wszystko toczy się zgodnie z naszymi przewidywaniami. Kiedy próbowali po prostu wejść do miasta, my zastawiliśmy im na drodze kilka zasadzek, a kiedy ściągnęli bombowce, czekaliśmy już na nie z artylerią przeciwlotniczą. Te nowe czołgi rakietowe klasy Limai.
   -   Potem ściągnęli tę artylerię – dodała trzecia z derianów, Firena – Ale za mało, może z batalion. Przerwali ogień wkrótce po tym, jak te Limai odpowiedziały.
   -   Przynajmniej uczą się na błędach – stwierdził Daiven – Ale drogo ich to kosztuje.
   -   Z tego, co powiedział Khazei, stać ich na to – rzekł ponuro Panei – Kilka milionów żołnierzy…
   -   Ha, tak łatwo nas nie wezmą, skoro mamy tutaj pełny pułk Gwardii i trzy świątynie zabójców Genisivare – Daiven uśmiechnął się złowieszczo
   -   Gwardziści bronią na razie kwatery sztabu oraz siedziby lokalnego dyrektoriatu, i nie kiwną pazurem, żeby nam pomóc, dopóki nie dostaną takiego rozkazu – zaoponował Panei – Na zabójców też bym specjalnie nie liczył.
   -   A tak, zapomniałem – rzekł Daiven z udawanym roztargnieniem – Weźmy też pod uwagę, że chcemy przeżyć tę awanturę.
   Gdy towarzysze Khazeia wdali się stopniowo w rozmowę na temat ich zdolności do obrony, w której to kwestii pilot nie był ani zorientowany, ani specjalnie w tej chwili zainteresowany, Kodene rozparł się w krześle, rozmyślając i usiłując się odprężyć. Szybko jednak stwierdził, że nie jest to łatwe – wspomnienia utraconych przyjaciół nachodziły go uparcie, nie dając mu spokoju.
   -   Khazei? – pytający głos Daivena wybudził go z chwilowej zadumy – Dobrze się czujesz?
   -   Tak, zupełnie, garave – odrzekł derian
   -   Wyglądasz na wykończonego – stwierdził Aderiańczyk z troską – Może odesłać cię do twojej kwatery, żebyś odpoczął?
   -   Nie, naprawdę wszystko jest w najlepszym porządku, garave – skłamał Khazei; w swoim obecnym nastroju był daleki od uczciwego przyznania, że wszystko jest w porządku
   -   Skoro tak mówisz – rzekł Daiven, wciąż zatroskany – Rozumiem, że wiesz, o której mamy się stawić na posterunku, i gdzie?
   -   Rano, w dwa i pół hadelitu po północy – odparł Kodene po krótkim namyśle – Nie wiem, gdzie dokładnie idziemy, ale wiem, gdzie ma być zbiórka.
   -   Bylebyś tylko się nie spóźnił.
   -   Nigdy, garave.
   -   Miło mi to słyszeć… hej! – Daiven urwał ze słabo zagranym oburzeniem, zwracając się do Alamego – Zostaw to! Już zdążyłeś zapomnieć, że o świcie mamy być gotowi? Mimo że Khazei przypomniał ci o tym przed chwilą? Koniec picia!
   -   Po co te nerwy, garave? – rzekł derian, który właśnie raz jeszcze nalewał sobie ivaren do szklanki – Przecież nie jestem wstawiony.
   -   I bardzo dobrze, bo to znaczy, że nie jesteś jeszcze skończonym idiotą – skonstatował Daiven złośliwie – Ale to nie oznacza, że możesz być. Bo jeśli będziesz, znajdziesz się w areszcie. A jeśli znajdziesz się w areszcie, będzie nas mniej na polu bitwy. A jeśli będzie nas mniej na polu bitwy, to wtedy Terranom łatwiej będzie nas pokonać i zapewne to zrobią. Rozumiesz już, jaka na tobie spoczywa odpowiedzialność?
   -   Tak, teraz rozumiem – Alame uśmiechnął się szeroko – I dziękuję, że tak wysoko mnie cenisz, skoro moja obecność może tyle zmienić.
   -   Cenię? – Daiven uniósł bezwłose brwi – Po prostu nie chce mi się dowodzić bezpośrednio drugim plutonem zamiast ciebie.
   -   Na Feomara, a już miałem nadzieję – derian pokręcił głową – Chociaż, może po prostu Khazei by mnie zastąpił – tu Alame zwrócił się do Kodenego – Idziesz na to? Dałbyś radę pokierować plutonem, i może jeszcze utrzymać swoich samani przy życiu? Wiesz, skoro wtedy, na orbicie…
   -   Siedź cicho, pajacu – burknął Panei, najwyraźniej przekonany, że żart Alamego był w złym tonie, którą to opinię Khazei częściowo podzielał – Znałem kiedyś takiego wesołka, jak ty. Miał paskudny wypadek.
   -   W porządku, nic takiego się nie stało – wtrącił Kodene – Nie ma się o co kłócić.
   -   Słyszeliście, samani? – rzekł Daiven z nagłą, zaskakującą stanowczością – Zamknijcie się, bo przewiduję, że od waszych głupich żartów dopiero się zacznie, i będę musiał faktycznie was zatrzymać w areszcie. I niech Kagar pochłonie to, co wcześniej powiedziałem. Nie, Alame, milcz już – dodał, widząc, że derian już otwiera pysk, chcąc wygłosić ripostę – Nie chcę więcej tego słuchać.
   Khazei spoglądał to na garavego, to na jego oficerów, i domyślił się, że tarcia pomiędzy Alamem i Paneim nie należały do rzadkości. Zdziwiło go to, bowiem wcześniej oficerowie nie wykazywali żadnych objawów wzajemnej niechęci. Siedząca na uboczu, dotąd bardzo małomówna mai derian Firena, przyglądała się zajściu wręcz ze znudzeniem, co wydawało się potwierdzać domysły Kodenego.
   -   Przepraszam, garave – powiedział Khazei, zrywając się z miejsca – Myślę, że jednak udam się do swojej kwatery.
   -   Jesteś pewien? – zapytał Daiven ze zdumieniem – Mówiłeś, że wszystko jest w porządku.
   -   To prawda, ale po namyśle, wolałbym trochę odpocząć, garave. Nie spałem dzisiaj wiele.
   -   Dobrze, więc idź. Ale nie zapomnij, żeby się stawić o czasie.
   Khazei zasalutował oficjalnie, na co Daiven odpowiedział dużo mniej dbałym salutem, po czym odwrócił się i wymaszerował z klubu oficerskiego. Musiał jeszcze opuścić budynek, w którym ten się znajdował, a potem udać się do sektora koszar, z kwaterami przeznaczonymi dla oficerów. W trakcie marszu obserwował z daleka zniszczenia dokonane w zabudowie miejskiej przez krótki, lecz względnie intensywny ostrzał wrogiej artylerii, i mimowolnie pomyślał o ofiarach wśród cywili, którzy, ewakuowani z większości dzielnic, byli teraz stłoczeni w tych uznawanych za bezpieczne. W oddali dostrzegł również Terran, pracujących przy uprzątaniu gruzu oraz przenoszeniu rannych. Byli to jeńcy wrogiej armii, wzięci wczoraj do niewoli. Khazei spojrzał na ich oddalone postacie z głęboką odrazą, pomny na to, że ci najeźdźcy zabili na Ravaneri wszystkich sivantien, którzy byli mu bliscy.
   Wyjaśnienie, jakiego udzielił swojemu tymczasowemu przełożonemu, było tylko półprawdą. Owszem, obawiał się tego, że nazajutrz może być nieprzytomny z niewyspania, ale bardziej krępował go fakt, że z biegiem czasu czuł się coraz bardziej obco w towarzystwie Daivena i jego podwładnych. Oni byli serdeczni i pełni humoru, natomiast Khazei bardzo ponury. Miał wrażenie, że nie jest w stanie prowadzić normalnej rozmowy, a jego nastrój nie pasuje do tego panującego w klubie oficerskim. Wolał zostać na dłużej sam, a nie chciał też godzić w dobry humor pozostałych.
   Pokój Khazeia, usytuowany wewnątrz jednego z większych modułów koszar, był mały i skromny, ale przeznaczony tylko dla niego. Wcześniej korzystał zeń oficer Milicji, który zginął pierwszego dnia walk, jak dowiedział się Kodene.
   Derian przypomniał sobie teraz, że z tego wszystkiego nie wysłał wiadomości do swojego rodzeństwa na Sthresiusie – korespondował z nimi regularnie i zapewne zmartwiłby ich fakt, że do nich nie napisał. Po chwili uznał jednak, że zrobi to jutro – nie miał w tej chwili na to nastroju, był zbyt zmęczony i zdołowany.
   Nastawił budzik na jeden alit przed godziną zbiórki, pozostawiając ten krótki czas na przygotowanie się do wymarszu. Rozebrał się do snu, składając schludnie mundur, po czym rzucił na proste, lecz wygodne łóżko, i niemal natychmiast zasnął.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: 13.08.2010, 03:17:13 wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Sane Feomar at irfare!"

Sthresiańskie zawołanie bitewne
Strony: 1 [2] Do góry Drukuj 
« poprzedni następny »