Jak to powiedział Jim Raynor... all right, boys and girls, listen up.
Ponieważ na innym forum opowiadanie "Niebo i Piekło" zostało w paru kwestiach, z nieudolnością ludzi na czele, dosadnie zjechane, zdecydowałem się wprowadzić trochę zmian, uwzględniających te zastrzeżenia. Dotychczasowe teksty, jakie pojawiły się na forum, zostały zedytowane, przy czym fragmenty numer IV (drugi atak ludzi na miasto, prowadzony przez Gosslera) oraz VII (ostatnio zamieszczony) napisałem w większości od nowa, natomiast pozostałe dotknęły zmiany drobne, głównie poprawy błędów logicznych, oraz korekcje związane ze zmianami w innych fragmentach.
Przy okazji, wrzucę od razu nowy kawałek.
----------------------------------------------------
- VIII -
Sivantien długo chowali żal po zmarłych bliskich, jak również towarzyszach broni, więc Khazei nie był w lepszym nastroju, niż wtedy, kiedy usłyszał od Kovena niepomyślne wieści. Siedział przy stole w jadalni dla oficerów, i był chyba najbardziej ponurą osobą w towarzystwie. Nie wiązało się to wyłącznie z głębokim poczuciem straty – wciąż przetrawiał na nowo sytuację, w jakiej się znalazł.
- Powtarzam to już pewnie do znudzenia – powiedział garave Daiven, siedzący po drugiej stronie stołu i wpatrzony w Khazeia – Ale nigdy nie spotkałem takiego wariata, jak ty. Sam się w to wpakowałeś?
- Tak, to ja się tego domagałem – odrzekł Kodene beznamiętnie
Nowy mundur był idealnie dopasowany, a mimo to zdawał się mu ciążyć – wciąż widniały na nim dystynkcje deriana, tyle że nie był to już uniform oficera floty, lecz Milicji.
Kiedy tylko do Khazeia dotarło, że Terranie zabili wszystkich, których dobrze znał na Ravaneri, oraz że on sam spędzi najbliższe dni całkowicie bezczynnie, nie mogąc nawet wziąć na nich za ten czyn krwawego odwetu, powziął – częściowo pod wpływem płonącego w nim pierwotnego gniewu – decyzję tymczasowego przeniesienia do lokalnych jednostek Milicji. Prośba o taki przydział została zgodnie wzięta za absurdalną – zarówno przez Kovena, jak i Saidena, lecz Khazei usilnie nalegał, i nie dopuszczał możliwości odmowy. Widząc, iż Kodene jest nieugięty, przełożeni przychylili się do jego petycji. Gdyby nie fakt, że bardzo potrzebowali żołnierzy, zapewne nigdy by się na to nie zgodzili.
Obecnie, kiedy najsilniejsze emocje już opadły, Khazei czuł się rozdarty. Nadal chciał zabijać ludzi z zemsty i zdawał sobie sprawę, że walcząc z nimi twarzą w twarz ma taką możliwość. Zdawał sobie jednak również doskonale sprawę z tego, że nie jest żołnierzem piechoty, lecz pilotem. Był, co prawda, odpowiednio wyćwiczony, a także przeszedł trening w zakresie używania podstawowych typów broni osobistej, niemniej, nie przystosowywał się do roli piechura od chwili, kiedy wstąpił do sił zbrojnych SVS – w przeciwieństwie do żołnierzy Milicji, w których towarzystwie się znalazł. Na dobrą sprawę, oni z kolei byli w większości rekrutami, co oznaczało, że przepaść między umiejętnościami ich, a Khazeia, nie będzie tak duża.
Kodene zachował rangę deriana, lecz obecnie był to raczej pusty tytuł – przełożeni nie przydzielili mu, co zresztą Khazei doskonale rozumiał, żadnej jednostki pod komendę. Włączono go do kompanii dowodzonej przez garave Daivena, i polecono mu po prostu trzymać się blisko dowódcy.
Daiven okazał się jowialnym oficerem o dość swobodnym sposobie bycia. W jego oddziale panowała luźna dyscyplina – coś, do czego Khazei nie został przyzwyczajony w Eskadrze K. Jej dowódca utrzymywał dość surowy dryl.
Właśnie teraz, kiedy nie minęło jeszcze wiele czasu od nuvere, niektórzy oficerowie ze zluzowanych na chwilę obecną jednostek przebywali w klubie oficerskim i rozmawiali, popijając ivaren – mocny napój alkoholowy. Zazwyczaj poprawiał on nastrój Khazeiowi, ale nie tym razem. Były pilot myśliwski odwzajemnił spojrzenie starszego rangą oficera, wpatrzony w jego kate – pomarańczową pręgę na wysokości oka, rozszerzającą się wyraźnie w jego kierunku, a przez to przypominającą nieco grot strzały.
- Ci savashka zabili wszystkich sivantien, których tu znałem – rzekł Khazei, i od razu poczuł płonący gniew, bo te słowa natychmiast obudziły w nim wspomnienia – Niech mnie Kagar pochłonie, jeśli mam pomimo tego siedzieć bezczynnie.
- Jeśli się dasz zabić, martwy i tak nikogo nie pomścisz – stwierdził Daiven – A jako żołnierz, wybacz szczerość, zginiesz prędzej, niż jako pilot myśliwca. Lepiej byś zrobił, czekając na możliwość zemsty w tej drugiej roli. Zwłaszcza że, z tego, co słyszałem, nieźle latasz. Podobno niewielu przeżyło jatkę w orbicie. Ile zestrzeleń zaliczyłeś w tamtej bitwie?
- Siedem i pół – odrzekł Khazei krótko – W tym jedno prawdopodobne.
- To chyba dobrze, nie? Nie orientuję się.
- Niby tak, tyle że cztery z tego to były ciężkie szturmowce. Strzela się do nich, jak do rigeredów na łańcuchu.
- Słyszeliście, samani? – Daiven zwrócił się do swoich derianów, którzy siedzieli wraz z nimi przy stoliku i przysłuchiwali się rozmowie – Padło siedmiu tych szmaciarzy na jednego naszego. Gdyby ci tchórze nie mieli przewagi liczebnej, pewnie nie dalibyście im szans.
- Nie wszyscy z nas byli równie skuteczni.
- Aha – wtrącił z uśmiechem jeden z derianów, Alame – Czyli jesteś jednym z asów?
- Tak bym tego nie ujął.
- Na dodatek skromny – stwierdził Daiven – Feomar byłby dumny. Słuchaj, samane – garave nachylił się nad stołem, mówiąc jak gdyby konspiracyjnie – Nie wiem, skąd ty właściwie jesteś. Możesz mi podać swoje nazwisko? Chodzi mi o pełne nazwisko.
- Khazei Kodene – przedstawił się derian
- Kodene – powtórzył Daiven, na powrót się prostując – Jesteś z Kode? To chyba w Sheverei, mam rację?
- Tak, dokładnie – potwierdził Khazei – Blisko granicy z Genameą.
- A zatem jesteś Shevereańczykiem – rzekł garave, jakby z rozbawieniem – Wszędzie was pełno. Chociaż nie słyszałem jeszcze o żadnym służącym w siłach myśliwskich. We flocie to się akurat roi od Faveliańczyków.
- O, tak – zgodził się Kodene – Nasz dowódca nim był, połowa mojej eskadry też.
- Nie naprzykrzali ci się zbytnio? – Daiven przybrał pojednawczy ton – Słyszałem, że dominują we flocie, i uważają się za ekspertów od niej.
- Nie wszyscy, ale sporo tam takich. W gruncie rzeczy, trudno się temu dziwić, skoro nasze pierwsze okręty gwiezdne były właśnie produkcji faveliańskiej.
- Tak, coś w tym jest – garave skinął głową
- A pan, garave? Skąd pan pochodzi, jeśli wolno spytać?
- Oczywiście, że wolno. I daruj sobie tego pana. Jestem z Orte w Aderii.
- To tam, gdzie fadere mylili ze smokiem – odezwał się mai derian Panei, za co doczekał się żartobliwego trzepnięcia w głowę od przełożonego
Wszyscy pozostali, z wyjątkiem Khazeia, parsknęli śmiechem – Aderia była narodem, w którym narodził się kult smoków, traktowany obecnie wśród Sthresian jako religia panująca. Pośród dawnych wierzeń Aderiańczyków znajdowało się przekonanie, jakoby fadere – występujący powszechnie w ich kraju uskrzydlony gad – był świętym zwierzęciem, ze względu na swoje podobieństwo do smoków. Obecnie, rzecz jasna, uznawano to za zabobon.
- Tak, dokładnie tam – podjął Daiven – A co do fadere, na własne oczy żadnego nie widziałem. Więc nie mogłem żadnego ze smokiem pomylić.
- Garave, przepraszam, że zmieniam temat – przerwał Khazei, tchnięty nagłą myślą – Ale chciałbym pana zapytać o coś jeszcze.
- Przecież ci powiedziałem, żebyś sobie darował tego pana – Daiven skrzywił się – Ale mów, o co chodzi.
- Przypomniało mi się, o czym mówił mai shivaren Saiden na odprawie, na którą wtargnąłem – rzekł powoli Kodene – Było tam, zdaje się, coś o rozlokowanej w pobliżu baterii artylerii planetarnej… że te działa są bezużyteczne. Wie pan… to znaczy, wiesz może, o co chodzi?
- A ty nie wiesz? – zapytał garave ze zdziwieniem – Co prawda, Saiden niczego nie obwieszczał, przynajmniej oficjalnie, niższej kadrze oficerskiej, ale plotki na ten temat szybko się rozchodzą.
- Chodzi o to – wtrącił niegrzecznie Alame, odpowiadając zamiast Daivena na zadane przez Khazeia pytanie – Że ta bateria została zbudowana dość niedawno, i dostarczono do niej minimalny zasób głowic. Starczyło ich, żeby zniszczyć lub poważnie uszkodzić kilkanaście okrętów, z tego, co nam wiadomo, ale obecnie zapasy są na wyczerpaniu.
- Gwoli ścisłości, została amunicja tylko na jedną salwę – zakończył garave – Jeśli wierzyć pogłoskom, oczywiście.
- Następnym razem po prostu przyszliby i zapukali nam do drzwi – odezwał się mai derian Panei – Ale oni o tym nie wiedzą, i bardzo dobrze, bo zamiast zdobywać to miasto, mogliby je zwyczajnie odparować z orbity, razem ze skorupą planety pod nim, jeśliby tylko uznali, że za dużo byłoby kłopotów z bardziej finezyjnym podejściem.
- A my mamy po prostu upuścić ssakom krwi, kiedy będą tu przychodzić po śmierć – dodał Daiven – Na razie wszystko idzie dobrze, bo wczoraj zmusiliśmy ich do ucieczki, a dziś najwyraźniej zabrakło im już odwagi na to, żeby chociaż spróbować wejść do miasta. Podkuliliby ogony, gdyby je mieli.
- Tyle, że nas jest sto tysięcy z hakiem, a ich kilka milionów – skonstatował ponuro Khazei, po czym pożałował, że zaraża innych swoim pesymizmem
- Aż tyle? – garave uniósł bezwłose brwi – Gdzie to usłyszałeś?
- Na odprawie u mai shivarena Saidena.
- Czyli jednak coś tam wiesz – rzekł z aprobatą Daiven – Obyś się równie dobrze orientował w ogniu walki, bo nie mam pojęcia, na jakim poziomie stoisz z treningiem.
- Mam nadzieję, że dość dobrym – wyznał Khazei, po czym dodał – Właśnie, garave, jaką rolę mam odegrać? Wiem, że nie będę dowodził plutonem, więc gdzie mam w tym wszystkim być, i co robić?
- Masz po prostu zabijać, i nie dać się zabić – odrzekł Aderiańczyk, nagle przybierając poważny ton głosu, a Kodene nie był w stanie rozpoznać, czy mówi serio, czy to tylko jego gra – I przebywać nie dalej niż hedean od mojego ogona. To rozkaz.
- Tak jest, garave – potwierdził machinalnie Khazei
- Niepotrzebnie się aż tak tym wszystkim przejmujesz – stwierdził Daiven, już bardziej swobodnym tonem – Feomar już raz cię ocalił. Twoim zdaniem robiłby to tylko po to, aby pozwolić ci zginąć w dwa dni później?
Khazei odetchnął – była w tym jakaś logika. Jego patron ochronił go przed śmiercią, choć tuż przed katastrofą swojego myśliwca Kodene był pewien, iż jest nieunikniona. Zaraz jednak pożałował tej myśli, bowiem natychmiast zaczął się zastanawiać, dlaczego Feomar nie udzielił podobnej łaski jego towarzyszom broni. To nasunęło mu ponownie wspomnienia, które z trudem odegnał – nie chciał w tej chwili pogrążać się w smutku.
- Jeśli będziesz miał jakieś pytania odnośnie twojej nowej służby – ciągnął Daiven rzeczowo – Po prostu z nimi do mnie przyjdź. Mogę nawet pokazać ci, jak trzeba się posługiwać AGM-12, jeśli chcesz.
- Wiem, jak się nim posługiwać – odparował Khazei z lekką irytacją – Obejmuje to przecież najbardziej podstawowe szkolenie…
- Nie unoś się tak – zaśmiał się Daiven, przerywając mu – Przecież żartowałem. W imię Kagara, zapominam ciągle, co przeżyłeś – ostatnie zdanie oficer znów wypowiedział tonem poważnym
- Nic nie szkodzi, garave – odrzekł Kodene ze spokojem
- Pomożemy ci odegrać się na tych savashka – rzekł Panei przyjaźnie – Nawet jeśli nie zabijesz ich wielu jako jeden z nas, to później to nadrobisz, kiedy tylko dadzą ci nowy myśliwiec.
- A, właśnie, mówili ci, kiedy to nastąpi? – wtrącił Alame
- Nieprędko – odparł Khazei – Do przybycia naszych sił ekspedycyjnych, zapewne. Albo wcześniej, jeżeli nasze zakłady zbrojeniowe na Ravaneri w krótszym terminie zrealizują zamówienie Kovena sprzed wybuchu wojny.
- Nawet jeśli skończą produkować nową partię maszyn na czas, nie dostarczą ich tutaj – zaoponował Daiven – Panvera jest oblężona, i dopóki nie otrzymamy posiłków, nie mamy co liczyć na przerwanie okrążenia.
- No, chyba że ssaki będą partaczyły sprawę tak, jak to dotychczas robiły – wtrącił ponownie Alame – Jak na razie wszystko toczy się zgodnie z naszymi przewidywaniami. Kiedy próbowali po prostu wejść do miasta, my zastawiliśmy im na drodze kilka zasadzek, a kiedy ściągnęli bombowce, czekaliśmy już na nie z artylerią przeciwlotniczą. Te nowe czołgi rakietowe klasy Limai.
- Potem ściągnęli tę artylerię – dodała trzecia z derianów, Firena – Ale za mało, może z batalion. Przerwali ogień wkrótce po tym, jak te Limai odpowiedziały.
- Przynajmniej uczą się na błędach – stwierdził Daiven – Ale drogo ich to kosztuje.
- Z tego, co powiedział Khazei, stać ich na to – rzekł ponuro Panei – Kilka milionów żołnierzy…
- Ha, tak łatwo nas nie wezmą, skoro mamy tutaj pełny pułk Gwardii i trzy świątynie zabójców Genisivare – Daiven uśmiechnął się złowieszczo
- Gwardziści bronią na razie kwatery sztabu oraz siedziby lokalnego dyrektoriatu, i nie kiwną pazurem, żeby nam pomóc, dopóki nie dostaną takiego rozkazu – zaoponował Panei – Na zabójców też bym specjalnie nie liczył.
- A tak, zapomniałem – rzekł Daiven z udawanym roztargnieniem – Weźmy też pod uwagę, że chcemy przeżyć tę awanturę.
Gdy towarzysze Khazeia wdali się stopniowo w rozmowę na temat ich zdolności do obrony, w której to kwestii pilot nie był ani zorientowany, ani specjalnie w tej chwili zainteresowany, Kodene rozparł się w krześle, rozmyślając i usiłując się odprężyć. Szybko jednak stwierdził, że nie jest to łatwe – wspomnienia utraconych przyjaciół nachodziły go uparcie, nie dając mu spokoju.
- Khazei? – pytający głos Daivena wybudził go z chwilowej zadumy – Dobrze się czujesz?
- Tak, zupełnie, garave – odrzekł derian
- Wyglądasz na wykończonego – stwierdził Aderiańczyk z troską – Może odesłać cię do twojej kwatery, żebyś odpoczął?
- Nie, naprawdę wszystko jest w najlepszym porządku, garave – skłamał Khazei; w swoim obecnym nastroju był daleki od uczciwego przyznania, że wszystko jest w porządku
- Skoro tak mówisz – rzekł Daiven, wciąż zatroskany – Rozumiem, że wiesz, o której mamy się stawić na posterunku, i gdzie?
- Rano, w dwa i pół hadelitu po północy – odparł Kodene po krótkim namyśle – Nie wiem, gdzie dokładnie idziemy, ale wiem, gdzie ma być zbiórka.
- Bylebyś tylko się nie spóźnił.
- Nigdy, garave.
- Miło mi to słyszeć… hej! – Daiven urwał ze słabo zagranym oburzeniem, zwracając się do Alamego – Zostaw to! Już zdążyłeś zapomnieć, że o świcie mamy być gotowi? Mimo że Khazei przypomniał ci o tym przed chwilą? Koniec picia!
- Po co te nerwy, garave? – rzekł derian, który właśnie raz jeszcze nalewał sobie ivaren do szklanki – Przecież nie jestem wstawiony.
- I bardzo dobrze, bo to znaczy, że nie jesteś jeszcze skończonym idiotą – skonstatował Daiven złośliwie – Ale to nie oznacza, że możesz być. Bo jeśli będziesz, znajdziesz się w areszcie. A jeśli znajdziesz się w areszcie, będzie nas mniej na polu bitwy. A jeśli będzie nas mniej na polu bitwy, to wtedy Terranom łatwiej będzie nas pokonać i zapewne to zrobią. Rozumiesz już, jaka na tobie spoczywa odpowiedzialność?
- Tak, teraz rozumiem – Alame uśmiechnął się szeroko – I dziękuję, że tak wysoko mnie cenisz, skoro moja obecność może tyle zmienić.
- Cenię? – Daiven uniósł bezwłose brwi – Po prostu nie chce mi się dowodzić bezpośrednio drugim plutonem zamiast ciebie.
- Na Feomara, a już miałem nadzieję – derian pokręcił głową – Chociaż, może po prostu Khazei by mnie zastąpił – tu Alame zwrócił się do Kodenego – Idziesz na to? Dałbyś radę pokierować plutonem, i może jeszcze utrzymać swoich samani przy życiu? Wiesz, skoro wtedy, na orbicie…
- Siedź cicho, pajacu – burknął Panei, najwyraźniej przekonany, że żart Alamego był w złym tonie, którą to opinię Khazei częściowo podzielał – Znałem kiedyś takiego wesołka, jak ty. Miał paskudny wypadek.
- W porządku, nic takiego się nie stało – wtrącił Kodene – Nie ma się o co kłócić.
- Słyszeliście, samani? – rzekł Daiven z nagłą, zaskakującą stanowczością – Zamknijcie się, bo przewiduję, że od waszych głupich żartów dopiero się zacznie, i będę musiał faktycznie was zatrzymać w areszcie. I niech Kagar pochłonie to, co wcześniej powiedziałem. Nie, Alame, milcz już – dodał, widząc, że derian już otwiera pysk, chcąc wygłosić ripostę – Nie chcę więcej tego słuchać.
Khazei spoglądał to na garavego, to na jego oficerów, i domyślił się, że tarcia pomiędzy Alamem i Paneim nie należały do rzadkości. Zdziwiło go to, bowiem wcześniej oficerowie nie wykazywali żadnych objawów wzajemnej niechęci. Siedząca na uboczu, dotąd bardzo małomówna mai derian Firena, przyglądała się zajściu wręcz ze znudzeniem, co wydawało się potwierdzać domysły Kodenego.
- Przepraszam, garave – powiedział Khazei, zrywając się z miejsca – Myślę, że jednak udam się do swojej kwatery.
- Jesteś pewien? – zapytał Daiven ze zdumieniem – Mówiłeś, że wszystko jest w porządku.
- To prawda, ale po namyśle, wolałbym trochę odpocząć, garave. Nie spałem dzisiaj wiele.
- Dobrze, więc idź. Ale nie zapomnij, żeby się stawić o czasie.
Khazei zasalutował oficjalnie, na co Daiven odpowiedział dużo mniej dbałym salutem, po czym odwrócił się i wymaszerował z klubu oficerskiego. Musiał jeszcze opuścić budynek, w którym ten się znajdował, a potem udać się do sektora koszar, z kwaterami przeznaczonymi dla oficerów. W trakcie marszu obserwował z daleka zniszczenia dokonane w zabudowie miejskiej przez krótki, lecz względnie intensywny ostrzał wrogiej artylerii, i mimowolnie pomyślał o ofiarach wśród cywili, którzy, ewakuowani z większości dzielnic, byli teraz stłoczeni w tych uznawanych za bezpieczne. W oddali dostrzegł również Terran, pracujących przy uprzątaniu gruzu oraz przenoszeniu rannych. Byli to jeńcy wrogiej armii, wzięci wczoraj do niewoli. Khazei spojrzał na ich oddalone postacie z głęboką odrazą, pomny na to, że ci najeźdźcy zabili na Ravaneri wszystkich sivantien, którzy byli mu bliscy.
Wyjaśnienie, jakiego udzielił swojemu tymczasowemu przełożonemu, było tylko półprawdą. Owszem, obawiał się tego, że nazajutrz może być nieprzytomny z niewyspania, ale bardziej krępował go fakt, że z biegiem czasu czuł się coraz bardziej obco w towarzystwie Daivena i jego podwładnych. Oni byli serdeczni i pełni humoru, natomiast Khazei bardzo ponury. Miał wrażenie, że nie jest w stanie prowadzić normalnej rozmowy, a jego nastrój nie pasuje do tego panującego w klubie oficerskim. Wolał zostać na dłużej sam, a nie chciał też godzić w dobry humor pozostałych.
Pokój Khazeia, usytuowany wewnątrz jednego z większych modułów koszar, był mały i skromny, ale przeznaczony tylko dla niego. Wcześniej korzystał zeń oficer Milicji, który zginął pierwszego dnia walk, jak dowiedział się Kodene.
Derian przypomniał sobie teraz, że z tego wszystkiego nie wysłał wiadomości do swojego rodzeństwa na Sthresiusie – korespondował z nimi regularnie i zapewne zmartwiłby ich fakt, że do nich nie napisał. Po chwili uznał jednak, że zrobi to jutro – nie miał w tej chwili na to nastroju, był zbyt zmęczony i zdołowany.
Nastawił budzik na jeden alit przed godziną zbiórki, pozostawiając ten krótki czas na przygotowanie się do wymarszu. Rozebrał się do snu, składając schludnie mundur, po czym rzucił na proste, lecz wygodne łóżko, i niemal natychmiast zasnął.
To be continued...