StarCraft Area Strona główna Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Grudnia 01, 2021, 07:29:44 am

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
+  StarCraft Area Forum
|-+  Miejsce dla was
| |-+  Artykuły, opowiadania (Moderator: oOldXman)
| | |-+  "Niebo i Piekło" - military SF
« poprzedni następny »
Ankieta
Pytanie: Jak oceniasz to opowiadanie?
1 - 0 (0%)
2 - 0 (0%)
3 - 1 (33.3%)
4 - 0 (0%)
5 - 0 (0%)
6 - 0 (0%)
7 - 0 (0%)
8 - 2 (66.7%)
9 - 0 (0%)
10 - 0 (0%)
Głosów w sumie: 0

Strony: [1] 2 3 ... 7 Drukuj
Autor Wątek: "Niebo i Piekło" - military SF  (Przeczytany 64007 razy)
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« dnia: Kwietnia 02, 2010, 06:24:28 pm »

Niniejszym prezentuję kolejne opowiadanie, osadzone w wykreowanym przeze mnie uniwersum. Tym razem rozgrywa się ono w czasach dość zamierzchłych, w porównaniu do tych, jakich byliście świadkami w pozostałych dwóch tekstach.

Tytułem wstępu i wyjaśnienia rzeknę na początek kilka słów - Terranie (znaczy my, ludzie, homo sapiens) ongiś przemierzali znany sobie wszechświat, prowadząc dość agresywną ekspansję i wyniszczając napotkane rasy istot rozumnych podług dyrektyw tak zwanego Protokołu Egzekucyjnego. I tak to trwało do roku 3098, kiedy napotkali rasę humanoidalnych jaszczurów - Sorevian. Oczywiście jak zwykle przeprowadzili inwazję, chcąc podbić ich planetę, a autochtonów obrócić w niewolę (uznali, że są dostatecznie użyteczni według kryteriów Protokołu, aby ich nie unicestwiać). Tyle że w odróżnieniu od poprzednich ofiar ludzkiej ekspansji w kosmosie, Sorevianie poradzili sobie z tą inwazją, pokonali Terran, a ich niedobitki wygnali w 3101 ze swojego systemu. Po tej wojnie zaczęli nawet budowę własnego międzygwiezdnego imperium, głównie dzięki zdobytym na ludziach technologiom.
Piszę o tym wszystkim, ponieważ opowiadanie "Niebo i Piekło" opowiada o wydarzeniach, jakie nastąpiły w pół wieku po porażce ludzi na macierzystej planecie jaszczurów, kiedy to doszło do kolejnego kontaktu między dwiema rasami. Takiego z rodzaju mało pokojowych.

Ponieważ pierwszy fragment jest dość długi, będzie double posting.
----------------------------------------------------------------------


Sektor: Draconis
Układ: Hyperion     Planeta: Ravaneri
Czas: 12 czerwca 3153 (czas alfa)



      Niezmierzona pustka otaczała go zewsząd, a wokół panowały ciemność i niemal zupełna cisza. Nic zatem nie mąciło obrazów i dźwięków, jakie podsuwała mu wyobraźnia, wypełniając tę nicość. Choć był świadomy, iż to nie dzieje się naprawdę, czuł wyraźnie, że właśnie teraz jest w domu, który dawno temu opuścił, że popija schłodzony ivaren i że wyleguje się na plaży w pełnym słońcu. Żar wprost lał się z nieba, więc nie miał na sobie ubrania.
   Nagle jednak cisza i ciemność ustały, podobnie jak wrażenie pustki. Głos, jaki zakrakał w słuchawce komunikatora, wybudził go momentalnie z zadumy, przywracając poczucie rzeczywistości. Znowu był w kokpicie gwiezdnego myśliwca klasy A-14 Hakei, najbliższe słońce znajdowało się o wiele za daleko, aby dawać mu jakiekolwiek ciepło, a picie ivarenu byłoby nie do pomyślenia, jako że pozostawał na służbie. Nie był też nagi, lecz odziany całkowicie w kombinezon pilota, w skład którego wchodził hełm wideo. Nawet stopy i ogon były okryte.
   -   Dywizjon 98, Eskadra K, tu „Manurai” – rzucił podoficer z mostka orbitującego nieopodal okrętu – Nowe rozkazy, macie natychmiast opuścić patrol i dołączyć do nas. Pełna gotowość bojowa.
   -   Przyjąłem, karimo, zmieniamy kurs – odpowiedział aż nazbyt znajomy głos dowodzącego eskadrą mai derianaIskra jeden do wszystkich, nowy namiar na 8:46:117.
   Derian Khazei otrząsnął się na dobre z marzeń i wyłączył sterującego dotąd jego maszyną autopilota. Dłonie – przyobleczone w ciemne rękawice, które skrywały ostre pazury i łuskowatą skórę – chwyciły pewnie ster, kiedy Khazei skierował swój myśliwiec tak, aby zmienić kurs podług reszty eskadry. Rozglądał się jednocześnie, spoglądając po towarzyszących mu myśliwcach. Wprawdzie ze wszystkich stron otaczały go metalowe ściany – kokpit A-14 nie miał przecież żadnych okien – ale nie patrzył bezpośrednio swoimi bocznie osadzonymi oczami. Widział poprzez czarny wizjer hełmu wideo, który zasłaniał górną połowę jego wydłużonego łba, uzbrojonego w pysk pełen ostrych kłów.
   Khazei ożywił się nieznacznie. Jeszcze kilka chwil temu czuł każdą swoją łuską, że dzisiejszy dzień nie będzie się różnił niczym od poprzedniego. Jego jednostka, przeniesiona z macierzystego Sorev, już od miesięcy stacjonowała tutaj – na skolonizowanej stosunkowo niedawno planecie Ravaneri. Przebywając tak daleko od domu, Khazei miał nadzieję zetrzeć się w walce z przybyszami z odległej planety, przybyszami, którzy wiele lat temu spustoszyli jego rodzimy świat. Wszyscy spodziewali się, że kiedyś dojdzie do ponownego z nimi spotkania i te obawy sprawdziły się – na przestrzeni ostatnich tygodni patrole odnotowały kilka kontaktów bojowych z grupami zwiadowczymi wroga. Skończyło się co prawda na paru drobnych utarczkach, niemniej, dawni najeźdźcy wiedzieli już o ich obecności. Każda z wysuniętych kolonii – takich, jak Ravaneri – mogła stać się wkrótce obiektem ataku. Khazei podświadomie tego oczekiwał i był gotów podjąć walkę z wrogiem. Lecz zamiast tego, życie jego i innych od miesięcy toczyło się nieznośnie jednostajnym rytmem – pobudka, modły do Feomara w kaplicy, poranny trening, później rutynowy patrol, przerwa na pemake, ćwiczenia bojowe, kolejny rutynowy patrol, wreszcie wieczór, nuvere, i ewentualnie kilka alitów spędzonych w klubie. Nie znosił tej rutyny i poważnie zastanawiał się nad wzięciem urlopu, by móc odwiedzić Sorev i zamieszkujących tam braci i siostry.
   Tymczasem odebrany przed chwilą komunikat wskazywał, że lada chwila może dojść do bitwy, czego oczekiwał od dawna. Był Sorevianinem – jego rasa miała walkę we krwi, zachowując w niej również więcej honoru i więcej godności, niż wrogowie.
   -   Wygląda na to, Khazei – odezwał się jego skrzydłowy, derian Tarave – że jesteś mi winien tę flaszkę ivarenu. Nie minął jeszcze tydzień, odkąd się założyliśmy, że tamci tu będą.
   -   Na razie nic nie wiadomo – odrzekł Khazei z uśmiechem – To może być fałszywy alarm.
   -   Obyście tylko mieli szansę, żeby wypić ten ivaren – wtrąciła derian Vanema, jedna ze skrzydłowych dowódcy – Nie wiem jeszcze, ilu gości zaraz wpadnie z wizytą do Ravaneri, ale mam złe przeczucia.
   -   Zawsze masz złe przeczucia – skontatował złośliwie Tarave.
   -   Może. Ale tym razem wyraźnie coś się dzieje. Widzisz chyba, że wszystkie nasze jednostki na orbicie lecą teraz do…
   -   Przestańcie tyle kłapać! – mrukliwy głos mai deriana uciął wymianę zdań – Cisza w eterze! Kiedy spotkamy się z krążownikiem, czekamy na dalsze rozkazy.
   Zaintrygowany słowami Vanemy, Khazei spojrzał na holograficzny odczyt sensorów swojej maszyny. Poszczególne eskadry myśliwskie, które dotychczas patrolowały swoje rejony orbity, teraz opuszczały je, kierując się tłumnie na pozycję zajmowaną przez „Manurai” – ciężki krążownik klasy Ketami. Drugi ze stacjonujących na Ravaneri krążowników, bliźniaczy „Suvenai”, już do niego dołączał. W drodze na jego pozycję były także pozostałe duże okręty. Wszystko, czym dysponowali Sorevianie, koncentrowało się w jednym punkcie, jak gdyby w oczekiwaniu na nadchodzący stamtąd atak. Myśliwce nie mogły wykryć niczego, co podchodziłoby do nich przez nadprzestrzeń, z braku odpowiednich detektorów. Sprawy miały się jednak inaczej w przypadku dużych okrętów i stacji orbitalnych. Wszystko wskazywało na to, że coś wykryły – i to coś nie było okrętem soreviańskim.
   -   Tu mai karimo Koven – Khazei usłyszał głos dowódcy lokalnej flotylli – Do wszystkich jednostek, ustanawiam punkt zborny na 8:46:117. Ogłaszam alarm bojowy. Przygotować się do przechwycenia wrogiej floty.
   -   No i co? – ponownie odezwała się Vanema – Czy tym razem moje przeczucia były słuszne?
   -   Ślepy traf – skomentował Khazei – Kiedyś musieli w końcu przybyć.
   -   Dokładnie w terminie, o jakim mówiłem – wtrącił Tarave sardonicznym tonem.
   -   A wy wciąż nie przestajecie kłapać! – warknął mai derianPozostać w szyku i trzymać kurs! I zamknąć wreszcie pyski, chyba że macie zamiar meldować!
   Myśliwce z Eskadry K były już w pobliżu miejsca spotkania i mogły dostrzec ciężkie krążowniki „Manurai” i „Suvenai” które zajęły pozycję na wysokiej orbicie Ravaneri, w pewnej odległości od siebie. Każdy tkwił równolegle do masywu planety i skierował lufy swoich ciężkich dział laserowych w stronę rozciągającej się po jego lewej burcie próżni. Na miejsce przybywały już inne eskadry myśliwskie.
   Khazei i inni ledwie zdążyli podejść do krążownika „Manurai” i zatrzymać się niemal nad jego górnym pokładem, w pobliżu jednego z ciężkich dział, kiedy nowy komunikat wywrócił dotychczasowy porządek do góry nogami. Teraz również sensory jego myśliwca mogły wykryć zespół dużych okrętów, które nagle pojawiły się w systemie, opuściwszy nadprzestrzeń. Khazei wziął głęboki wdech, a jego ogon drgnął odruchowo. Zastanawiał się teraz, czy nie oczekiwał walki zbyt pochopnie. Gotów był zmierzyć się z każdym wrogiem, ale do tej pory nie myślał o tym, że wróg może ich znacznie przeważać liczebnie. Przeklinał teraz swoją krótkowzroczność – mógł się tego spodziewać po siłach inwazyjnych.
   -   Tu „Manurai”, mamy kontakt – zameldował dowódca krążownika – To musi być awangarda wrogiej floty. Dwadzieścia pięć dużych okrętów, w tym cztery lotniskowce.
   -   Utrzymać pozycję – nakazał Koven – Strzelać bez rozkazu. Dalsze posiłki są w drodze.
   Działa krążowników natychmiast dały ognia, podejmując walkę na dużym dystansie. Przewaga Sorevian polegała na tym, że jednostki wroga dopiero opuszczały nadprzestrzeń, przez co były podatne na atak, oraz że dotychczas pojawiła się tu tylko szpica wrogiej floty. Jednak na razie walczyły z nią tylko dwa okręty.
   -   Potwierdzam identyfikację celu – kolejny komunikat z mostka „Manurai” – Nie ma wątpliwości, to są Terranie.
   Khazei zacisnął szczęki, czując, jak rozgrzewa go narastający powoli bitewny gniew. Odniósł wrażenie, że został on podsycony przez samą nazwę ich wrogów. Terranie – zwani także ludźmi, jeśli odnieść się do ich nazwy gatunkowej – niegdysiejsi najeźdźcy, którzy teraz ponownie postanowili ich zaatakować.
   -   Utrzymujcie kontakt bojowy – rozkazał Koven – Myśliwce mają odciągnąć ich eskadry od krążownika.
   -   Już tu są! – zawołał Khazei, dostrzegłszy na sensorze garść pomniejszych odczytów, które komputer natychmiast naniósł mu także na wziernik przezierny hełmu wideo. Wrogie lotniskowce wysłały już przeciwko nim pierwszy rzut swoich maszyn.
   -   Odeślijcie ich do Kagara! – krzyknął krzepiąco mai derianNiech nas Feomar prowadzi!
   Wszyscy mu zawtórowali, wołając gromko „chwała Feomarowi!” i odmawiając krótkie modlitwy do smoczego boga wojny, swojego patrona. Khazei chwycił przepustnicę, zwiększając ciąg i ruszając wraz z towarzyszami na spotkanie nieprzyjacielowi. Natychmiast obrał sobie za cel jeden z wrogich myśliwców, który właśnie go namierzał, lecąc mu dokładnie naprzeciw. Jaszczur czekał przez krótką, lecz nerwową chwilę, nim system bojowy jego maszyny potwierdził naprowadzenie na cel – po czym odpalił rakietę protonową. Terranin wystrzelił własną zaraz po nim. Inne biorące udział w walce myśliwce także użyły własnej broni, tworząc dwie znaczne salwy. Khazei pozostawał jednak skupiony na własnym oponencie, z uwagą śledząc lot pocisków – ze względu na rozwinięte systemy stealth, używane w maszynach obu walczących stron, namierzanie mogło w każdej chwili zawieść. Jaszczur przymierzał się już do strzału ze stałego uzbrojenia – dwóch sprzężonych działek laserowych – na wypadek, gdyby tak się stało.
   Na nieszczęście Sorevianina, choć jego rakieta w końcowej fazie lotu zgubiła namiar, pocisk z terrańskiego myśliwca wciąż leciał w jego kierunku. Warknął ze złością, wyrzucając z maszyny wabik i jednoczeście wykonując unik. Urządzenie zakłócające zadziałało skutecznie, myląc rakietę, ale Khazei musiał powtórnie wymierzyć w Terranina. Ten zdążył już odpaść, założywszy najwyraźniej, że jego rakieta zniszczy Sorevianina, i teraz znów usiłował weń wycelować. Jaszczur jednak był szybszy – w ciągu ułamka sekundy wziął nieprzyjaciela w celownik, natychmiast otwierając ogień. Człowiek także weń strzelał, ale zanim zdołał wyrządzić mu szkodę, Khazei oddał już kilka celnych strzałów, które przeszyły wrogi myśliwiec, uśmiercając pilota w kokpicie i poważnie uszkadzając maszynę, która eksplodowała w chwili, gdy jaszczur ją wymijał. Szybki rzut oka na sensory pozwolił mu stwierdzić, że Tarave także zestrzelił swojego przeciwnika i teraz znów dołączał do swojego skrzydłowego.
   Khazei, pokrzepiony zwycięstwem, wydał z siebie krótki, triumfalny ryk, ale nie stracił przy tym koncentracji. Błyskawicznie zmienił kurs, powtarzając za resztą dywizjonu manewr rozproszenia. Te myśliwce soreviańskie, które przetrwały pierwsze starcie, obleciały terrańską formację, zanim wrogowie zdołali rozbić szyki. Wkrótce potem wzięły ludzi od tyłu, a kolejni jaszczurczy piloci zaczęli wsiadać przeciwnikom na ogony, ścigając ich i powiększając popłoch.
   Jednak soreviańskie krążowniki były w gorszej sytuacji. Wciąż prowadziły ogień z całej artylerii, lecz nie miały większych szans wobec liczebnej przewagi Terran. Promienie laserowe, wystrzeliwane z nieprzyjacielskich dział, przeciążyły już ich osłony, przez co ich pancerze otrzymywały teraz bezpośrednie trafienia. Na szczęście nadchodziła pomoc – odczyty sensorów wskazywały, że flagowy okręt Kovena oraz towarzyszące mu fregaty były blisko – ale dla „Manurai” i „Suvenai” mogło być wkrótce za późno.
   Khazei nie tracił czasu, aby poświęcać długie chwile na obserwacje w ogniu walki. Zwiększył moc silników i wleciał w rój myśliwców, wymieniających się ogniem. Terranie zdołali już rozproszyć swoje szyki i prowadzili w miarę wyrównaną walkę, choć w jej pierwszej fazie ponieśli większe straty. Mogli sobie jednak na to pozwolić, gdyż na ich lotniskowcach czekały kolejne maszyny. Khazei dostrzegł na sensorach, że drugi rzut wrogich myśliwców już startuje.
   Wówczas jeden z Terran zdołał wejść Khazeiowi na ogon, podejmując pościg. Jaszczur jednak uniknął pierwszej serii strzałów i wykonał ostry skręt. System bojowy ostrzegł go o wystrzelonej weń rakiecie, ale ta zgubiła namiar. Przeciwnik nie ponowił już ataku, gdyż do walki włączył się Tarave, zmuszając go do uników. Khazei, dostrzegłszy, iż jego skrzydłowy ma przewagę nad wrogiem, zrezygnował z udzielenia mu asysty. Ponownie zaczął manewrować i natychmiast odnalazł nowy cel, korzystając z faktu, iż terrański pilot sam próbował wziąć na cel jednego z Sorevian. Podjął za nim pościg i miał go już w celowniku, gdy usłyszał komunikat w eterze.
   -   Dostali kolejne posiłki – to był dowódca „Manurai” – Część ich sił kieruje się na nas. Eskadra K, odetnijcie im drogę i zniszczcie ich szturmowce.
   -   Przyjąłem, „Manurai”, zmieniamy kurs – potwierdził mai derian, po czym zawołał władczo – Samani, ruszać się, natychmiast! Jeśli ci dranie użyją torped, a z pewnością mają zamiar to zrobić, możemy stracić nasze krążowniki!
   -   Khazei, odbierasz to? – rzucił Tarave.
   -   Leć, zaraz dołączę – syknął derian.
   Khazei niechętnie porzucił swoją zdobycz, jednak w czasie, gdy odbierał rozkaz, zdążył już ostrzelać wrogi myśliwiec, uszkadzając go i pozbawiając maskowania. Terranin zaczął mu się wymykać, ale nie mając już sprawnych systemów stealth, stanowił łatwy łup dla jaszczura, który nie miał problemu z naprowadzeniem nań rakiety – odpalił ją i natychmiast zmienił kurs, podążając do wyznaczonego punktu. Obserwował swój cel na sensorach i satysfakcją stwierdził, że pocisk go unicestwił.
   Eskadra K ruszyła na pomoc krążownikom, ścigając się z trzema eskadrami przeciwnika, z których jedna składała się z ciężkich szturmowców. Tak w każdym razie przyjęto, bowiem niechybnie były to szturmowce – Sorevianie dysponowali informacjami na temat używanego przez ludzi sprzętu z czasów wojny w obronie własnej macierzystej planety, a te maszyny niewiele się różniły od ich odpowiedników, z jakimi jaszczury zmagały się pięćdziesiąt lat temu.
   Soreviańskie krążowniki były w coraz gorszej sytuacji. Dysponowały analogicznym uzbrojeniem do tego używanego przez przeciwnika, ale wyglądało na to, że Terranie mają działa laserowe o większej sile ognia.
   Eskadra K podzieliła się na dwie grupy, z których każda skierowała się do jednego z krążowników. Khazei pospiesznie brał na cel szturmowce, które podchodziły do ataku na „Manurai”. Tarave leciał tuż przed nim, nieco na lewo.
   -   Rozwalcie je, zanim odpalą torpedy! – warknął dowódca – Niech wam Feomar sprzyja!
   Szturmowce były powolne i, na szczęście dla „Manurai”, podchodziły zdecydowanie za blisko. Kilkanaście tysięcy lideanów, jakie dzieliło ich od krążownika, było w zupełności wystarczającym dystansem na otwarcie ognia. Z drugiej strony, odpalanie torped z dalszej odległości dawało większe szanse ich zestrzelenia, nim dotrą do celu, więc Khazei uznał, że w taktyce ludzi jest metoda. Chcąc jednak ową taktykę jak najszybciej wykorzystać, zaczął na pełnym ciągu ścigać grupę nieprzyjacielskich szturmowców z Taravem u boku, podczas gdy reszta Eskadry K zajmowała się wrogimi myśliwcami.
   Terrańskie szturmowce wciąż jeszcze podążały w szyku, i dopiero zaczynały się rozpraszać, kiedy Khazei znalazł się za ich plecami. Jaszczur chciał ich dorwać jak najwięcej, więc gdy namierzył pierwszego z nich i odpalił dwie subatomowe rakiety neutronowe, natychmiast wycelował w kolejną maszynę i ostrzelał ją z działek. Eksplodowała na krótko przed tym, jak wystrzelone wcześniej pociski sięgnęły celu. Obydwaj Terranie zginęli w kulach ognia. Kodene nie tracił czasu. Od razu skierował się na kolejny szturmowiec, tym razem na zewnątrz formacji, usiłując uniemożliwić mu na ucieczkę.
« Ostatnia zmiana: Grudnia 30, 2015, 10:15:51 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #1 dnia: Kwietnia 02, 2010, 06:24:42 pm »

   Lecz zaledwie pierwsze strzały dosięgły Terranina, a jaszczur podskoczył, usłyszawszy złowróżbny komunikat.
   -   Khazei, masz jednego na ogonie!
   Było za późno – stanowczo za długo leciał po prostej, lekceważąc wrogie myśliwce, które nierozważnie uznał już za niegroźnych i nie dorównujących mu przeciwników. Co prawda Khazei niemal natychmiast wykonał skręt, co zresztą uratowało jego życie, ale i tak został poważnie trafiony. Tarcze uległy przeładowaniu, a te wiązki lasera, które się przez nie przedostały, przeorały mu tylny pancerz i jeden z silników. Myśliwiec błyskawicznie zaczął tracić moc.
   -   Zestrzelił Khazeia! – zawołał Tarave – Gdzie jesteście? Nie mogę go zdjąć z ogona!
   Lecąc wciąż na dużej prędkości, Khazei minął „Manurai” i leciał jeszcze przez chwilę wprost na masyw Ravaneri. Usiłował odzyskać kontrolę nad maszyną, co nie było łatwe, wobec uszkodzenia systemów sterowania. Co gorsza, znalazłszy się w strefie przyciągania planety, mógł teraz zwyczajnie spaść jak kamień – wyłączenie silników nie uratowałoby sytuacji. Nie to jednak było najważniejsze – jeżeli nie zdąży zapanować nad myśliwcem, jego skrzydłowy mógł zginąć.
   Zaryczał głośno w akcie frustracji, jednak zdołał w końcu wejść w skręt i skierować się powtórnie w rejon walki. Odnalazł na detektorach Taravego, który bezskutecznie starał się zgubić tego samego Terranina, który przed chwilą uszkodził maszynę Khazeia. Skrzydłowy otrzymał jedno trafienie z działek laserowych i nie miał osłony.
   -   Khazei! – krzyknął Tarave – Jesteś tam?
   -   Mam cię – wycedził Khazei – Wytrzymaj jeszcze chwilę.
   -   Dostałem! Namierza mnie, odpali rakietę!
   Khazei zaklął, z trudem kierując swój myśliwiec na Terranina. Nie było ani chwili do stracenia, a jego maszyna z trudem reagowała na stery.
   Zdołał ją naprowadzić akurat w chwili, gdy odpalony przez człowieka pocisk sięgnął celu. Myśliwiec Taravego zniknął w eksplozji subatomowej głowicy.
   Khazei powtórnie zaryczał z frustracją. Nie mógł już pomóc skrzydłowemu, więc teraz opętało go momentalnie pragnienie pomsty. Terranin tylko na krótko znalazł się w jego celowniku, jako że uszkodzone stery nie pozwalały jaszczurowi panować w pełni nad maszyną, ale to wystarczyło. Przynajmniej połowicznie – seria strzałów nie zniszczyła terrańskiego myśliwca, lecz poważnie go uszkodziła, przez co ten odpadł, ciągnąc za sobą smugę ognistego dymu, a następnie zaczął opadać, przyciągany przez planetę.
   Tymczasem myśliwiec Khazeia, i tak ledwo trzymający się w jednym kawałku, zupełnie wymknął się spod kontroli. Silniki oraz układ sterowniczy w końcu padły i również jaszczur zaczął spadać na planetę. Sięgnął do przycisku katapulty, ale ku swojej rozpaczy odkrył, że mechanizm się zaciął. Spróbował jeszcze kilkakrotnie, lecz nic to nie dało – widocznie również układ awaryjny musiał zostać uszkodzony podczas trafienia.
   -   Chroń mnie, Feomarze – powiedział błagalnie, widząc, jak masyw planety rośnie mu w oczach
   Na krótką chwilę obrócił głowę, by spojrzeć na przebieg bitwy. Na miejsce przybył już flagowy okręt karimo Kovena, jeden z krążowników liniowych klasy Sivafar, ostrzeliwując Terran z dwunastu posiadanych, podwójnych dział laserowych. Dwie towarzyszące mu fregaty torpedowe klasy Sakame odpaliły we wroga wszystkie posiadane głowice, z których część została zniszczona przez lekką artylerię laserową przeciwnika w trakcie lotu. Małe pociski, również chronione systemami stealth, trudno było zestrzelić, niemniej pozostawało to możliwe. Lecz reszta torped trafiła w cele, powodując poważne zniszczenia. Walczące wcześniej samotnie „Manurai” i „Suvenai” były już poważnie uszkodzone. Każdy z nich palił się w kilku miejscach, a ich działa w większości milczały.
   Khazei szybko zaprzestał obserwacji bitwy, bardziej zainteresowany próbą ocalenia własnego życia. Ogromne gorąco, jakie zaczynało ogarniać jego myśliwiec podczas wchodzenia w atmosferę, tylko go otrzeźwiło. Co prawda maszyny poszczególnych typów mogły bez własnej szkody dokonywać takich manewrów, ale kadłub statku Khazeia był już porządnie podziurawiony, a tarcie powietrza tylko powiększało uszkodzenia. Ogień zdawał się nawet wdzierać do kokpitu.
   Po kilku okropnych chwilach, kiedy myśliwiec przedarł się już przez warstwę gęstych chmur, Khazei stwierdził z pewną ulgą, że spada w pobliżu znacznych rozmiarów miasta. Oznaczało to, że jeżeli udałoby mu się w jakiś sposób wylądować, mógł liczyć na pomoc. Mając jeszcze szczątkową sterowność, z trudem zmienił tor lotu, tak że dziób maszyny miał teraz skierowany w zabudowania, dopiero wtedy zdając sobie z przestrachem sprawę, że mógł w ten sposób uszkodzić jeden z budynków albo stratować pojazdy na ulicy, narażając życie mieszkających tam cywilów. Chwycił stery jeszcze raz, usiłując choć trochę skorygować kurs, rozbić się poza obrębem osiedla, ale tym razem myśliwiec praktycznie nie reagował. Jednocześnie włączył reduktory grawitacyjne, stopniowo zwiększając ich moc, aż osiągnęła maksimum. Użył również dysz hamowniczych, usiłując rozpaczliwie zmniejszyć prędkość i złagodzić efekt upadku.
   -   Tu baza Panvera – usłyszał nagle w komunikatorze – Dostrzegliśmy cię. Zmniejsz prędkość, inaczej nie będzie z czego zbierać.
   -   Przecież próbuję – wycedził Khazei.
   -   Jesteś za blisko. Rozwalisz zabudowania.
   -   Nie panuję nad tym! – odwarknął oficer – Sihe! Usiłuję tutaj nie zginąć, do Kagara!
   Reduktory grawitacyjne, dzięki niech będą Feomarowi, wciąż działały, choć były uszkodzone. Prędkość malała, lecz zdawało się, że zbyt wolno. Nadal leciał o wiele za szybko.
   -   Zidentyfikuj się – padło polecenie.
   -   Derian Khazei z Eskadry K – odrzekł z wysiłkiem pilot – Mamy tam starcie z ludźmi, to cała inwazja.
   Powierzchnia była już bardzo blisko, a myśliwiec wciąż zdawał się lecieć za szybko. Jaszczur pociągnął z całej siły za stery, usiłując podnieść dziób maszyny choć trochę do góry. Lada moment się roztrzaska. Po drodze, na którą się kierował, poruszały się antygrawitacyjne pojazdy cywilne, ale nie miał teraz innego wyjścia.
   -   A kim jest ten drugi? Nie rozpoznajemy jego sygnatury, czy to Terranin?
   Khazei zdążył się tylko zdziwić, ale nie miał już czasu, aby wymówić choć jedno słowo. Uderzył o ziemię z takim impetem, że jego fotela omal nie wyrwało z miejsca, przez co tylko łut szczęścia ocalił jaszczura od polecenia do przodu i uderzenia w osłonę kokpitu. Siła zderzenia wystarczyła jednak, żeby zupełnie go ogłuszyć. Myśliwiec rozbił się na jednej z ulic na przedmieściach, szczęśliwie omijając zabudowania, i sunął po niej jeszcze kilkanaście hedeanów, zmuszając poruszające się antygrawitacyjne pojazdy cywilne do gwałtownych uników. Gwałtowne wstrząsy, jakie targały orzącą grunt maszyną, sprawiły, że jaszczur jeszcze kilkakrotnie miotał się w niekontrolowany sposób na różne strony, uderzając o anakemowe ściany. Trzecie z kolei, potężne uderzenie w głowę, pozbawiło go w końcu przytomności. Zaległ w bezruchu w zmiażdżonym kokpicie, kiedy pokiereszowany myśliwiec w końcu się zatrzymał.



To be continued...
« Ostatnia zmiana: Grudnia 30, 2015, 10:18:35 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Mardok
VIP
*
Wiadomości: 111



« Odpowiedz #2 dnia: Kwietnia 02, 2010, 08:44:57 pm »

Nazwa ciut nie pasuje do SF-owego klimatu, ale i tak jest dobra. Podoba mi się to że przenosisz akcję na jakąś planetę. Czekam na następne części.
Zapisane


"Jeżeli przeciwnik gra somewhat 3 Gate 1 base all-in, nie techuj na siłę."
Rafikozor
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #3 dnia: Kwietnia 03, 2010, 02:32:34 pm »

Hm. Właściwie to dlaczego tylko Mardok cokolwiek pisze? Wiem dobrze (z liczby wyświetleń), że nie on jedyny toto czyta. Wobec tego czemu wszyscy pozostali milczą?

Nawet ci, co mi dwóje powystawiali za poprzednie opowiadania, nie powiedzieli NIC. Nawet się nie powyzłośliwiali (no, chyba że te dwójki to była próba dogryzienia mi jako moderatorowi czy innemu stworowi).

Następny fragment. Nie tak długi, więc wejdzie w całości.
--------------------------------------------------------



- I -

   Srebrzyste pola pakiru ciągnęły się od horyzontu po horyzont i zdawały się nie mieć końca. Sporych rozmiarów, agrokulturowa farma, wyglądała na ich tle jak samotna wyspa pośrodku bezkresnego morza. Obrazu ogromnego akwenu dopełniał wiatr, wprawiający pakir w falowanie, oraz żniwiarka, przemierzająca pola zbóż na podobieństwo prującego fale wód statku.
   Savaki zamknął na chwilę oczy, usiłując przez ten krótki czas cieszyć się panującym dzisiejszego dnia ciepłem, któremu towarzyszyły przyjemne podmuchy porywistego wiatru. Czuł to wszystko każdą z łusek, jakie pokrywały jego ciało. Zaraz jednak skupił się ponownie na poprawnym prowadzeniu żniwiarki wzdłuż wytyczonych linii. Ogromne urządzenie ścinało łany pakiru, wytrząsając ziarna zbóż i gromadząc je w swoich przepastnych trzewiach. Jednocześnie starannie omijało stojące rzędami, wprawione w ziemię dozowniki, tworzące sieć kierowanego komputerowo systemu nawożenia. Znajdowały się tam również elementy systemy irygacyjnego, chociaż były nieaktywne na obszarze, gdzie prowadzono akurat zbiory, podobnie jak urządzenia użyźniające glebę.
   Chociaż Savaki był zadowolony z panującego obecnie ciepła – które odczuwał w pełni z racji faktu, że był ubrany tylko w lekkie spodnie – żałował, że nie zanosi się na deszcz. Dłuższy upał stawał się po czasie nie do zniesienia, a ponadto brak opadów oznaczał, że będą musieli znowu polegać na systemie irygacyjnym, który ostatnimi czasy doznawał coraz częstszych usterek i wymagał stałego nadzoru. Co gorsza, nie można było nawet określić, kiedy spadnie deszcz, ponieważ zaledwie tydzień temu nastąpiła poważna awaria satelity meteorologicznego, która uniemożliwiła im analizowanie procesów atmosferycznych oraz prognozowanie pogody. Savaki ufał, że ich ekspert, który zajmował się obsługą satelity meteorologicznego – Ezaken – jeszcze dzisiaj zdoła coś z tym zrobić. Sam Savaki miał o tym blade pojęcie, jako że był farmerem z powołania. Swego czasu realizował się w tej branży jeszcze na swojej rodzinnej planecie, Sorev, ostatnimi jednak czasy kompania, na zlecenie której pracował on i inni, przeniosła ich do plantacji na Ravaneri. Chociaż Savaki musiał się w związku z tym pożegnać z domem, nie miał nic przeciwko temu, jako że kolonia bardzo mu go przypominała. Jedyne, na co mógł narzekać, to ścisłe terminy kolejnych dostaw pakiru, jakie im narzucono.
   Savaki zrobił kolejny nawrót żniwiarką, kiedy nagle znajdujące się z boku maszyny drzwiczki, usytuowane za jego prawym barkiem, otworzyły się. Z wewnątrz wyszła na światło dnia niewysoka postać, diametralnie różna od zasiadającego za sterami Sorevianina, choć o podobnej sylwetce – pozbawionej jednak ogona.
   -   Hej, Paul – powiedział Savaki, nie odwracając się – Młocarnia znów nawali?
   Człowiek, ubrany w lekki strój roboczy, zamknął drzwi i zbliżył się do jaszczura.
   -   Nigdy w życiu – odparł wreszcie w płynnym strev, siadając u jego boku koło siedziska kierowcy
   -   Trzymam cię za słowo – oznajmił Sorevianin z udawaną surowością – Jak się znowu rozłoży w trakcie roboty, ty płacisz następnym razem za estere.
   -   No, to nie muszę się martwić o swój portfel – Terranin uśmiechnął się serdecznie, co po dłuższej chwili zrobił także Savaki, obnażając garnitur ostrych zębów.
   Gdzie indziej taki widok byłby nie do pomyślenia – dwóch przedstawicieli różnych ras, z których każda darzyła się skrajną niechęcią, by nie powiedzieć, iż nienawiścią, wspólnie pracowało oraz rozmawiało ze sobą przyjacielsko. Jednak dla Savakiego była to rzecz zupełnie naturalna – zdążył do tego przywyknąć przez długie lata. Zresztą nie tylko on.
   Paul Brown, chociaż był człowiekiem, urodził się i wychował na Sorev, podobnie jak tysiące innych Terran. Tak jak pozostali, był potomkiem przedstawicieli mniejszości terrańskiej, żyjącej na macierzystej planecie jaszczurów. Jego dziadkowie należeli niegdyś do ekspedycji, jaka dokonała inwazji na Sorev, z zamiarem podbicia go i obrócenia jego mieszkańców w niewolę. Lecz owe plany się nie ziściły, a ludzi spotkała zupełna klęska. Nie wszyscy jednak zginęli w bitwach – miliony z nich pozostały w obozach jenieckich, po tym, jak zostali wzięci przez jaszczury do niewoli. Problem tej mniejszości rasowej rozwiązano, realizując projekt asymilacji pokonanych. Choć nie w każdym przypadku został on zwieńczony sukcesem, to jednak jeńcy z czasów wojny weszli w skład soreviańskiego społeczeństwa, ciesząc się równymi prawami z rdzennymi Sorevianami.
   Poważne problemy dla żyjących wśród jaszczurów Terran były obecnie dwa – po pierwsze fakt, że jeńcami byli w znakomitej większości żołnierze, których nie dopuszczono do służby wojskowej, a którzy z racji niewielkiego wykształcenia mieli problemy ze znalezieniem prestiżowego zajęcia. Po drugie zaś, więźniami byli głównie mężczyźni, przy jednoczesnym niewielkim odsetku kobiet, co ograniczało znacząco przyrost naturalny mniejszości terrańskiej na Soreviusie.
   Paul Brown należał jednak do tych ludzi, którzy urodzili się po wojnie, a Savaki poznał go w późniejszym okresie swojej pracy dla firmy. Terranin miał smykałkę do wszelkiego rodzaju maszyn, i radził sobie całkiem nieźle. Z drugiej strony utrzymywał, że nie ma zamiaru pracować jako farmer na stałe.
   -   Za godzinę, to znaczy za cztery ality, powinniśmy skończyć tę część – odezwał się Paul – Rozmawiałeś już może z Ezakenem?
   -   Nie, po prostu czekam, aż on się odezwie – odrzekł Savaki – Jak poprzednim razem się z nim kontaktowałem podczas pracy, przez ładnych parę enelitów musiałem słuchać jego narzekań o tym, jak go rozpraszam. Tylko Daerion miałby tyle cierpliwości, żeby znosić to po raz kolejny.
   -   No dobra, ale ile on ma zamiar jeszcze tam siedzieć? Znowu się spóźni z gotowaniem nuvere.
   -   Zawsze można powiedzieć Gastonowi, żeby się tym zajął – stwierdził jaszczur ze złośliwym uśmiechem
   -   Wykluczone – natychmiast zaoponował Brown – Kiedy ostatni raz pozwoliliśmy mu się dobrać do garów, nawet wy, gadziny, ledwo to znieśliście.
   -   Więc jakoś to chyba przebolejesz, że Ezaken poda nuvere z opóźnieniem.
   -   Dobra, dobra – Paul wzruszył ramionami – Skoro ty nie chcesz z nim pogadać, ja to zrobię. I pal licho jego gadaninę. Gdzie masz komunikator?
   -   Jest tu – odparł Savaki, wyciągając z kieszeni spodni małe urządzenie i podając je człowiekowi – Aha, i jeszcze jedno. Paul?
   -   O co znowu chodzi? – zapytał Brown ze zniecierpliwieniem, wybierając już zapisany w pamięci komunikatora kontakt z Ezakenem
   -   Jak już wrócimy, przejrzyj jeszcze te ładowarki. Możesz to zrobić po nuvere.
   -   Nie żartuj – zaprotestował Paul – Składujemy przecież te kontenery zboża na lądowisku dopiero za dwa dni.
   -   Właśnie. Mamy to zrobić już za dwa dni. A trzeciego będzie tam frachtowiec firmy.
   -   Przecież zdążymy, do licha – Brown zapomniał na chwilę o połączeniu, jakiego miał zamiar dokonać, przekomarzając się z Savakim – Czasami jesteś naprawdę upierdliwy, w porównaniu do ciebie Ezaken to…
   Człowiek urwał, usłyszawszy sygnał, wydobywający się z trzymanego wciąż w dłoni komunikatora. Wyraźnie zaskoczony, uniósł urządzenie do głowy, przykładając je sobie tak, aby samo doń przyległo. Jednocześnie wcisnął guzik odbioru transmisji.
   -   Hej, Paul – Savaki rozpoznał głos Gastona, drugiego z pracujących tu ludzi
   -   Hej, Gaston – odparł Brown – Masz coś?
   -   Widzieliście to? – zapytał rozmówca podniesionym głosem
   -   To, znaczy co?
   -   Na południowym zachodzie. Coś spadło z nieba, jak jakiś pieprzony meteor.
   Zaintrygowany Savaki zwolnił nieco, by móc się przyjrzeć niebu we wskazanym kierunku. Dopiero po dłuższej chwili dostrzegł w oddali ledwo widoczną smugę, której jeden koniec sięgał horyzontu, a drugi niknął gdzieś w nieboskłonie.
   -   Nic nie widzieliśmy – odrzekł Paul – Co to mogło być, twoim zdaniem?
   -   Jeszcze to sprawdzę. Wybaczcie, jeżeli spóźnię się na nuvere, ale chyba wezmę skuter.
   -   Może to był ścigacz Ezakena? – zasugerował Brown; Savaki pomyślał o tym z przerażeniem.
   -   Wątpię – zaoponował Gaston uspokajającym tonem – Miałby opuszczać stację meteo tak wcześnie? To nie w jego stylu.
   -   Więc kto to?
   -   Jak tam pojadę i sprawdzę, to się dowiesz. Nie czekajcie na mnie.
   -   Nie czekajcie na mnie – powtórzył Paul, kiedy jego rozmówca już się rozłączył – No żesz jasna cholera, przecież wiadomo, że i tak będziemy czekać.
   -   Z jakiej racji? – Savaki wzruszył ramionami – Najwyżej zje nuvere trochę później. Mnie bardziej martwi, co się tam rozbiło.
   -   Może faktycznie jakiś meteor – zażartował Brown – No dobra, chciałem gadać z Ezakenem.
   Savaki przeczuwał, że zanim człowiek będzie miał możliwość dojścia do głosu, będzie musiał wcześniej wysłuchać kilkuenelitowej tyrady. Jego przypuszczenia szybko się zresztą potwierdziły – gdy Paul połączył się już z technikiem, z komunikatora dało się usłyszeć znajomy głos, wymawiający potok złorzeczeń.
   -   Ile razy mam powtarzać, żeby nikt mi nie zawracał głowy? – zawarczał Ezaken – Czy wy macie pojęcie, jaka to delikatna konstrukcja?
   -   Ja też się cieszę, Ez – zironizował Brown – Jak to wygląda z tym satelitą meteo?
   -   Fatalnie – prychnął Sorevianin – Nic nowego. To chciałeś usłyszeć?
   -   Poniekąd – odparł Paul zdawkowo – Kiedy będziesz z powrotem?
   -   Kiedy skończę, w imię Saneora!
   -   Się wie. Słuchaj, nie widziałeś może czegoś tam na górze?
   -   Nie – odwarknął Ezaken – Dlaczego pytasz?
   -   Gaston rozmawiał ze mną przed chwilą, i mówił, że coś zauważył. Jakiś obiekt, chyba spadł na planetę z orbity. Pomyślałem więc, że może…
   -   Posłuchaj, niedomleczony ssaku – przerwał jaszczur niecierpliwie – Wiem, że wy wszyscy tam na dole mało rozumiecie, więc ci to wyjaśnię. Jak głupiemu, czyli w sam raz dla ciebie. Jestem teraz na orbicie planety. Chociaż to niska orbita, i tak siedzę w próżni. W której to próżni nie rozchodzą się dźwięki. Od kilkunastu alitów nie wyłażę z maszynowni satelity, który to satelita nie ma tam żadnych okien, bo trudno, żeby miał. Co w sumie oznacza, że absolutnie nic nie widzę, ani nie słyszę. A to z kolei oznacza, że nie miałem prawa zobaczyć czegoś na orbicie, choćby wam spadło na łby. Jasne?
   -   Jak słońce – odrzekł Brown z ostentacyjnym spokojem, robiąc zbolałą minę, czym pobudził obserwującego go lewym okiem Savakiego do cichego chichotu
   -   To świetnie – prychnął Ezaken – Masz coś jeszcze, czy mam się ponownie pogrążyć w iluzorycznym skupieniu?
   -   Jakim? – zapytał Paul z uśmiechem, kolejny raz pobudzając Savakiego do śmiechu
   -   Iluzo... ach, nieważne! Czego jeszcze chcesz?
   -   On w ogóle nie ma poczucia humoru – szepnął Brown do kolegi, po czym ponownie odezwał się przez komunikator – Co dzisiaj pichcisz, Ez?
   -   Davurę w pikantnym sosie – odrzekł Sorevianin odrobinę bardziej opanowanym tonem, jakby myśl o posiłku nieco go uspokajała – Na deser możecie sobie pakir zmieszać z revna…
   Paul nagle skrzywił się boleśnie, gdy słowa Ezakena urwały się gwałtownie, zastąpione przez głośny szum. Savaki przestał się uśmiechać, gdy to usłyszał, i natychmiast poczuł niepokój. Człowiek najwyraźniej także stracił momentalnie nastrój do żartów, bo na jego twarzy malowało się wręcz przerażenie.
   -   Ez? – zapytał z najwyższą obawą, a kiedy nie otrzymał odpowiedzi, zawołał po raz kolejny – Ezaken! Co się stało?
   Savaki zatrzymał żniwiarkę i skupił całą uwagę na Brownie i jego próbach ponownego porozumienia się z technikiem. Ten jednak nie odpowiadał, mimo że człowiek jeszcze kilkakrotnie nawoływał go po imieniu. Jaszczur zaczynał już przeczuwać najgorsze.
   -   Jestem… jestem – odezwał się nareszcie Ezaken, co wprawiło Savakiego w częściową ulgę; częściową, bowiem głos Sorevianina był przepełniony lękiem – Na łaskę Daeriona… jeśli tego nie przeżyję… jeśli tego nie przeżyję…
   -   Co się tam dzieje? – dopytywał się Paul
   -   Ktoś do mnie strzela! – zawołał Ezaken, z wyraźnym trudem starając się zapanować nad sobą – Z tego satelity zaraz nic nie zostanie! Muszę stąd uciekać! Wracam tutaj na ści…
   W tym momencie słowa jaszczura zagłuszyła kolejna kakofonia dźwięków i kontakt z nim urwał się na dobre. Przez chwilę Brown i Savaki trwali w bezruchu, jakby sparaliżowani. Sorevianin otrząsnął się pierwszy, wstając ze stanowiska kierowcy i odbierając człowiekowi komunikator.
   -   W imię Daeriona – powiedział gorączkowo, podejmując jeszcze kilkakrotnie próby ponownego nawiązania łączności z Ezakenem, a gdy to zawiodło, łącząc się z Sekirą w budynku mieszkalnym – Niech to nie będzie to, o czym myślę.
   -   Co się tam, kurna, stało? – zawołał Paul, nie kryjąc przestrachu – Co to było? Niby kto do niego strzelał?
   -   To akurat dość oczywiste – odrzekł Savaki enigmatycznie; zignorował pytanie człowieka, usiłującego się dowiedzieć, co miał na myśli, i zwrócił się teraz do Sekiry, połączywszy z nią – Sekira, skończyłaś już kontrolę systemu irygacyjnego?
   -   Prawie – odrzekła Sorevianka, kwitując swoją odpowiedź westchnieniem – Dlaczego pytasz? Potrzebujecie do czegoś dodatkowej pary rąk, że mnie odrywasz od…
   -   Mamy mało czasu – przerwał Savaki – Zostaw to na razie i zbierz wszystkie apteczki, jakie masz pod ręką. Mogą się okazać bardzo potrzebne, jak wróci tu Ezaken. Czy może raczej, jeśli tu wróci.
   -   Co się stało? – zapytała Sekira, tym razem nie kryjąc niepokoju
   -   Cóż, powiedzmy, że żałuję, że zeszłaś kiedyś ze ścieżki Feomara.
   -   A to dlaczego?
   -   Bardzo by nam się teraz przydała.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:31:19 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Ranoic
Level 2-5
*
Wiadomości: 24



« Odpowiedz #4 dnia: Kwietnia 04, 2010, 04:24:46 pm »

Jestem ciekaw, co będzie dalej, ale mam pewne wątpliwości:

Cytuj
leciał nad górnym pokładem „Manurai”, ostrzeliwując go z działek i starając się uszkodzić artylerię.

Dla mnie działka i artyleria w statku to mniej więcej to samo. Jaka jest różnica wg Ciebie?

Jeszcze dwa słówka:
nuvere - chodzi o "posiłek"?
pemake - to to nie wiem co może być. "Drzemka"?
« Ostatnia zmiana: Kwietnia 04, 2010, 08:41:27 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #5 dnia: Kwietnia 04, 2010, 08:48:35 pm »

Whoa, to ty? Już myślałem, że sobie na dobre odpuściłeś. Co cię zatrzymało? 8)

Dla mnie działka i artyleria w statku to mniej więcej to samo. Jaka jest różnica wg Ciebie?

Spora. Działka to jest liczba mnoga od słowa działko, które to określa broń ciężką małego kalibru (nie przekraczającą bodaj 30 mm). Artyleria zaś to pojęcie zbiorcze na całość dział wszelkiej maści.

Jeszcze dwa słówka:

Obydwa to są posiłki. Pemake się odbywa około pory południowej (czyli taki śniadanioobiad), a nuvere późnym popołudniem, pod wieczór praktycznie (czyli obiadokolacja).

Następny kawałek.
-----------------------------------------



- II -

   Wnętrze niewielkiego statku było zatłoczone, a znajdujących się w luku żołnierzy posadzono ramię przy ramieniu, przytwierdzonych do swoich miejsc dla ich bezpieczeństwa na czas lotu. Sytuacji nie poprawiał fakt, że każdy był w pełnym ekwipunku, nie wyłączając pełnych kombinezonów wspomaganych, każdy z własnym opancerzeniem i małej mocy tarczą energetyczną, oraz źródłem zasilania. Głowy ludzi chroniły oddzielne hełmy, z opuszczonymi na twarze poliglesowymi osłonami.
   -   No dobra, chłopcy i dziewczynki, posłuchajcie! – ryknął porucznik Baxter, przekrzykując hałas czyniony przez silniki desantowca w momencie startu – Ścierwa, z którymi dzisiaj walczymy, to nie to samo, z czym się zmagaliśmy dawniej. Ci są dobrze uzbrojeni i wyekwipowani, więc to nie będzie wycieczka za miasto.
   Stojący przed drzwiami oddzielającymi luk statku od kokpitu pilota oficer stwarzał doskonałe pozory doświadczenia bojowego, dzięki znamionom czasu, jakimi naznaczona była jego twarz, oraz przyprószonym siwizną włosom. Pozostawały one jednak tylko pozorami, z czego każdy zdawał sobie boleśnie sprawę, nie wyłączając zapewne samego dowódcy plutonu. Lecz nawet jeżeli tak było, nikt nie dawał tego po sobie poznać – wszyscy obecni przygotowywali się psychicznie do zbliżającego się starcia.
   -   Skurwiele odparli naszą flotę podczas wstępnego ataku, dzięki zastosowaniu jakiejś artylerii planetarnej – ciągnął porucznik – Ich nieszczęście polega na tym, że my doskonale wiemy, gdzie rozlokowali tę artylerię. Właśnie teraz nasi chłopcy lecą tam, żeby posłać ich w diabły. My przeprowadzamy równolegle uderzenie na wrogą flankę i osłaniamy głównym siłom tyły. Nasz cel to jakieś duże miasto, z bazą wojskową gdzieś w jego obrębie. Mamy je zająć i zneutralizować siły wroga, aby nie stanowiły dla nas w tym rejonie zagrożenia. Ponieważ atakujemy zaraz po zakończeniu bitwy na orbicie, nie powinniśmy się spodziewać istotnego oporu. Złapiemy ich z ręką w nocniku.
   -   Poruczniku – odezwał się nagle kapral Jones, unosząc rękę – Przepraszam, ale co to właściwie za obcy?
   -   Trzeba było czytać biuletyny, żołnierzu – odrzekł oficer sarkastycznie – O ile w ogóle umiesz czytać.
   Rozległy się pojedyncze śmiechy.
   -   Dla innych, którzy nie wiedzą – kontynuował porucznik – Tym razem obce robactwo, które mamy eksterminować, to jakieś gadziny. Nazywajcie je jaszczurami, jeśli chcecie. Niektórzy twierdzą, że to oni odpowiadają za zaginięcie Czwartej Floty w sektorze Draconis. Nie mieliśmy dotąd okazji złapać żadnego do badań, ale przypuszczalnie są twardzi. Jeśli chcecie coś im zrobić, po prostu ich zabijcie.
   -   Jakie są nasze rozkazy, panie poruczniku? – tym razem pytanie zadał kapral Hunter Ryan z drużyny sierżanta Sakaia
   -   Chyba wyraziłem się jasno, żołnierzu – odwarknął dowódca – Idziemy naprzód, i zabijamy każdego obcego sukinsyna, jaki stanie nam na drodze. Możemy się zastanowić nad oszczędzeniem cywili, bo w końcu nie zapadła jeszcze decyzja w oparciu o procedurę Protokołu Egzekucyjnego. Dokładne rozkazy będziemy otrzymywać na miejscu, a wysadzą nas już niebawem na obrzeżach miasta. Zatem szykujcie się!
   Kapral Ryan zacisnął dłonie mocniej na rękojeści karabinu laserowego, starając się, wzorem kolegów z plutonu, robić dobrą minę do złej gry. Choć był zawodowym żołnierzem i służył w armii od dwóch lat, prawdziwą wojnę znał tylko z mglistych na jej temat wyobrażeń, opartych o walki w symulatorze, oraz z lekcji historii, na których dowiadywał się o toczonych dawno temu przez ludzi konfliktach. Teraz jednak, gdy cała ludzkość była zjednoczona pod wspólnym sztandarem Globalnej Terrańskiej Federacji, batalie pomiędzy jej obywatelami były nie do wyobrażenia. Pozostawały jeszcze starcia z obcymi, te jednak również znajdowały się w sferze odległej przeszłości. Do niedawna.
   Hunter Ryan nienawidził obcych – czy może raczej tak sobie powtarzał. Od dawna bowiem dowiadywał się wiele na ich temat, nie były to zaś pochlebne informacje – obcy byli zagrożeniem dla ludzkości, co oznaczało, iż należy się z nimi obchodzić bezwzględnie. Ci z nich, którzy stanęli na drodze Terranom, zostali unicestwieni – ich życie, pędzone w ramach dość prymitywnych cywilizacji, nie przedstawiało sobą wielkiej wartości, ograniczało zaś ludziom możliwości ekspansji. Ryan wiedział to, ale nigdy nie nastawiał się do zagadnienia przedstawicieli obcych ras emocjonalnie – czuł, że nie jest w stanie otwarcie nienawidzić istot, których nigdy nie widział na własne oczy. Niemniej, wiedział, jakie powinien przyjąć nastawienie. Nie wolno mu się wahać, bo ich wrogowie w analogicznej sytuacji z pewnością też nie okazaliby im litości.
   -   Jak się czujemy, szeregowy? – zapytał przypiętego do fotela obok Tylera, żołnierza ze swojego pododdziału
   -   Zwarty i gotowy, panie kapralu – odrzekł podwładny
   -   A ty, Han?
   -   Aż się palę, żeby im dopieprzyć, panie kapralu.
   Ryan uśmiechnął się nieznacznie pod opuszczoną na twarz poliglesową osłoną hełmu. Tyler, Han, Gordon i Savage służyli w jego oddziale od kilku miesięcy i bardzo chciałby móc powiedzieć, iż stanowili doświadczony i zgrany zespół. Nic jednak nie mogło być dalsze od prawdy – co prawda współdziałali bardzo skutecznie podczas ćwiczeń, ale nigdy nie brali udziału w prawdziwej bitwie. Hunter pocieszał się tym, że nie tylko ich to dotyczyło.
   Nagle desantowiec, którym lecieli, przyhamował gwałtownie, po czym opadł w dół. Wtedy rozległ się krzyk porucznika, któremu wtórowali sierżanci dowodzący drużynami.
   -   Dobra, wyskakiwać! Wszyscy na zewnątrz!
   -   Ruszać tyłki! Już!
   Ryan posłusznie zerwał się z miejsca, odblokowując trzymające go w fotelu osłony i ruchem ręki dając podkomendnym znak, żeby też jak najszybciej się zbierali.
   Gdy wespół z innymi wypadł na zewnątrz, jego oczom ukazał się sielankowy wręcz widok. Znajdowali się na obrzeżach miasta, i choć w oddali widać było wieżowce i inne wysokie budowle, to jednak okolica zabudowana była pojedynczymi domostwami, stojącymi od siebie w niewielkich odstępach. Krajobraz był pełen zieleni, na co składały się zarówno przydomowe ogrody, jak i okoliczne tereny, jakie stanowiła rozległa, trawiasta, częściowo zalesiona równina. Drzewa gęstniały, w miarę jak zwiększał się dystans, w jakim rosły od miasta, aż wreszcie tworzyły w oddali rozległą puszczę, która po prawdzie bardziej przypominała dżunglę, ze względu na bujną florę i wygląd tutejszych roślin.
   Ryan na dłuższą chwilę zapomniał o swojej powinności, rozglądając się dookoła, i dopiero krzyk sierżanta Sakaia wybudził go z zadumy.
   -   Czego tu sterczycie, kapralu!? – ryknął podoficer – Zbierz swoich ludzi i szoruj do szeregu, natychmiast!
   -   Tak jest, panie sierżancie – odrzekł błyskawicznie Hunter, rozglądając się za Hanem i pozostałymi; byli wciąż w jego pobliżu, i najwyraźniej czekali, aż on również dołączy do reszty.
   Kompania, do której należał pluton porucznika Baxtera, formowała się tuż przy głównej ulicy, wiodącej do centrum miasta. Inne jednostki były wyładowywane w pobliżu i jak na razie wokół panował chaos. Kontrastowało to z dziwną ciszą, panującą na przedmieściach. Wydawały się bezludne – nie było widać przechodniów ani poruszających się pojazdów.
   -   Kompania A! – dało się słyszeć w radiu głos kapitana Mitchella – Zgromadzić się natychmiast w punkcie zbornym i przygotować do natychmiastowego wymarszu!
   -   Słyszeliście, ludzie? – zawołał sierżant Sakai – Na miejsca! Dołączyć do czołgów!
   Pojazdy bojowe klasy Tigro, uzbrojone w ciężkie działa laserowe, już utworzyły zwartą kolumnę, ustawiając się na drodze. Po ich bokach miejsca zajmowała piechota.
   -   Do wszystkich jednostek z kompanii A! – usłyszał Ryan, zająwszy miejsce w tylnej części linii czołgów wraz z resztą żołnierzy z plutonu Baxtera – Dostaliśmy rozkaz przeprowadzenia wstępnego natarcia i rozpoznania sił wroga w mieście! Idziemy naprzód i postępujemy z czołgami! Strzelać do wszystkiego, co się poruszy i nie będzie człowiekiem!
   Pojazdy ruszyły powoli naprzód, tocząc się ulicą. Piechota postępowała z nimi bez trudności, a napięcie wśród żołnierzy było jak dotąd minimalne. Okolica była zupełnie spokojna i wydawało się, że Terranie nie napotkają oporu.
   -   Pierwszy pluton, na czoło! – rozkazał kapitan
   Jeden z oddziałów piechoty, dowodzony przez porucznika Pierre’a, wysunął się do przodu, postępując przed pierwszym czołgiem w kolumnie. Wkrótce wszyscy zostawili daleko z tyłu główne siły, zajęte formowaniem na drodze kolejnej grupy. Niedługo zjawiła się także jedna z wysłanych do tego regionu eskadr myśliwskich, przemierzająca niebo nad ich głowami. Pozostałe w tym czasie okrążały miasto.
   -   Eskadra alfa, Dywizjon 16. na miejscu i oczekuje rozkazów – odezwał się oficer floty
   -   Tu alfa kontrola, przyjąłem – nadeszło potwierdzenie ze sztabu – Macie coś nie naszego w strefie zewnętrznych zabudowań?
   -   Zaprzeczam, alfa kontrola. Na obrazie termicznym też nic nie ma.
   -   Przyjąłem, eskadra alfa, pozostańcie na pozycjach. Kompania A, kontynuować marsz.
   Żołnierze Pierre’a z każdą kolejną minutą zdawali się nabierać śmiałości, przyspieszali bowiem kroku i stopniowo, lecz nieustannie, powiększali dystans dzielący ich od czołgów. Panujący dookoła spokój, który najwyraźniej dodawał im pewności siebie, u Ryana z kolei powodował niepokój – cisza była nienaturalna i podejrzana. Zapewniano ich, że atak został przeprowadzony w tempie na tyle szybkim, aby nie dać obcym szans na reakcję – tymczasem wszystko wskazywało na to, że ci zdołali już ewakuować mieszkańców z obrzeży miasta, jakby spodziewali się ataku.
   Najwyraźniej nie tylko Hunter był tym wszystkim zaniepokojony, bowiem żołnierze postępujący z czołgami zaczęli się nerwowo rozglądać na boki, obserwując bezludną okolicę i opustoszałe domostwa.
   -   Powoli naprzód – odezwał się kapitan Mitchell przyciszonym głosem, jak gdyby również odczuwał niepokój, i usiłował dodać otuchy sobie oraz podwładnym – Na razie nic nie mamy.
   Dzielnica zabudowana niewielkimi domami zajmowała dość rozległy obszar, jednak od pewnego momentu widać było, że przeradza się ona stopniowo w znacznie gęstszą strefę z większymi i wyższymi budynkami. Gdy mieli już niebawem wkroczyć w tę ostatnią, nie odstępująca ich ani chwili cisza stawała się już nie do zniesienia, a napięcie wśród żołnierzy sięgało zenitu.
   -   I jak ci się to podoba, Han? – zapytał cicho Ryan idącego przed nim żołnierza
   -   Jak drzazga w dupie, panie kapralu – odpowiedział szeregowy otwarcie – Nic nie wykryli, ale jakimś cudem nie poprawia mi to humoru.
   -   Świetnie – prychnął Hunter – Dobrze wiedzieć, że nie jestem sam.
   -   Tu kompania A – znów odezwał się kapitan Mitchell – Wygląda na to, że przedmieścia są czyste. Każcie kompanii B przygotowywać się do wymarszu.
   -   Tu alfa kontrola, przyjąłem.
   Nastąpiła krótka pauza, po czym oficer nadał kolejny komunikat.
   -   Eskadra alfa, macie coś?
   -   Zaprzeczam, wciąż nic – odrzekł dowódca myśliwców, ale po chwili podsunął – Chociaż jeżeli nieprzyjaciel wykorzystał zabudowania, to stąd nawet termowizja może ich nie wyłapać.
   -   Zrozumiałem. Drugi i trzeci pluton piechoty, opuścić kolumnę i sprawdzić zabudowania cywilne po obu stronach drogi – rzekł Mitchell, po czym dodał z lekką irytacją, jak gdyby dopiero teraz dostrzegł, że Pierre i jego ludzie za bardzo wyrwali do przodu – Pierwszy pluton, zewrzeć szeregi i cofnąć się pod osłonę…
   W ułamek sekundy później Ryan wciągnął z przerażeniem powietrze.
   Miał już zamiar ruszyć w kierunku zabudowań, aby wykonać spóźniony rozkaz ich przeszukania, kiedy nagle zewsząd dobiegły ich odgłosy strzałów, i na oczach zaskoczonych żołnierzy GTF, mały oddział postępujący na przedzie został ostrzelany z conajmniej kilkunastu egzemplarzy lekkiej broni balistycznej. Wkrótce ostrzał gęstniał, a kolejni ludzie padali jak muchy. Pierre i jego podwładni usiłowali się bronić, strzelając w przyklęku na boki i cofając się w kierunku czołgów, lecz ginęli jeden po drugim. Ostra amunicja wydawała się ignorować osłony energetyczne, generowane przez kombinezony piechoty, oraz przedostawała się łatwo przez lekkie opancerzenie ze stabilizowanego adamantium.
   Ostrzał niemal natychmiast przeniósł się na resztę kompanii, i dopiero wtedy Ryan, uniósłszy już broń do ramienia, pojął, skąd dobiegają strzały. Wrogowie obsadzili rzekomo puste domostwa po obu stronach drogi żołnierzami, i teraz ostrzeliwali grupę rozpoznawczą z okien i ogrodów. Hunter, choć nie nadeszły jeszcze rozkazy, uniósł karabin, chcąc odpowiedzieć ogniem, ale miał z tym problem. Z ulicy widział praktycznie tylko wychylające się na krótko głowy – gadzie, wydłużone, ze szczękami uzbrojonymi w ostre kły. Po kilku bezowocnych próbach wycelowania bezpośrednio w przeciwnika, wydał z siebie dziki krzyk, wciskując spust i strzelając w okna jednego z domów. Pozostali żołnierze również zaczęli prowadzić ogień do oporu, próbując przynajmniej przydusić przeciwnika i zmusić go do niewychylania się.
   -   Odwrót! Odwrót! – dopiero teraz rozległ się w słuchawce hełmu Ryana głos wyraźnie spanikowanego kapitana Mitchella – Jesteśmy otoczeni! Wycofać się i dołączyć do kompanii B! Natychmiast!
   Poszczególne czołgi w kolumnie wybrały ten moment, by otworzyć ogień. Ich ostrzał był nieskoordynowany, niemniej wiązki laserów z ich dział biły skutecznie, przecinając ściany domów i waląc kolejne budynki w gruzy.
   Niestety, to wydawało się nie powstrzymywać ognia nieprzyjaciela, który ostrzeliwał cofający się powoli oddział z nieuszkodzonych jeszcze budynków, a nawet z ruin tych już zniszczonych. Sytuacja żołnierzy GTF była rozpaczliwa, ponieważ nie mieli oni żadnej osłony przed wrogimi atakami, które nadchodziły z obu stron ulicy. Padali więc po kolei obok swoich towarzyszy. Zanim Ryan się zorientował, połowa drużyny Sakaia była już martwa, włącznie z samym sierżantem – ten padł z piersią rozprutą serią ostrych pocisków, które przedostały się przez pancerz lekkiego zasilanego kombinezonu, pchając trafionego z impetem na jeden z czołgów.
   Jedynie poszczególne pojazdy klasy Tigro były nietknięte, ale nawet ich bezpieczeństwo okazało się wkrótce złudne – wróg był odpowiednio uzbrojony do zniszczenia także ich. W pewnej chwili, w około minutę po tym, jak padły pierwsze strzały, znajdujący się najbardziej z tyłu cofającej się kolumny czołg został trafiony przez trzy rakiety jednocześnie. Siła wybuchu, który rozerwał pojazd na strzępy, zmiótł wszystkich stojących zbyt blisko żołnierzy mimo ciężaru ich pancerzy wspomaganych i wywołał silny wstrząs odczuwalny przez wszystkich w okolicy, wskazywała na użycie pocisków protonowych. Hunter musiał przyjąć bardziej stabilną postawę, gdyż fala uderzeniowa, niosąca ze sobą przesłaniające zupełnie widoczność tumany pyłu, dotarła aż do niego, i omal nie powaliła na ziemię.
   W chwilę potem stojący na prawo od niego Gordon wrzasnął z bólu i padł na ziemię z przestrzeloną klatką piersiową i gardłem.
   -   Gordon! – zawołał Hunter, przypadając do niego, po czym wrzasnął – Sanitariusz! Gdzie jest sanitariusz?
   Pomoc nie nadeszła – szeregowy wykrwawiał się jeszcze przez chwilę, nim wyzionął ducha. Ryana zmroziło.
   -   Kapralu! – zawołał Savage, chwytając za ramię i usiłując skłonić do wstania na nogi – On nie żyje! Proszę wstać!
   Hunter otrzeźwiał, mimo przerażenia, i podniósł się, unosząc karabin. W chwilę później ogłuszyła go kolejna eksplozja, kiedy w wybuchu następnych wystrzelonych rakiet uległ zagładzie jeszcze jeden czołg, jadący z tyłu. Wraki pojazdów blokowały ucieczkę pozostałym, co powiększało panikę. Utrudniwszy ludziom odwrót, obcy zaczęli likwidować walczące jeszcze jednostki zmechanizowane jedną po drugiej, choć te wciąż niszczyły domy, skąd ostrzeliwano Terran.
   Walcząc z całych sił, by nie ulec zupełnej panice, Ryan ponownie podjął ostrzał, usiłując trafić wychylających się wciąż z okien wrogów. Lecz wkrótce skończyła mu się amunicja – zużyta została bateria, zasilająca karabin laserowy. Kapral, głośno nawołując innych do stawiania oporu, przystąpił do jej wymiany.
   Zanim skończył, jakiś zabłąkany pocisk przebił mu lewą nogę. Hunter krzyknął z bólu i opadł na kolano. Z zaciśniętymi zębami ujrzał, jak Tyler ginie od postrzału w głowę, i ogarnął go gniew, barwiąc dotychczasowe uczucie zamętu i strachu. Stanowczym ruchem wsunął nową baterię do komory karabinu, i zwalczając przerażenie z pomocą wściekłości oraz nienawiści, wrócił do walki.
   -   Zdychajcie, ścierwa! – ryczał, próbując zastrzelić choć jednego z nieprzyjaciół, którzy uśmiercili już tylu jego towarzyszy, odebrali życie tylu ludziom
   Ryan nie był jednak w stanie nic zrobić. Masakra Terran w pierwszym starciu była zupełna. Wokół ginęli kolejni broniący się jeszcze żołnierze.
   W pewnym momencie z ruin jednego z domów w zasięgu Huntera wypadł obcy. Ryan w ciągu chwili dostrzegł jego jaszczurczą sylwetkę, przyodzianą w granatowo-szary uniform, z pozbawionymi obuwia, szponiastymi stopami, z silnymi ramionami dzierżącymi wyrzutnię rakiet.
   Wyrzutnię, którą wróg niemal natychmiast wycelował w czołg za plecami kaprala.
   Hunter nie miał czasu, żeby zareagować – strzelił, gorączkowo starając się zabić jaszczura, nim ten odpali pocisk, ale chybił. W ułamek sekundy później podjął próbę ratowania się ucieczką od skazanego na zagładę pojazdu bojowego. Pobiegł, krzycząc ostrzegawczo, aby inni także się cofnęli. Nie zdążył jednak – potężna eksplozja, która rozerwała pancerz czołgu, raziła również chronionego zasilanym bitewnym kombinezonem człowieka, ciskając nim o ziemię.
   Kiedy Ryan uderzył w nią z impetem, momentalnie stracił świadomość.


To be continued
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:33:16 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Ranoic
Level 2-5
*
Wiadomości: 24



« Odpowiedz #6 dnia: Kwietnia 04, 2010, 09:45:00 pm »

Pamiętasz jak zrobiłeś sobie przerwę w aktualizowaniu kolejnych części opowiadania "Niezdobyte drogi"?
Na ten czas odpuściłem sobie. Do tego doszło przygotowanie do sesji oraz pochłonęło mnie hobby.
Jednak to nie oznacza, że sobie odpuściłem na dobre. "Niezdobyte drogi" muszę doczytać. Jeśli będziesz chciał to wtrące swoje "3 grosze" na ich temat kiedy skończę.  ;)

Co do tekstu:
Cytuj
Kiedy Ryan uderzył w nią z impetem, momentalnie stracił świadomość.
Myślę, że nie jest tutaj potrzebne słowo "momentalnie", ponieważ "kiedy uderzył" to "stracił świadomość" (chodzi mi o sam moment uderzenia).

Parę razy masz w tekście słowa, które są kompletnie niepotrzebne (czyt. nie wnoszą czegokolwiek do zdania) np. słowo "tę" (niestety zgubiłem fragment, w którym to było). Mimo to dobrze się czyta.

Jeszcze jedna rzecz. Czy to tak ładnie wprowadzać nowe postacie tylko po to, aby je za chwilę zabić w tym samym rozdziale?
« Ostatnia zmiana: Kwietnia 04, 2010, 09:59:19 pm wysłana przez Ranoic » Zapisane
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #7 dnia: Kwietnia 04, 2010, 10:55:38 pm »

Pamiętasz jak zrobiłeś sobie przerwę w aktualizowaniu kolejnych części opowiadania "Niezdobyte drogi"?
Na ten czas odpuściłem sobie.

Fragmentów nowych może i nie wklejałem, ale dyskusja toczyła się przecież nadal.
Co do doczytywania, to czeka cię sporo nadrabiania zaległości, bowiem, o ile dobrze pamiętam (a nie ma powodu, żeby sugerować coś innego), zatrzymałem się na 27 wklejonych stronach. A skończone opowiadanie ma tych stron dziewięćdziesiąt.

Zamieszczona tu wersja nie jest jeszcze wersją całkiem finalną, bo zrobię jeszcze szereg poprawek. Czytam już maszynopis z ołówkiem w łapie.

Jeśli będziesz chciał to wtrącę swoje "3 grosze" na ich temat, kiedy skończę.  ;)

Byłbym bardzo dźwięczny 8).

Jeszcze jedna rzecz. Czy to tak ładnie wprowadzać nowe postacie tylko po to, aby je za chwilę zabić w tym samym rozdziale?

Hmmm, ale o które postacie chodzi? Moim zdaniem nadanie nazwisk przełożonym Huntera i ludziom z jego sekcji to jeszcze nie budowanie postaci. A tak staram się stworzyć wrażenie w miarę wiarygodne, iż bohater zna ludzi, z którymi pracuje. Nie uśmiechało mi się wprowadzanie rzeszy bezimiennych.

Skoro tak szybko idzie, może od razu wrzucę coś jeszcze. Aczkolwiek nie wiem, czy to całkiem dobry pomysł, bo przecież jest tego na razie 40 stron.
---------------------------------------------------------


- III -

   Savaki dostrzegł na niebie sylwetkę ścigacza Ezakena niemal równocześnie ze swoim wczesnym powrotem do budynku farmy. Niewielka maszyna ciągnęła za sobą wstęgę dymu, natychmiast budząc w Sorevianinie niepokój o stan, w jakim znajdował się inżynier. Temu udało się posadzić maszynę na ziemi, choć wyraźnie panował nad nią z trudem i lądując, omal nie zderzył się ze ścianą budynku mieszkalnego.
   Na miejscu była już Sekira, która pierwsza dopadła uszkodzonego ścigacza, wydostając z kokpitu Ezakena. Gdy Savaki się zbliżył, chcąc jej pomóc, przeraziły go rany na ciele inżyniera. Jego łuski nosiły w kilku miejscach znamiona ciężkich poparzeń.
   -   Nie stój tak – warknęła Sekira, unosząc Ezakena z miejsca silnym szarpnięciem, mimo że ten syczał z bólu przez zaciśnięte zęby – Pomóż mi zanieść go do środka.
   Savaki natychmiast ruszył się z miejsca, chwytając inżyniera za jedno ramię, podczas gdy Sekira zarzuciła sobie za kark drugie. Ezaken wydawał się półprzytomny – nic nie mówił, wydając z siebie tylko odgłosy bólu.
   -   Paul, przynieś do dużego pokoju trochę wody – nakazała Sorevianka obserwującemu ich z przejęciem człowiekowi
   -   Jasne – Brown skinął głową, oddalając się pospiesznie.
   Savaki i Sekira ostrożnie przenieśli rannego do usytuowanego w centrum budynku mieszkalnego pokoju, swego rodzaju salonu, gdzie wszyscy spędzali wieczory. Następnie złożyli go na znajdującej się tam kanapie. Sorevianka usiadła obok niego, zdejmując zeń ubranie, by ułatwić sobie dostęp do ran. Następnie wzięła do ręki jedną z rozłożonych na stole apteczek.
   -   Wyjdzie z tego? – zapytał Savaki z niepokojem
   -   Pewnie – odparła Sekira – Mogło być dużo gorzej. Wprawdzie wygląda to kiepsko, ale w większości miejsc oparzenie nie przedostało się przez łuski.
   Sięgnęła do apteczki, wyciągając jakąś maść, po czym służący do jej rozprowadzania dozownik, z pomocą którego zaczęła bardzo ostrożnie i metodycznie pokrywać specyfikiem jedno z gorzej wyglądających miejsc na skórze. Po chwili pojawił się Paul z miską wody.
   -   Dzięki – powiedziała Sekira, nie przerywając – Ezaken, słyszysz mnie?
   -   Nie, wcale – burknął po chwili inżynier niewyraźnie, by wkrótce dodać bardziej uprzejmym tonem – Dzięki za pomoc.
   -   Nie ma za co. I nie przejmuj się, wyjdziesz z tego.
   -   Przecież słyszałem – wymamrotał Ezaken – Daerionowi niech będą dzięki. Dam radę, o ile się tym razem nie pomyliłaś.
   -   Ja nigdy się nie mylę – Sekira uśmiechnęła się nieznacznie, szczerząc śnieżnobiałe kły
   Paul usiadł w jednym z foteli, również obserwując Soreviankę. Na dłuższą chwilę w salonie zapadła cisza, mimo że zebrali się tutaj wszyscy, wyjąwszy wciąż nieobecnego Gastona.
   W towarzystwie, w którym jedynym wyróżniającym się osobnikiem był należący do innej rasy człowiek, troje Sorevian wydawało się bardzo do siebie podobnych, zwłaszcza teraz, gdy przebywali tak blisko. Z drugiej strony, z ich grona Ezaken był stosunkowo łatwo rozpoznawalny, ze względu na brązowy kolor jego łuski, odróżniający go od ubarwionych na ciemnozielono Savakiego i Sekiry. Ta druga z kolei była jednak możliwa do odróżnienia ze względu na jej kate – czyli w dosłownym rozumieniu ikonę, wzór z łusek, który u każdego jaszczura był inny – w przypadku Sekiry była to wyrazista, jaskrawopomarańczowa pręga nad jej lewym okiem.
   Sorevianka metodycznie zajmowała się oparzeniami Ezakena, jak gdyby trudniła się leczeniem rannych na co dzień. Nie było w tym nic dziwnego – zanim wstąpiła na ścieżkę reprezentowaną przez Daeriona, smoczego boga życia, Sekira była wyznawczynią Feomara, patrona wojny, i służyła w armii jako medyk. Spędziła jednak jako wojowniczka tylko kilka lat, nie osiągnąwszy awansu z podstawowej formacji, zwanej Milicją, do jednej z jednostek oddziałów specjalnych, ani nawet nie posmakowawszy prawdziwej bitwy. Na jej decyzję o rezygnacji z kariery wojskowej wpłynął wypadek, jaki nastąpił podczas rutynowych manewrów, a który przyprawił Sekirę o utratę dwóch służących z nią w jednym oddziale braci. Sama Sorevianka nie zdołała im pomóc, w wyniku obrażeń, jakie odniosła. Nikt z obecnych na farmie – poza Savakim, który również był jej bratem – nie znał szczegółów na temat jej udziału w tamtym wypadku, ale jasne było, że to ona obwiniała się o śmierć bliskich i od tamtego czasu poprzysięgła, że nie użyje już przeciw nikomu broni. Potrzeba było czasu, aby uzyskała zrozumienie od swoich pozostałych sióstr i braci, przede wszystkim zaś, aby wybaczyła sama sobie. Ostatnimi czasy powoli godziła się z tym, co się wydarzyło, odkąd podjęła pracę wspólnie z Savakim. On również żałował utraty braci – tym bardziej, że wśród Sorevian więzy braterstwa stanowiły najsilniejsze znane więzi – niemniej jednak nie chował do Sekiry urazy.
   -   Paul? – odezwał się nagle, przerywając ciszę – Nie widziałeś Gastona?
   -   Nie – odrzekł człowiek krótko – Przypuszczam, że gdybym go widział, zdążyłby już się tutaj zjawić.
   -   Rozmawiałeś z nim przez kom?
   -   Próbowałem, ale się nie zgłasza – Brown wzruszył ramionami – Mogę wziąć drugi skuter i sprawdzić, czy coś mu się nie stało.
   -   W imię Daeriona – wysyczał Savaki z niepokojem – Lepiej nie. Boję się, że ty też możesz nie wrócić.
   -   To nie mogli być Terranie – stwierdził stanowczo Paul, kręcąc głową – Jeśli to naprawdę oni przeprowadzili właśnie inwazję na Ravaneri, czego mieliby chcieć od Gastona? Przecież on też jest człowiekiem.
   -   Saneor wie, Paul, Saneor wie.
   -   Terranie z całą pewnością zafundowali nam inwazję – wtrąciła Sekira – Słyszałam w holo oficjalne oświadczenie, zanim zjawił się tutaj Ezaken.
   Brown chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował. Po chwili zmienił zupełnie temat, jakby usiłując odciągnąć pozostałych od ponurych, związanych z wojną myśli.
   -   Co w takim razie zrobimy? Ktoś rozmawiał z tymi z firmy?
   -   Dopóki nie zjawią się tutaj Terranie, robimy swoje – Ezaken potrafił być nieubłagany, najwyraźniej niezależnie od stanu, w jakim się znajdował – Nie sądzę, żeby ci z góry tak po prostu dali nam wolne. Co najwyżej odroczą termin przylotu.
   -   Zajęli orbitę Ravaneri – skonstatowała Sekira, sięgając teraz do paczek z opatrunkami, i najwyraźniej szukając właściwego – Nie sądzę, żeby frachtowiec firmy tak po prostu przedarł się przez blokadę.
   -   Jakoś mnie to nie cieszy – oznajmił ponuro Savaki
   -   Jakoś mnie to nie dziwi – przedrzeźnił go Ezaken, po czym odezwał się do Sekiry, która właśnie nakładała mu opatrunek na jedno z oparzeń – Możesz mi dać coś na ten ból? To się już robi nie do zniesienia.
   -   Trzeba było od razu tak mówić – odparła łagodnie Sorevianka
   -   Liczyłem, że sama zrobisz to od razu.
   -   Masz rację, przepraszam.
   Sekira skończyła nakładanie opatrunku na ranę i sięgnęła do innej apteczki, wyciągając uniwersalny injektor i ładując doń kapsułkę ze środkiem przeciwbólowym. Wstrzyknęła go Ezakenowi, który westchnął.
   -   Dzięki – rzekł słabo
   -   Bardzo proszę – odpowiedziała Sekira krótko, uśmiechając się – A teraz daj mi w spokoju pracować i nie jęcz.
   W tej właśnie chwili z zewnątrz dobiegł ich odgłos silnika skutera antygrawitacyjnego, sygnalizujący powrót Gastona. Savaki poczuł ulgę, choć wydawało mu się, że usłyszał jakiś obcy głos, należący do człowieka, lecz nie będący głosem jego kolegi. Ponieważ nie dobiegł go ponownie, uznał, że się przesłyszał, lecz niepokój pozostał.
   -   Nareszcie z powrotem w domu – stwierdził Paul, wstając z miejsca – Szkoda tylko, że to oznacza, że nici z davury w pikantnym sosie.
   Savaki postąpił kilka kroków, spoglądając w stronę korytarza wejściowego. Zobaczył, jak otwierają się drzwi, chowając w ścianie i ukazując Gastona, który stał z ponurą miną. Jaszczur uśmiechnął się przyjaźnie i już miał zamiar powitać człowieka, kiedy nagle usłyszał gniewny krzyk w obcym języku. Savaki niemal natychmiast rozpoznał płynne esperanto. W chwilę później Gaston został brutalnie pchnięty do środka przez innego Terranina, który zjawił się tuż za nim, dzierżąc pistolet laserowy.
   Uśmiech spełzł z twarzy jaszczura, ustępując wyrazowi przestrachu. Nieznajomy miał krótko przystrzyżone, ciemne włosy, a noszony przezeń kombinezon sugerował, że należy do jakiegoś rodzaju wojska. Savaki nie miał wątpliwości co tego, której armii jest żołnierzem.
   Przybysz wykrzyczał polecenie i ponownie pchnął Gastona, zmuszając go do wejścia w głąb pokoju. Następnie sam postąpił naprzód, trzymając przed sobą broń. Uniform miał podarty w kilku miejscach, co odsłaniało szereg ran na jego ciele. Prawa ręka trzymała pistolet, ale druga zwisała bezwładnie wzdłuż boku, najwyraźniej zwichnięta. Twarz miał wykrzywioną bólem i złością. Kiedy obrzucił wzrokiem salon, spoglądając na znajdujących się tu Gastona i Browna, do tych uczuć dołączyła również głęboka odraza.
   -   Fava perfidulo – rzekł z wściekłością i oburzeniem, a Savaki po chwili zrozumiał, że obdarzył towarzyszących Sorevianom ludzi ekwiwalentem określenia zdrajców.
   Reakcje obecnych były zgoła odmienne. Gaston wciąż stał blisko nieznajomego z ponurym wyrazem twarzy i milczał – nie miało to jednak znaczenia, ponieważ bez jego relacji wszyscy domyślali się, co zaszło. Paul był zupełnie osłupiały, podobnie jak leżący na kanapie Ezaken, na którego twarzy malowało się bardziej niedowierzanie, niż strach. Savaki, najbardziej chyba tym wszystkim przestraszony, uniósł ręce lekko w górę, w obawie, że jeśli tego nie zrobi, uzbrojony Terranin go zastrzeli. Sekira z kolei, która w chwili otwarcia drzwi wejściowych odwróciła się powoli od swojego pacjenta, wyglądała na rozzłoszczoną.
   Przybysz zbliżył się o dwa kroki, nie opuszczając broni, po czym wyrzucił z siebie potok gniewnych słów.
   -   Każe nam ustawić się pod tamtą ścianą, z rękami na głowach – przetłumaczył Paul
   -   Rozumiem, co mówi – wycedziła Sekira, po czym sama zwróciła się do przybysza, wdając z nim w krótką, ale burzliwą wymianę zdań; umilkła, kiedy człowiek uniósł nieco wyżej broń, najwyraźniej grożąc, że ją zastrzeli, jeśli się nie uciszy.
   -   Powoli – powiedział uspokajająco Brown – Nie wiadomo, co mu przyjdzie do głowy.
   Zanim ruszyli się z miejsca, nieznajomy wykrzyczał kolejne polecenie.
   -   Mamy podnieść Ezakena – wyjaśnił Paul
   -   On jest ranny, na litość Daeriona – zaoponował natychmiast Savaki, na co człowiek, po przetłumaczeniu jego słów, zareagował jeszcze większą złością
   -   Powiedział, że nic go to nie obchodzi i mamy słuchać, co mówi – przełożył ponuro Gaston, po raz pierwszy się odzywając.
   Stojąca obok Savakiego Sekira wciąż kipiała tłumioną złością. Spoglądała uważnie na napastnika, napinając mięśnie i najwyraźniej szukając okazji do ataku. Wprawdzie dawno zrezygnowała z wojskowej kariery, którą zresztą i tak podjęła wzorem braci, ale wcale jej to nie zmiękczyło przez lata spędzone w cywilu – wciąż była dobrze wyćwiczona i wyszkolona w walce bez broni. Nie miała jednak możliwości, by zaatakować przeciwnika – ten mógł ją zastrzelić, gdyby tylko Sorevianka ruszyła się z miejsca.
   Czując, że nie ma innego wyjścia, Savaki dał znak Sekirze, aby wspólnie poderwali Ezakena z kanapy. Zrobili to powoli i z ociąganiem, wciąż niechętni uleganiu żądaniom przybysza. Najwyraźniej to go zmęczyło, bowiem zbliżył się jeszcze bardziej, ponaglając ich krzykiem i ruchami bronią.
   Na swoje nieszczęście, skupiając się na jaszczurach, nieznajomy przestał poświęcać dostateczną uwagę towarzyszącym im ludziom, w tym stojącemu dokładnie na prawo od niego Gastonowi, który wybrał ten moment do rozpaczliwego ataku. Przybysz zauważył to, ale zareagował zbyt późno, najwyraźniej nie dowierzając, że członek jego rasy mógłby go zaatakować. Człowiek wykorzystał to, by zadać mu bolesny cios w niesprawne ramię, skutkiem czego przeciwnik zawył z bólu. Gaston spróbował go rozbroić, ale nie udało mu się to – kiedy już sięgał do drugiej ręki nieznajomego, ten błyskawicznie uderzył nią do przodu, trafiając atakującego w twarz rękojeścią broni i łamiąc mu nos.
   W tym momencie interweniowała Sekira. Błyskawicznym ruchem skoczyła naprzód, jak ragera, dodając sobie animuszu rykiem furii. Przestraszony przeciwnik odwrócił się ku niej, celując pospiesznie i w ostatniej chwili oddając strzał. Wiązka lasera mignęła na krótko, a z ramienia Sorevianki trysnęła krew.
   -   Sekira! – zawołał Savaki ze zgrozą, ale nie ruszył się z miejsca, wciąż podtrzymując Ezakena
   Mimo zranienia, jaszczurzyca chwyciła dzierżące pistolet ramię człowieka, natychmiast wytrącając mu broń z ręki, a potem kolejnym ruchem uderzając go łokciem w splot słoneczny i poprawiając smagnięciem ogonem w zwichniętą kończynę. Przeciwnik głośno krzyknął z bólu, najwyraźniej zupełnie przezeń obezwładniony. W chwilę później zachwiał się i upadł, kiedy Gaston podbiegł doń od tyłu i rozbił mu o głowę podniesiony ze stołu dzban. Leżący Terranin spojrzał półprzytomnym wzrokiem na stojącego nad nim pobratymcę, zasłaniającego sobie złamany nos, oraz Sekirę, która syczała z furią przy każdym oddechu. Promień lasera, jak zauważył z ulgą Savaki, drasnął ją tylko w ramię, nie czyniąc jej większej krzywdy.
   -   Kial… vi… – wymamrotał, patrząc na Gastona, nim Sorevianka odwróciła się i zdzieliła go ogonem w głowę, pozbawiając przytomności.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:34:51 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Mardok
VIP
*
Wiadomości: 111



« Odpowiedz #8 dnia: Kwietnia 06, 2010, 12:06:10 pm »

Dość dobrze opisałeś tych "Jaszczurzych farmerów". Mam nadzieję że reszta opowiadania też będzie się działa w takim sielskim klimacie. Nie lubię opisywania dużych walk, nie mam się wtedy z kim identyfikować, i opowiadaniu brakuje tych emocji. Tutaj poczułem lekkie napięcie (tak jak podczas sceny gdy Henry uratował siebie i oficerów przed Xizarianami którzy ich pojmali na mostku w "Niezdobytych drogach").
Zapisane


"Jeżeli przeciwnik gra somewhat 3 Gate 1 base all-in, nie techuj na siłę."
Rafikozor
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #9 dnia: Kwietnia 09, 2010, 05:18:49 pm »

Liczyłem, że Ranoic coś powie, ale chyba nie ma co czekać.

Mam nadzieję że reszta opowiadania też będzie się działa w takim sielskim klimacie.

Częściowo. Tytuł "Niebo i Piekło" ma tutaj pewien sens.

Wygląda na to, że z racji długości kolejnego fragmentu bez double-postingu się znowu nie obejdzie. Do diabła z tym limitem znaków!
----------------------------------------------------



- IV -

   -   Kapralu, niech się pan obudzi – powiedział Savage, potrząsając Ryanem
   Hunter zbudził się błyskawicznie i natychmiast rozpoznał twarz szeregowego, który zdjął hełm, odsłaniając pobladłą twarz i sterczące w nieładzie, blond włosy. Rozpoznał też znaną mu aż za dobrze okolicę. Wciąż był na drodze, gdzie niedawno odbyło się starcie, zakończone masakrą kompanii Mitchella. Ktoś oparł go o resztki bocznego pancerza zniszczonego czołgu, podobnie jak kilku innych siedzących obok żołnierzy, z których wszyscy byli opatrzeni przez medyków. Jego lewa noga, wcześniej przebita kulą, wyglądała na zaleczoną i nie była już źródłem bólu.
   Poza tym jednak, sytuacja wyglądała na diametralnie zmienioną – wokół krzątało się jeszcze więcej żołnierzy i czołgów GTF, niż przedtem, okoliczne zabudowania były jeszcze bardziej zrujnowane, i co najważniejsze, nikt ich już nie ostrzeliwał. To zdziwiło Huntera. Pamiętał bowiem, że ich sytuacja była fatalna, a nieprzyjaciel zabijał ich jednego po drugim, przy minimalnych stratach własnych. Zauważył też po chwili, że ciał na ulicy oraz wraków pojazdów jest więcej, niż być powinno.
   -   Savage – wymamrotał, powoli wracając do siebie – Możesz mi wyjaśnić, co się stało?
   -   Kapralu, został pan porażony falą uderzeniową…
   -   To pamiętam – przerwał Ryan – Mów, co się działo, kiedy byłem nieprzytomny.
   Hunter nie dowierzał, że to się stało. Wybuch rakiety protonowej powinien był go zabić lub śmiertelnie zranić. Wyglądało na to, że noszony przezeń kombinezon cudem go uratował.
   -   Te gadziny wykończyły całą kompanię, razem z dwoma plutonami czołgów – Savage mówił z przejęciem, głos mu drżał – Cud, że to przeżyliśmy, pan, ja, i jeszcze Han.
   -   Han przeżył? – zdumiał się Ryan – Przynajmniej tyle dobrego z tego wyniknęło. Ale jak się z nimi w końcu uporali? Znaczy, z tymi gadzinami?
   -   Podciągnęli dodatkowe kompanie. Później, kiedy sukinsyny wciąż stawiały opór i zabijały naszych, czołgi zrównały z ziemią całą okolicę…
   -   Kapralu! – zawołał medyk, który zbliżył się do rozmówców, zauważywszy ich w trakcie oględzin rannych – Jak się pan czuje? – zapytał, znalazłszy się obok Ryana
   -   Chyba dobrze – odparł Hunter niepewnie
   -   Może pan wstać?
   Ryan, chcąc się co do tego upewnić, zebrał siły i spróbował poderwać się na nogi. Czuł lekki ból w mięśniach, ale umniejszało to ich sprawności. Po krótkim wysiłku kapral podniósł się na ugiętych nogach, i wreszcie całkowicie wyprostował.
   Stojący przed nim medyk zaczął coś mówić, ale uwagę Huntera zaprzątnął dość szybko widok jakiegoś oficera, który pojawił się w pobliżu w towarzystwie dwóch niższych rangą żołnierzy. Na jego kombinezonie dostrzegł Ryan dystynkcje pułkownika. Dopiero, kiedy się zbliżył, rozpoznał w nim dowódcę pułku, do którego przynależał on i walczący tutaj żołnierze GTF – Gosslera.
   Pułkownik szedł naprzód, wygłaszając bez przerwy jakąś tyradę. Był bez wątpienia zły i właśnie teraz wykładał swoje zastrzeżenia dwóm innym oficerom. Kiedy przechodził w pobliżu Ryana, ten mógł wreszcie zrozumieć, co mówi.
   -   Powtórzę raz jeszcze, w życiu nie widziałem takiej niekompetencji – warczał Gossler surowym głosem – Nasze straty są niewybaczalne, a nawet nie weszliśmy na dobre do miasta od tej strony.
   -   Kapitan Mitchel nie spodziewał się… – zaczął idący obok pułkownika major, ale przełożony nie dał mu skończyć
   -   Wiem, że się nie spodziewał, i właśnie o to mi chodzi!
   Hunter, Savage i towarzyszący im medyk zasalutowali Gosslerowi, który niedbale odpowiedział, bardziej skupiony na rozmowie ze swoimi sztabowcami, po czym stanął w miejscu, zwrócony do majora, który przed chwilą się odezwał.
   -   To, że nasi żołnierze nie wąchali prochu od lat, nie uprawnia ich do takiego lekkomyślnego zachowania – stwierdził z gniewem w głosie – Gdyby nie to, że Mitchell zginął przez swoją głupotę, chętnie podałbym go do raportu. Straciliśmy przez niego dwie kompanie piechoty i jedną kompanię pancerną, a oni… no właśnie, ile zarobiliśmy na tej całej awanturze?
   -   Nie wiemy, panie pułkowniku.
   -   Jak to, nie wiecie? – Gossler był oburzony – Przeszukaliście okolicę po tym, jak ją obróciliście w perzynę?
   -   Tak, panie pułkowniku, ale nie natrafiliśmy na wiele ciał. Możemy przypuszczać, że te jaszczury zabrały ze sobą część zabitych, nim się wycofały…
   -   Ani mnie, ani generała Sosnowskiego, nie obchodzą wasze przypuszczenia, majorze – uciął Gossler – Ile znaleźliście ciał?
   -   Zebraliśmy je blisko czoła kolumny i przygotowujemy się do ich…
   -   Ile, do diabła? – warknął dowódca, bardzo już zniecierpliwiony
   -   Dwanaście, panie pułkowniku
   -   Dwanaście! – powtórzył Gossler, wyrzucając ramiona w powietrze – Dwanaście! Jeśli taki będzie w dalszym ciągu nasz stosunek strat, to możemy od razu przyjść do tych gadzin z kapitulacją!
   -   Jak już mówiliśmy, pułkowniku, to niepewne dane…
   -   A ja już mówiłem, że mam gdzieś wasze bezpodstawne przypuszczenia! – krzyknął Gossler, teraz już najwyraźniej wytrącony z równowagi – Interesują mnie fakty, a wy macie mi tylko do pokazania dwanaście trupów? Podczas gdy my możemy ich zbierać ponad dwie setki?
   Ryan uśmiechnął się w duchu, widząc rosnące zakłopotanie dwóch sztabowców pułkownika i ciesząc się, że nie jest na ich miejscu. Przełożony wyglądał na rozjuszonego.
   -   Przychodzę tutaj, żeby sprawdzić, jak postępuje natarcie – rzekł Gossler, opierając ramiona na biodrach – A co zastaję? Kompletny burdel! Wróć, to się nawet nie kwalifikuje do tego miana! Zdążyliście już stracić cały batalion, sami nie osiągnęliście nic, a teraz na dodatek siedzicie na tyłkach i czekacie na zbawienie pańskie!
   -   Przeszukujemy jeszcze teren, i szukamy zabitych oraz rannych, naszych albo tych jaszczurów…
   -   I po cholerę tracicie czas? – ponownie uciął Gossler – Zebrać ludzi i atakować! Za chwilę zjawią się dodatkowe eskadry przysłane przez flotę, i mamy już pełen raport od ich zwiadowców. Dołączyły też do nas nowe kompanie piechoty z Czwartego Batalionu. Ruszamy więc natychmiast, ze wsparciem lotniczym. Jakie siły możecie rzucić do ataku?
   -   Możemy… posłać dwie kompanie – oznajmił major niepewnie – Większość żołnierzy właśnie teraz zajmuje się przeszukiwaniem…
   -   Jak to, kurwa, dwie kompanie? – ryknął pułkownik – Mają atakować wszyscy! Czy to jasne? Wszyscy! Każdy, kto może nosić broń i walczyć, ma natychmiast ruszać do ataku! Po prostu nie stójcie w miejscu, bando nierobów! Zapieprzać do tego miasta, albo zaraz was wszystkich podam do raportu!
   -   Tak jest, panie pułkowniku – odrzekł major posłusznie, po czym oddalił się, przekazując rozkazy
   W tym momencie Gossler odwrócił się i jakby dopiero teraz zauważył stojących nieopodal Huntera i Savage’a.
   -   Kapralu! – krzyknął, bez wątpienia zwracając się do Ryana
   -   Pułkowniku! – żołnierz momentalnie spoważniał, stając na baczność, co równocześnie z nim uczynili Savage oraz medyk
   -   Czy jesteście zdolni do walki?
   -   Tak jest, panie pułkowniku – odrzekł Hunter niepewnie, wiedząc doskonale, co to dla niego oznacza
   -   Wobec tego udajecie się z resztą pułku. Widzę, że straciliście broń, zatem możecie ją pobrać przy czole kolumny. Zebrano tam, o ile mi dobrze powiedziano, karabiny należące do zabitych. Po prostu uzbrójcie się w jakiś.
   -   Tak jest, panie pułkowniku – powtórzył Ryan
   -   To samo dotyczy was, szeregowy – tu Gossler zwrócił się do Savage’a – Przygotować się do wymarszu.
   -   Tak jest, panie pułkowniku – szczeknął żołnierz
   -   Kto jest waszym przełożonym?
   -   Nasz przełożony nie żyje, pułkowniku – odrzekł Savage, który w przeciwieństwie do Ryana dobrze wiedział, co się przez cały czas działo – Był nim porucznik Baxter.
   -   A co z dowódcą drużyny?
   -   Sierżant Sakai, panie pułkowniku. On także poległ.
   -   Nieważne. Po prostu dołączcie do kompanii na czele kolumny i zameldujcie się u jej oficera. Kapitan Sidorow.
   -   Tak jest, panie pułkowniku – odpowiedzieli równocześnie Hunter i Savage
   Nie wierząc w swojego pecha, Ryan ruszył naprzód szybkim truchtem. W tej chwili żałował, że postanowił się zbudzić – nie zostałby przynajmniej zaangażowany do ataku, czego w tej chwili bardzo nie chciał. Przypuszczał, że bitwa już się dla niego na dzisiaj skończyła, ale wyglądało na to, że się omylił.
   Z początku modlił się, aby i tym razem wyszedł z tego cało, ale wkrótce przypomniał sobie ofiary masakry, której był świadkiem, i poległych towarzyszy. Na powrót obudziło to w nim gniew i nienawiść wobec obcych, z którymi walczył. Kiedy dotarł wreszcie do miejsca, gdzie złożono broń zabitych, i wziął do ręki zakrwawiony karabin laserowy, ścisnął jego rękojeść tak mocno, jak wówczas, gdy w ogniu walki ogarnęły go gniew i frustracja. To nie było już samo strzelanie, by zabić, lecz zemsta.
   Na chwilę tylko obrzucił spojrzeniem szereg ciał o jaszczurczych sylwetkach, które zostały rozłożone na ulicy na wznak, oraz usłyszał wydane komuś innemu polecenie zachowania ich dla wydziału naukowego. Wszyscy podążali teraz na czoło kolumny, zbierając się do kolejnego natarcia.
   Na miejscu Ryan i Savage spotkali się z Hanem, a następnie wspólnie zameldowali u kapitana Sidorowa, który głośno wykrzykiwał rozkazy. Z obecnych tu jednostek można było wnioskować, że tym razem przodem ruszy do ataku piechota ze wsparciem transporterów opancerzonych. Część żołnierzy usadawiała się właśnie wewnątrz maszyn, które formowały tym razem podwójną kolumnę.
   -   Ocaleni z tamtej masakry? – zapytał kapitan Sidorow, kiedy już mu zasalutowali oraz kiedy Hunter powiedział, po co tutaj przybyli – Dołączcie do plutonu porucznika Francois.
   Kiedy kompania nareszcie ruszyła, coraz trudniej było Ryanowi zwalczyć napięcie gniewem. Ledwie kilkanaście minut temu był nieprzytomny i nie spodziewał się, że będzie musiał jeszcze tego samego dnia ponownie stanąć do walki. Z trudem wytrzymał psychicznie poprzednią i nie wiedział, czy zdoła zrobić to ponownie.
   -   Kompania D, powoli naprzód – rozbrzmiał głos w eterze – Piechota przodem, marsz wzdłuż murów zabudowań cywilnych. Jednostki zmechanizowane, czekać na rozkaz.
   -   Przyjąłem – potwierdził kapitan Sidorow
   -   Dwunaste skrzydło, meldować.
   -   Tu dwunaste skrzydło, jesteśmy na miejscu i oczekujemy rozkazów.
   -   Przyjąłem. Kompania D, kontynuujcie.
   -   Trzymajcie się blisko mojego tyłka – nakazał cicho Hunter Hanowi i Savage’owi – Ubezpieczamy się nawzajem.
   Piechota podążyła przodem, poruszając się krańcami ulicy. Żołnierze znali procedurę – ustawili się w linię, podążając w bezpiecznej odległości. Za nimi znajdowały się dwie kolumny pojazdów opancerzonych, między którymi kryły się kolejne kompanie. Wkrótce zostawili je dość daleko z tyłu, kiedy Terranie wkroczyli do nieodwiedzonej jeszcze dzielnicy miasta. Były tu budynki piętrowe – większe, niż napotkane wcześniej domostwa.
   -   Niezbadane budynki cywilne po obu stronach drogi – stwierdził kapitan Sidorow przez interkom – Plutony piąty i siódmy, opuścić kompanię i przeszukać je.
   -   Tu piąty pluton piechoty, przyjąłem.
   -   Siódmy pluton piechoty, przyjąłem.
   -   Tu eskadra alfa – wtrącił oficer floty – Macie przed sobą kilka pomniejszych dróg, bez śladów wrogiego oporu. Dalej, w odległości około pół kilometra od czoła kolumny, stoi mała barykada. Dwieście metrów dalej, przy głównym skrzyżowaniu, kolejna.
   -   Przyjąłem – odrzekł pułkownik Gossler – Kompania E, dołączcie do Kompanii D. Kompania F, zostańcie na pozycjach i oczekujcie rozkazów.
   -   Zrozumiałem. Przygotowujemy się do wymarszu.
   -   Dwunaste skrzydło, pozostać w gotowości.
   Oddział kapitana Sidorowa uszczuplił się znacząco, kiedy zaledwie kilkudziesięciu ludzi z kompanii pomaszerowało dalej ulicą, do dalej położonych budynków. Znajdowało się tu pierwsze z pomniejszych skrzyżowań. Hunter wciąż mocno ściskał w garści rękojeść karabinu – wprawdzie jak na razie panował spokój, ale dobrze już wiedział, nauczony doświadczeniem, że sytuacja może się zmienić w ułamku sekundy. Stąd jego niepokój stale rósł. Starał się go zwalczać, tak jak wcześniej, nienawiścią wobec ich przeciwników.
   -   Tu piąty pluton piechoty – padł nagle komunikat w słuchawkach, gdy Ryan wraz z resztą kompanii przekraczał skrzyżowanie – Budynek po tej stronie jest pusty, przechodzimy do następnego.
   -   Tu siódmy pluton, z naszej strony spokój – zawtórował dowódca drugiego oddziału
   -   Kompania D, na tym odcinku czysto – zameldował Sidorow – Zaraz dotrzemy do cywilnych zabudowań po drugiej stronie skrzyżowania.
   -   Zrozumiałem – stwierdził pułkownik – Jednostki pancerne, powoli naprzód, o jedną przecznicę. Potem czekajcie na postępy piechoty.
   -   Pułkowniku, barykada w zasięgu naszych sensorów optycznych – zameldował nagle kapitan Sidorow
   Hunter, wcześniej nie zwracający na to uwagi, teraz spojrzał naprzód, wykorzystując swój wizjer, by przybliżyć znacząco obraz. Barykada w istocie się tam znajdowała – stała dokładnie w poprzek ulicy, wyglądała zaś na prowizoryczną. Do jej wzniesienia posłużyły jaszczurom najróżniejsze przedmioty, choć składały się nań głównie cegły. Ryan nie sądził, aby obcy wierzyli, iż owa skromna zapora pozwoli im na powstrzymanie natarcia – z pewnym niepokojem przypuszczał, że ma ona na celu wyłącznie jego spowolnienie.
   -   Co oni, kurna, zamierzają? – powiedział na głos – Co oni szykują?
   -   Pewnie dalej mają na nas coś lepszego, panie kapralu – odezwał się Han, który zdołał usłyszeć przełożonego
   -   Czy ci kretyni to widzą? – zastanowił się Ryan, ale nie miał już na to więcej czasu, bo w chwilę później nadszedł kolejny rozkaz
   -   Kompania E jest w pobliżu razem z jednostkami zmechanizowanymi – rzekł kapitan Sidorow – Sprawdzić budynek cywilny na prawo od naszej pozycji, po drugiej stronie skrzyżowania.
   Hunter dał znak Hanowi i Savage’owi, po czym cała trójka podążyła wraz resztą plutonu do wnętrza budowli. U jednego z jej krańców znajdowało się szerokie wejście. Zaraz na lewo od niego żołnierze dostrzegli szereg wind grawitacyjnych. Jak żołnierze wkrótce stwierdzili, windy były wyłączone – przypuszczalnie jaszczury nie tylko zabrały cywilów z zagrożonych dzielnic miasta, ale też odłączyli już od nich zasilanie.
   -   Schodami! – krzyknął kapitan, nie używając nawet interkomu – Drużyna na piętro! Po przeszukaniu rewiru, trzy piętra w górę! Szybko, ruszać się!
   Nie widząc innego wyjścia, Ryan podążył bez słowa za żołnierzami towarzyszącymi kapitanowi, przeskakując po trzy stopnie naraz w drodze na drugie piętro. W ślad za nim udali się Han i Savage.
   Do tej pory przewidziany przez pułkownika Gosslera plan działał sprawnie, ale jak na ironię, to właśnie zdawało się coraz bardziej niepokoić Huntera. Nerwy miał napięte jak postronki, a każda kolejna chwila spokoju działała na niego coraz gorzej. Na dobrą sprawę, był przez to bardziej czujny.
   Znajdujące się tu zabudowania były typowo mieszkalne, z ciągnącymi się środkiem korytarzami, w których znajdowały się drzwi do kolejnych, przestronnych apartamentów. Czyniło to przeszukanie dość żmudnym, zmuszało bowiem do zbadania każdego pokoju z osobna, ale obecność sensorów ruchu oraz detektorów bicia serca bardzo to ułatwiała.
   -   Czysto! – krzyknął Sidorow po około pięciu minutach, spędzonych przez żołnierzy na wyważaniu drzwi do kolejnych pomieszczeń, z których każde było opustoszałe, opuszczone przez mieszkańców w wyraźnym pośpiechu – Na górę!
   Żołnierze rozdzielili się podczas przetrząsania piętra, ale teraz zebrali ponownie na długim korytarzu, zmierzając na powrót w stronę klatki schodowej. Mieli kolejne trzy piętra do przebycia.
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:36:25 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #10 dnia: Kwietnia 09, 2010, 05:19:02 pm »

   -   Kompania F, jesteście za blisko skrzyżowania – dobiegł nagle Huntera głos Gosslera, dziwnie zirytowany i zaniepokojony – Jednostki pancerne, zwolnijcie, do diabła. Piechota nie zabezpieczyła jeszcze…
   -   O kurw… – rozległ się nagle pełen przerażenia krzyk, który urwał się gwałtownie
   Ryan przystanął na chwilę. Byłby otrzymał reprymendę od dowódcy za to, że przerwał wykonywanie wyraźnego rozkazu bez uzasadnionej przyczyny, gdyby nie fakt, że w tej chwili wszyscy żołnierze – włącznie z samym kapitanem Sidorowem – przystanęli na schodach, nasłuchując.
   -   Ogień z budynków po drugiej stronie skrzyżowania dróg! – zameldował jakiś oficer, zapewne z kolumny pancernej
   -   Cholera, mówiłem! – warknął Gossler – Kolumna, stać! Stać, kurwa! Zostać na pozycjach!
   -   Na górę, do diabła, na górę! – zawołał Sidorow, który jako pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia – To od nas!
   -   Majorze, gdzie meldunki? – zapytał pułkownik z oburzeniem – Co się tam dzieje, do ciężkiej cholery? Jakie są nasze straty? Które to budynki? Które piętro?
   -   Z drugiej strony skrzyżowania, panie pułkowniku! Stąd nie widać dobrze, ale… zaraz! Szóste piętro! Szóste piętro… i siódme, panie pułkowniku!
   -   Kompania D! – ryknął Gossler – Co wy tam u diabła wyprawiacie?
   -   Jesteśmy w drodze, panie pułkowniku! – krzyczał kapitan Sidorow, biegnąc schodami – Ściągam pozostałe plutony na nową pozycję, ale możemy potrzebować pomocy!
   Podczas gdy Gossler poganiał Kompanię E, kapitan uczynił zadość swojej zapowiedzi.
   -   Piąty i siódmy pluton! – zawołał – Na nową pozycję, migiem!
   Hunter jeszcze mocniej ścisnął broń w garści, wiedząc już, że idzie walczyć, i że tym razem nie da się zaskoczyć przeklętym gadzinom, które stanęły mu na drodze.
   -   Trzymajcie się blisko! – nakazał Hanowi i Savage’owi, licząc, że we trójkę będą się lepiej ubezpieczali; nawet bez faktycznego doświadczenia wiedział, że w walkach wewnątrz zamkniętych pomieszczeń będzie to szczególnie ważne.
   Zaledwie żołnierze dotarli na szóste piętro budynku, a napotkali kłopoty. Jaszczury najwyraźniej spodziewały się, że zostaną zaatakowane od tej strony, bowiem wystawiły straże, broniące korytarza. Pierwsi Terranie, którzy pognali nim dzielnie, nie bacząc na zagrożenie, zostali natychmiast zastrzeleni przez obcych, wychylających się zza drzwi do mieszkań. Pozostali żołnierze zatrzymali się, i szybko utworzyli na schodach kolejkę biernych oczekujących. Tylko ludzie na czele oddziału wymieniali się ogniem z jaszczurami, pozostali zaś stali tylko, jak gdyby oczekując na swoją kolej.
   -   Cholera, tak nie będzie! – krzyknął kapitan – Granaty! Rzućcie granaty w głąb korytarza, na mój znak, a potem zajmijcie nowe pozycje!
   Nie trzeba było tego żołnierzom tłumaczyć. Stojący w zasięgu wzroku Huntera ludzie przybrali charakterystyczną postawę, szykując się do biegu, podczas gdy pierwsi w szeregu wyjęli zza pasów swoich pancerzy wspomaganych granaty odłamkowe.
   -   Teraz! – zawołał Sidorow, a kiedy żołnierze cisnęli w głąb przejścia śmiercionośne ładunki, odczekał zaledwie chwilę, nim ponownie zaczął wołać – Ruszać się, już, już, już!
   Terrańscy wojownicy, chwilowo nie niepokojeni ogniem jaszczurów, biegiem przemknęli do kolejnych pomieszczeń, kryjąc się wewnątrz nich. Nie poprawiło to jednak znacząco sytuacji – obcy wciąż znajdowali się o dwa apartamenty dalej, i kładli ogień zaporowy na korytarz. Jeden z pozostałych żołnierzy, który nabrał najwyraźniej zbytniej pewności siebie, zginął przeszyty serią, kiedy na zbyt długo stanął w przejściu.
   -   Nie wychylać się, bando idiotów! – nakazał kapitan gniewnie – Druga drużyna, gotuj się do zmiany pozycji! Granaty!
   Ryan postąpił do przodu wraz z resztą żołnierzy. Teraz nadeszła kolej jego, oraz Hana i Savage’a. Oddychał głęboko, starając się opanować. Coraz trudniej było mu tłumić strach z pomocą gniewu.
   -   Gotowi? Teraz! – krzyknął Sidorow, a kiedy granaty eksplodowały wewnątrz korytarza, zawołał – Naprzód, ruszać się, już!
   Hunter pobiegł. Walcząc ze strachem i starając się nie zważać na strzały, z których kilka powaliło gnającego tuż przed nim żołnierza, wpadł do jednego z bocznych pomieszczeń po lewej stronie korytarza, do pozycji wcześniej przez Terran nie zajętej. Momentalnie poczuł się dumny z własnej brawury, i zaczął zastanawiać, czy powinien był znaleźć tak daleko, narażając tak bardzo na śmierć, ale wkrótce i jedno, i drugie uczucie zostało uspokojone, gdy do zajmowanego teraz przezeń apartamentu wkroczyło kilku kolejnych żołnierzy – nie tylko podążający w ślad za nim Han i Savage, ale też inni.
   -   Dobra robota – pochwalił Ryan towarzyszy; Han i Savage uśmiechnęli się tylko ze zmęczeniem
   -   W ten sposób stracimy wszystkie granaty, zanim cokolwiek osiągniemy, kapitanie! – zaprotestował nagle jeden z podwładnych Sidorowa
   -   Cholera! – odkrzyknął oficer – Słuchajcie, wy z drugiej drużyny! Zajęliście dalsze pomieszczenia, tuż koło tych gadzin! Strzelajcie z laserów przez ściany!
   Nonsens tego pomysłu Hunter mógł stwierdzić bez sprawdzania, ale ktoś szybszy od niego wcześniej wyraził swoją opinię.
   -   To niemożliwe, kapitanie! Strzelamy w tym korytarzu od dłuższego czasu i nic to nie daje! Mają tu jakiś mocny materiał, coś podobnego do naszego monolitenu! Lasery tego tak po prostu nie przebiją!
   -   Niech to szlag! – warknął Sidorow – No to, do jasnej cholery, zbierzcie ładunki, jakie macie, i spróbujcie przebić się nimi przez ściany! Nie możemy się ciągle przebijać przez ten pierdolony korytarz, więc znajdźcie nam tylne wyjście!
   Ryan dołączył do żołnierzy, którzy zbierali swoje granaty, układając je przy ścianie i przygotowując do jednoczesnej detonacji pod okiem obecnego tu sierżanta – sądząc z głosu, tego samego, który dyskutował z kapitanem. Jeżeli powzięty przez ludzi zamiar powiódłby się, eksplozja wybiłaby dziurę wprost do kolejnego apartamentu.
   -   Dość, dość! – krzyknął podoficer – Odsuńcie się teraz, ustawiam zapalnik!
   Wystarczyło nastawić wyzwalacz czasowy w jednym tylko granacie, aby spowodować zapłon wszystkich pozostałych, więc sierżant spełnił swoje zamierzenie szybko, po czym zaraz dołączył do innych Terran, którzy skryli się za murami. W kilka sekund później kilka wybuchów, zlewając się w jeden potężniejszy, wysadziło mur, wybijając w ścianie pokaźnych rozmiarów dziurę, w której – jak zauważył Ryan, kiedy opadł już pył – z łatwością mógł zmieścić się człowiek w pełnym pancerzu wspomaganym.
   -   Oni tam są! – zawołał sierżant – Zabijcie ich!
   Jaszczury zostały zaskoczone. Część zginęła od razu w eksplozji, kilka kolejnych Terranie zabili niemal natychmiast, kiedy wciąż dochodziły do siebie po ogłuszeniu wybuchem. Pozostali zajęli pozycje, wymieniając się ogniem z ludźmi z dalej położonego apartamentu, ale utrzymywali je z coraz większym trudem – inni obcy wciąż próbowali utrzymywać ogień zaporowy w korytarzu.
   Niemniej, jaszczury trzymały ludzi w ryzach. Żołnierze wychylali się zza osłon, wymieniając ogniem, ale żadna ze stron nie była w stanie uzyskać zdecydowanej przewagi. Na jednego zabitego po stronie obcych przypadał z reguły jeden poległy człowiek.
   -   Piąty i siódmy pluton! – krzyknął Sidorow – Dołączcie! Piąty pluton, na szóste piętro! Siódmy, siódme!
   -   Cholera, tak nie będzie – warknął Hunter, który nabrał przez ten czas odwagi oraz zamiaru przerwania tego krwawego pata – Osłaniajcie mnie, wchodzę.
   Zanim ktokolwiek zdołał zaprotestować, Ryan ruszył przed siebie przez wybitą w ścianie dziurę, strzelając kilkakrotnie w kierunku pozycji wroga i biegnąc naprzód, do pomieszczenia położonego bliżej jaszczurów. Niestety, dopiero w chwili, kiedy to zrobił, zdał sobie sprawę, że to nie było zbyt mądre.
   Przekroczył narożnik i wpadł na jednego z gadów.
   Hunter nie miał nawet ułamka sekundy, by chwycić za spust. Stojący teraz tuż przed nim jaszczur, który najwidoczniej nastawił się od razu na walkę wręcz, wyjął nóż i w ciągu sekundy rozbroił kaprala, wprawnym kopniakiem wybijając mu z garści karabin. Zaraz potem, nie dając człowiekowi szansy na reakcję, zaryczał jak dzikie zwierzę i kopnął go ponownie, tak silnie, że Ryan został bezceremonialnie powalony na łopatki. Spróbował poderwać się na nogi, ale gad momentalnie opadł na niego całym ciężarem, przyduszając do podłogi i uderzając błyskawicznie sztychem w szyję. Hunter zareagował, wyciągając własny nóż, ale obcy natychmiast złapał nadgarstek dzierżącej go dłoni, drugą ręką jednocześnie napierając na krtań Ryana. Kapral ufał, że z pomocą zwiększających jego naturalną siłę fizyczną serwomechanizmów pancerza wspomaganego, przezwycięży napór przeciwnika, ale się omylił. Ku jego zaskoczeniu oraz rozpaczy, mimo że z całych sił starał się powstrzymać wolną ręką zmierzające ku niemu ostrze noża, stopniowo, choć jednocześnie całkiem szybko, przybliżało się ono do jego gardła i pokonywało jego opór. Jaszczur, który usiadł mu na piersi, obnażył ostre kły, sycząc z triumfem.
   Hunter godził się już ze śmiercią, kiedy nagle głowa jego przeciwnika bluznęła krwią, przestrzelona wiązką lasera. Kapral momentalnie zrzucił z siebie bezwładne ciało, sięgając na powrót po karabin i dostrzegając Savage’a, który stał za nim z karabinem laserowym w garści. Obok znajdował się Han, który zaatakował nadbiegającego z naprzeciwka jaszczura, trzymającego nóż w jednej ręce, i pistolet w drugiej. Gad jednak szybko się z nim rozprawił, powalając na ziemię i pozbawiając broni, podczas gdy jego przyjaciele kładli ogień zaporowy na pozycje Terran. Han uniósł ręce do góry, co – o dziwo – sprawiło, że gad wstrzymał się od kończącego strzału. Sam jednak zginął, gdy Savage i Ryan jednocześnie strzelili weń ze swoich karabinów, zabijając błyskawicznie. Han odzyskał swoją broń i przetoczył się na bezpieczną pozycję obok towarzyszy.
   -   Dzięki. Cholerne dzięki – wycharczał Hunter z ponurym uśmiechem – Jestem wam to winien.
   Na zmęczone oblicza Savage’a i Hana również wstąpiły uśmiechy.
   -   Po prostu wykonaliśmy polecenie, panie kapralu – rzekł Savage – Ubezpieczamy się nawzajem.
   -   Sam bym tego lepiej nie zrobił – rzekł Ryan z aprobatą, po czym dodał – Któryś z was ma jeszcze jakieś granaty?
   -   Ja, panie kapralu – odezwał się Han – Mam jeszcze jeden.
   -   Dobra. Jesteśmy teraz w miarę blisko tych gadzin, więc podrzuć go im. Odczekaj tylko chwilę, zanim rzucisz.
   Szeregowy bez słowa sięgnął po ładunek wybuchowy i zgodnie z poleceniem Huntera trzymał go przez kilka sekund w dłoni, nim cisnął go w głąb zajmowanego przez gady pomieszczenia apartamentu. Granat wybuchł, zanim wrogowie zdołaliby chwycić go i odrzucić z powrotem Terranom. Zza ściany dobiegły Ryana nie krzyki, lecz zwierzęce ryki i skowyty bólu.
   -   Teraz! – krzyknął, zrywając się na nogi i ruszając do pokoju – Wykończmy ich!
   Wpadł do zdewastowanego pomieszczenia, nie tracąc ani sekundy na oględziny obcych, którzy wili się ranni na podłodze lub leżeli tam bezwładnie, zabici przez wybuch. Nie miał dla nich litości.
   -   Macie za swoje, ścierwa! – ryknął, otwierając ogień w ocalałych przeciwników, do wtóru strzałów Savage’a, Hana i pozostałych żołnierzy, którzy wkroczyli do apartamentu
   Tymczasem „ścierwa” najwyraźniej nie zamierzały składać broni. W chwili, kiedy Ryan stanął zwycięsko pośród nieprzyjacielskich trupów, z położonego gdzie indziej, na wyższym piętrze, mieszkania, dobiegły ich głośne krzyki.
   -   Mają nas! – krzyczał z przerażeniem i rozpaczą ktoś z oddziału Sidorowa – Są tuż tuż! Wyrzynają nas w ch…
   Głos urwał się  gwałtownie, i jednocześnie dobiegły Huntera podobne krzyki z innych części szóstego piętra. Zaraz potem dołączyły do nich głośne, triumfalne ryki jaszczurów, po których nadeszło kilka – wygłoszonych równie buńczucznym tonem – okrzyków w obcym języku, w których powracało słowo „Feomar”. Na ten dźwięk Ryanowi ciarki przeszły po plecach i przez chwilę zdawał się tracić ochotę do dalszej walki. Zaraz jednak się opanował.
   -   Wyrżnęli ich z bliska, kapitanie! – zameldował ktoś – Trzecia drużyna milczy!
   Hunter pomyślał, że to całkiem możliwe. Jaszczury najwyraźniej wciągnęły niektórych Terran w walkę na krótkim dystansie, a w tej – jak kapral zdążył już zauważyć – gady były zabójczo groźne.
   Tymczasem, za namową towarzyszącego im sierżanta, wraz z częścią żołnierzy przypadł do okna, chcąc na własne oczy ujrzeć rozwój sytuacji na ulicy, i w miarę możliwości wesprzeć poruszającą się w dole kolumnę. W chwili, kiedy dochodził, przeładowawszy wcześniej broń, usłyszał w interkomie mało optymistyczny komunikat.
   -   Ogień z barykady! – krzyczał ktoś – Tu kolumna, powtarzam, ogień z barykady!
   Gdy Ryan wyjrzał wreszcie przez okno, przekonał się, że faktycznie tak było. Jeden ze stojących na czele nieruchomej jak na razie kolumny pojazdów opancerzonych został już zniszczony, najpewniej subnuklearnymi rakietami protonowymi, a z jego wraku wydostawali się żywi jeszcze, płonący ludzie. Drugi transporter dostał kolejną rakietą, ale na swoje szczęście wytrzymał trafienie, które pozbawiło go tylko tarczy energetycznej. Tarcza osłabiła również znacząco moc wybuchu, który w normalnej sytuacji byłby zapewne znacznie bardziej niszczycielski, przypominający miniaturową eksplozję nuklearną. Nieco dalej Hunter zauważył dwa wraki, znakujące miejsca zniszczenia innych pojazdów terrańskich.
   -   Dwunaste skrzydło! – ryknął Gossler – Co z wami, do cholery?
   -   Na pozycjach i czekamy na rozkazy, panie pułkowniku – odrzekł oficer floty
   -   Więc nie czekajcie dłużej, cholerni durnie! – Gossler najwyraźniej zupełnie tracił panowanie nad sobą – Macie mi zbombardować tę barykadę, jasne? Rozpieprzyć ją w drobny mak!
   -   Zrozumiałem, pułkowniku, nie ma problemu. Eskadra bravo w drodze.
   -   I zajmijcie się tymi cholernymi budynkami, skoro piechota nic nie wskórała! – warknął Gossler, po czym dodał przytomnie – Kompania D, Kompania E, zabierać się stamtąd! Myśliwce zaraz to rozwalą!
   Hunter wykonał polecenie bez wahania, odwracając się od okna i gnając na dół wraz z resztą oddziału. Fakt, iż zastosował się do rozkazu, nie przyćmiewał mu jednak gniewu – już zdążyli ponieść ofiary w próbie zajęcia obsadzonych przez wroga budowli, a tymczasem okazywało się, iż zrobili to na marne. Równie dobrze mogli pozostać z resztą kolumny na dole, uniknęliby niepotrzebnych strat.
   Przegapił nalot przysłanych przez flotę szturmowców – gdy wreszcie on, Savage, Han i inni żołnierze z kompanii Sidorowa wypadli na zewnątrz, znajdująca się w oddali barykada była już obrócona w zbiorową mogiłę nieprzyjacielskich żołnierzy. Kolumna terrańskich pojazdów pancernych zaś najprawdopodobniej nabierała ponownie tempa.
   Po chwili zjawiły się kolejne szturmowce, które, korzystając najpewniej z reduktorów grawitacyjnych, zawisły między budynkami, posyłając następne torpedy protonowe w okna pięter zajętych przez jaszczury. Płomienie ogarnęły znaczny fragment ściany budynku, który doznał poważnych uszkodzeń i częściowo się osunął – nie był przyzwyczajony do takiego traktowania, nawet jeśli użyty do jego wzniesienia materiał dorównywał trwałością monolitenowi.
   -   Dobra robota – rzekł pułkownik Gossler, najwyraźniej nieco uspokojony – Teraz zajmijcie się dalszą barykadą, zanim wróg umocni pozycje. Kolumna, powoli naprzód.
   Hunter z ukrytym za wizjerem hełmu, mściwym uśmiechem, dołączył do podążającej drogą armii, pieszo idąc obok czołgów i transporterów. Ludzie dysponowali na polu bitwy niekwestionowaną przewagą – mieli wsparcie powietrzne, od którego z kolei jaszczury były odcięte. Jak wszystkich poinformowano, stracili swoje siły myśliwskie niemal w całości, w beznadziejnej próbie obrony orbity kolonii.
   Ryan jednak w złą godzinę zaczął myśleć o kolejnych zniszczeniach w obronie gadów i o tym, jak to się spodoba tym przeklętym obcym.
   -   Tu eskadra alfa – odezwał się nagle jeden z oficerów floty, głosem dość wyraźnie zaniepokojonym – Mamy nowe odczyty naziemne. Pułkowniku, chyba nasza wstępna analiza była błędna.
   -   Co takiego? – warknął Gossler – Poruczniku, co to ma znaczyć?
   -   Pułkowniku, melduję, że nieprzyjaciel rozlokował mobilną artylerię na pozycjach wewnątrz miasta. Zostaliśmy namierzeni, ale…
   -   Przez artylerię? – uciął Gossler – Co tam się dzieje?
   W tym momencie rozległ się czyjś głośny krzyk, pełen zaskoczenia wymieszanego z przerażeniem.
   -   O mój Boże! – zawołał ktoś, zapewne pilot myśliwca lub szturmowca, po czym nastąpił głośny, ciągły szum
   -   Dwunaste skrzydło, meldować! – nakazał pułkownik
   -   Artyleria rakieto… – krzyknął jakiś oficer floty, ale i jego komunikat się urwał
   Ryan podniósł wzrok na nieboskłon i z przerażeniem zaobserwował smugi pocisków rakietowych. Były to bez wątpienia rakiety wystrzelone z ziemi, które naprowadzały się samoczynnie na cele – poruszające nad miastem terrańskie myśliwce i szturmowce. Po kilku sekundach wręcz zaroiło się od głowic i eksplodujących maszyn.
   -   Panie pułkowniku – odezwał się nareszcie jeden z pilotów martwym głosem – Panie pułkowniku, melduję, że wszyscy starsi rangą oficerowie zostali zestrzeleni.
   -   Co się tam stało, u licha? – dopytywał się Gossler – Melduj!
   -   Wróg rozlokował w kilku miejscach baterie rakietowej artylerii przeciwlotniczej. Zaskoczyli nas – rzekł pilot, przemawiając monotonnie i jakby z rozpaczą, której zdążył już się poddać – W akcji jest teraz mniej niż siedemdziesiąt procent składu Dwunastego Skrzydła. Myśliwce z Trzydziestego Skrzydła zostały zniszczone niemal w komplecie.
   -   Panie pułkowniku – odezwał się inny głos – Wszystkie jednostki powietrzne strącone lub w odwrocie. Jakie są rozkazy?
   W eterze zapadła cisza, która trwała zaledwie kilka sekund, jednak zdawała się ciągnąć godzinami. Hunter, który z napięciem śledził rozwój sytuacji i wymianę zdań, wiedział już, co postanowi pułkownik
   -   Przerwać operację – nakazał Gossler – Wycofać się. Do jasnej cholery, wycofać się. Do wszystkich jednostek, odwrót do zajętej dzielnicy miasta.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 18, 2010, 04:52:46 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Mardok
VIP
*
Wiadomości: 111



« Odpowiedz #11 dnia: Kwietnia 11, 2010, 07:18:15 pm »

wspomagające siłę fizyczną ludzi serwomechanizmy [...] korzystając z pomocy systemu serwo kombinezonu
To razem, czy oddzielnie?
Zapisane


"Jeżeli przeciwnik gra somewhat 3 Gate 1 base all-in, nie techuj na siłę."
Rafikozor
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #12 dnia: Kwietnia 16, 2010, 05:13:28 pm »

Widzę, że nikt poza Mardokiem nie ma zamiaru się odzywać... cóż, jakoś to przeboleję.
Chociaż nie pojmuję, ani nie ogarniam rozumem, dlaczego dla co niektórych takim wielkim wysiłkiem jest napisanie chociaż jednego zdania po przeczytaniu - nawet, jeśli wyraźnie wyrażam prośbę o odezwanie się.

To razem, czy oddzielnie?

To dwa różne słowa. Jedno pełne, drugie skrótowo.

Kolejny fragment.
-----------------------------------------


- V -

   Khazei leżał na wznak. Choć powoli wracał do świadomości, oczy miał wciąż szczelnie zamknięte. Pozwalało mu to jeszcze przez jakiś czas wierzyć, że znajduje się tam, gdzie marzył, by się znaleźć – w domu, z daleka od wojskowej rutyny, od której bardzo chciał ostatnimi miesiącami odpocząć.
   Obrócił delikatnie głowę i nagle poczuł na niej nieznaczny uścisk. Nie wywoływał on dyskomfortu, niemniej był odczuwalny. Coraz bardziej odzyskując świadomość, Khazei odbierał kolejne bodźce, które powoli mu uprzytamniały, gdzie jest. Nie miał na sobie ubrania i leżał na twardym łóżku, pod cienkim przykryciem, a dobiegający jego czułych nozdrzy silny zapach środków farmaceutycznych momentalnie upewnił go co do wcześniejszych przypuszczeń, skutkiem czego nie był zaskoczony, kiedy otworzył wreszcie oczy.
   Znajdował się w lazarecie – w bazie Panvera, jak domniemywał. Nie wiedział, jak długo tu leżał, ale podejrzewał, że musiało to trwać kilka godzin. Sala szpitalna była zapełniona rannymi, z których część zajmowała inne łóżka. Niektórzy, w szczególnie krytycznym stanie, byli podłączeni do aparatury awaryjnej.
   Khazei ostrożnie spróbował podnieść się do pozycji siedzącej i odkrył, że ma założoną na głowę obejmę, podłączoną do jakiegoś urządzenia. W chwilę później zauważył go stojący nieopodal lekarz, który przechadzał się między łóżkami i obserwował pacjentów.
   -   No proszę, wreszcie się pan obudził – rzekł, uśmiechając się serdecznie – Spał pan dłużej, niż powinien.
   -   To znaczy ile? – jęknął Khazei, siadając na łóżku
   -   Cóż, przynieśli pana tutaj wczoraj, w porze nuvere, a teraz jest następny dzień i zbliża się południe. Może zdąży pan na pemake.
   -   W imię Feomara – oficer zrzucił z siebie cienką pościel, obracając się i dotykając stopami chłodnej podłogi
   -   Zanim jednak uda się pan do jadalni oficerskiej – ciągnął medyk, podchodząc do Khazeia – Powinien pan zgłosić się do mai karimo Kovena. Nalegał, aby się pan do niego zgłosił, jak już się pan ocknie. Zdaje się, że już wczoraj się tego domagał, ale był pan nieprzytomny. Przy okazji, porozmawia pan z mai shivarenem Saidenem.
   -   On tu jest? – zapytał Khazei, podczas gdy lekarz przyglądał się uciskającej delikatnie jego głowę obejmie – Koven?
   -   Jak najbardziej, panie… przepraszam najmocniej, zapomniałem imienia.
   -   Derian Khazei z eskadry K – odrzekł pilot – Dywizjon 98. Mogę zapytać, co mi się właściwie stało przy lądowaniu?
   -   Tak, myślę, że już będzie w porządku – rzekł medyk do siebie, zdejmując obejmę z głowy oficera, nim zwrócił się do niego z odpowiedzią – Trochę się pan poturbował, ale nic poważnego. Może z wyjątkiem urazu głowy, ale już się tym zajęliśmy. Drobne pęknięcie czaszki.
   -   Mam nadzieję, że drobne – mruknął Khazei – Nie chciałbym przez to spędzić w łóżku kolejnych kilku dni.
   Nie czekając na wyraźne zezwolenie od lekarza, wstał z łóżka, napinając i rozluźniając mięśnie, by sprawdzić, czy nie są obolałe. Wszystko jednak wskazywało na to, że jest w zupełnie dobrym stanie. Ponieważ nie miał na sobie ubrania, mógł przyjrzeć się własnej łuskowatej skórze w poszukiwaniu oznak zranienia, jednak nie znalazł takowych.
   -   Rozumiem, że chciałby pan szybko stąd odejść, i to się chwali, bo zwolni pan miejsce dla innych rannych – oznajmił lekarz z rozbawieniem – Ale może najpierw włożyłby pan mundur?
   -   Kombinezon pilota, który ze mnie ściągnęliście, raczej się nie nadaje do wizyty u mai shivarena – zaoponował Khazei
   -   A brak ubrania się nadaje? – parsknął medyk – Co prawda nie mamy pod ręką pańskiego uniformu, więc ściągnęliśmy zapasowy. Jest w szafce, naprzeciwko pańskiego łóżka.
   -   Dziękuję za uprzejmość.
   -   Ależ nie ma żadnego problemu.
   Z poczuciem, iż zmarnował w lazarecie niepotrzebnie dużo czasu, Khazei włożył na siebie świeży mundur deriana w rekordowym tempie. Uniform, jaki znalazł w szafce, był typu wyjściowego, w związku z czym wyglądał przesadnie elegancko, jak na obecne okoliczności, i miał niepotrzebnie uwydatnione dystynkcje, wskazujące na szlify oficerskie. Nie zważając na to, jaszczur stanął po enelicie u drzwi, kompletnie ubrany.
   -   Obawiam się, że nigdy tutaj nie byłem – stwierdził rzeczowo, starając się mówić uprzejmie – Może mi pan powiedzieć, gdzie mogę spotkać mai karimo Kovena?
   -   W tej chwili powinien przebywać w sali odpraw na naradzie – odparł lekarz – Później znajdzie go pan w jadalni oficerskiej na pemake, jeśli pan nie zdąży.
   -   Którędy do sali odpraw?
   -   W lewo korytarzem, windą na drugie piętro, później w głąb korytarza, aż do dużych, podwójnych drzwi. Są opisane, na pewno pan trafi.
   -   Dziękuję – rzekł Khazei, zbierając się do wyjścia – Chwała Feomarowi.
   -   Chwała Feomarowi – dało się słyszeć odpowiedź, nim drzwi lazaretu zamknęły się za Khazeim
   Jak oficer uświadomił sobie w chwilę później, w gruncie rzeczy chętniej udałby się od razu do jadalni – poczuł bowiem głód, na tyle silny, że budził jego instynkty drapieżnika. Niemniej, w tej chwili uznał, że ważniejsze jest, aby jak najszybciej zameldował się dowódcy. Mógł przy okazji dowiedzieć się, jaka jest sytuacja, i co wydarzyło się w czasie, kiedy leżał nieprzytomny.
   Budynek dowództwa lokalnej armii był surowy, lecz schludny – zachowywał jednak cechy typowej dla soreviańskich obiektów wojskowych architektury, upodabniającej je nieco do świątyń Feomara. To sprawiało, że korytarze zdobiły gdzieniegdzie figury smoków, usytuowane przy drzwiach prowadzących do ważniejszych pomieszczeń, a niektóre konsole przypominały smocze paszcze. Podobne rozwiązania architektoniczne Sorevianie stosowali na swoich okrętach gwiezdnych, które, podobnie jak budynki wojskowe, miały co do jednego zbudowane w ich wnętrzach świątynie Feomara, wykonane z pietyzmem i zdobione statuami sivafarów, w tym Nevaira oraz Shaveni, zasiadający u boku samego boga wojny, którego posąg, ustawiony przed ołtarzem, był zawsze największy ze wszystkich. W świątyniach takich soreviańscy wojownicy codziennie odprawiali wspólne modły, lecz Khazei przypuszczalnie spał, kiedy dzisiejsze miały miejsce w bazie Panvera.
   Niemniej, smoczych symboli i figur było w tym budynku mniej, niż w odwiedzanych dotąd przez deriana obiektach wojskowych. Pomyślał, że to w gruncie rzeczy miła odmiana po zwyczajowym przepychu, kiedy minął dwa posągi smoków, strzegące wejścia do sali odpraw.
   Wyglądało na to, że natrafił na sam środek zebrania wyższych rangą oficerów. Siedzieli oni wzdłuż długiego stołu, a przed nimi, na honorowym miejscu, zasiadał mai shivaren Saiden, z mai karimo Kovenem u boku. Dowódca tutejszej armii przemawiał właśnie do zebranych.
   -   Jak zapewne wiecie, choć sytuacja jest kiepska, Rada SVS została już zaalarmowana o inwazji na Ravaneri, jak również o podobnych atakach na Samaveri i Pamaneri oraz opanowaniu przestrzeni orbitalnych Khasari i Amenei. Ponieważ od dawna spodziewaliśmy się ataku ze strony Terran, interwencja powinna nastąpić w ciągu zaledwie… – tu mai shivaren urwał, dostrzegłszy zakłopotanego Khazeia, który stał nieruchomo i nie był pewien, co powinien powiedzieć – Derian Khazei, prawda? Niech pan zaczeka, może pan zostać w środku.
   Oficer skinął głową, stając nieruchomo pod ścianą, i przysłuchując się dyskusji. Już to, co dotychczas usłyszał, wywoływało w nim niepokój. Dowiedział się bowiem, że nie tylko planeta Ravaneri została zaatakowana, i że inwazja nań jest jedynie częścią większej wrogiej operacji.
   Chroń nas, Feomarze – pomyślał błagalnie, słuchając jednocześnie Saidena.
   -   Jak już mówiłem, zanim przerwałem, w ciągu najdalej tygodnia siły interwencyjne, wysłane przez Radę SVS, powinny przybyć do systemu Ravaneri – ciągnął mai shivaren – Dwie osobne grupy pojawią się w Samaveri i Pamaneri. Khasari oraz Amenei, z racji faktu, że nie wylądowały na nich wojska lądowe nieprzyjaciela, zajmiemy się w drugiej kolejności.
   -   Jak możemy oceniać naszą sytuację w samym rejonie Panvery, mai shivaren? – głos zabrał jeden z obecnych oficerów, z dystynkcjami shivarena
   -   Jest trudna, ale jak najbardziej możliwa do opanowania – odrzekł Saiden – Działania wysłanych tutaj sił terrańskich zostały przeprowadzone zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Co prawda działa planetarne, które usiłują zniszczyć, są praktycznie bezużyteczne, ale oni o tym nie wiedzą. Musimy to wykorzystać i wykrwawić ich, jak tylko zdołamy. Dlatego skupiliśmy dostępne nam siły na obronie, i blokujemy im bezpośredni dostęp do naszej planetarnej artylerii.
   -   Mai shivaren, nasze siły są mocno uszczuplone – rzekł inny oficer – Dokonane przez nas oszacowania wskazują, że Terranie mogą mieć tylko w tym rejonie blisko pięć milionów żołnierzy. My przeciwko temu możemy wystawić 24. Regiment stacjonujący w Panverze. Sto tysięcy wojowników.
   -   Liczba ta nie uwzględnia pułku Gwardii oraz trzech świątyń zabójców Genisivare – wtrącił Koven – O ile się nie mylę, to gildie Cieni, Szwadronu Śmierci i Skrwawionej Dłoni.
   -   Tak, tak – potwierdził Saiden – Niestety, większość lokalnych jednostek Strażników stacjonuje w garnizonie strzegącym baterii artylerii planetarnej. Są tam też rezerwy VRN, które możemy wezwać w krytycznej sytuacji. Pozostałe jednostki są zgromadzone w innych bazach osłaniających działa planetarne.
   -   Mai karimo Koven – odezwał się shivaren, który pytał wcześniej o ogólną sytuację – Za pozwoleniem, w jakim stanie jest lokalna flota?
   -   Niedysponowana – odrzekł krótko mai karimo – Nie możemy jej użyć do obrony orbity. Zniszczyli ciężkie krążowniki klasy Sivafar, „Manurai” oraz „Suvenai”. Pozostałe okręty są zbyt poważnie uszkodzone, by prowadzić jakiekolwiek działania. Nasza flota na Ravaneri jest wyłączona z walki. Zniszczyli też nasze siły myśliwskie – co prawda część pilotów uratowała się, ale nie mamy już nowych maszyn
   Słowa Kovena wzbudziły u Khazeia natychmiastowe wspomnienia minionej bitwy, oraz twarze towarzyszy broni, którzy weń uczestniczyli. Zaczął się zastanawiać, ilu z nich przeżyło i kto poległ.
   -   Dlatego będziemy musieli polegać przede wszystkim na armii lądowej – oznajmił mai shivaren – 24. Regiment Milicji pozostanie w Panverze i powstrzyma ataki wroga tak długo, jak będzie to możliwe. Ponieważ całe miasto jest zagrożone, będziemy musieli rozlokować dostępne nam siły, aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo cywilom. Uniknęliśmy już wstępnych ofiar, ewakuując mieszkańców z zewnętrznych dzielnic miasta i przemieszczając ich do centrum.
   -   Przy przewadze liczebnej przeciwnika w wysokości jeden do kilkudziesięciu, nie zdołamy utrzymać Panvery na długo – stwierdził pesymistycznie jeden z shivarenów – Jeśli padnie obrona choćby w jednym punkcie, wróg pomaszeruje prosto do naszej baterii.
   -   Nie trzeba przekreślać naszych szans – stwierdził Saiden z ostrożnym optymizmem – Otrzymywałem raporty oficerów polowych z wczorajszych walk. Wszystko wskazuje na to, że nasi przeciwnicy są niekompetentni. Oddziałom Milicji, oraz wysłanym przez lokalną policję jednostkom specjalnym, udało się kilkakrotnie wciągnąć wroga w zasadzkę. Stosunek strat z dotychczasowych starć wynosi około jeden do dziesięciu. Na naszą korzyść.
   Na dłuższą chwilę zaległa cisza, kiedy zebrani oficerowie przetrawiali słowa mai shivarena. Wyglądało na to, że w serca obecnych zaczynała wstępować nadzieja.
   -   Nie wyklucza to, rzecz jasna, że nasi wrogowie będą się uczyć na swoich własnych błędach – ciągnął Saiden – Niemniej, my również możemy analizować ich taktyki. Na chwilę obecną musimy utrzymać dotychczasowe linie obrony i skierować wszystkie rezerwy, jakie są dostępne w przydzielonych wam rewirach.
   Khazei przestał słuchać mai shivarena, który przystąpił do wydawania swoim sztabowcom dyrektyw odnośnie obrony. Bardziej obchodziło go to, czego dowiedział się wcześniej – flota soreviańska na Ravaneri była w opłakanym stanie, a większość jego towarzyszy przypuszczalnie nie żyła. Świadomość, że tak się stało, napawała go głębokim smutkiem.
   Kiedy spotkanie wreszcie dobiegło końca, a shivarenowie i mai shivarenowie zaczęli zrywać się z miejsc, Khazei ruszył się spod ściany i podszedł do Kovena, natychmiast salutując jemu oraz Saidenowi.
   -   Derian Khazei Kodene z dywizjonu 98 melduje się, mai karimo, mai shivaren – powiedział, stając na baczność – Chwała Feomarowi.
   -   Chwała Feomarowi – powtórzył spokojnie Saiden – Spocznij, Khazei. Oczekiwałem, że się pan zjawi. Chciałbym pana zwymyślać za spowodowanie szkód w związku z pańskim przymusowym lądowaniem, bo wpłynęło do mnie kilka skarg z lokalnego dyrektoriatu na ten indycent…
   -   Czy komuś coś się stało? – zapytał Khazei z niepokojem
   -   Na szczęście, nie – odparł Saiden – Ale uszkodzeniu uległa nawierzchnia drogi, oraz kilka antygrawitacyjnych pojazdów cywilnych, które zmuszone były uciekać, żeby się z panem nie zderzyć. Niemniej, nie będę robił panu awantury o to, że usiłował pan ratować własne życie.
   -   Dziękuję, mai shivaren.
   -   W każdym razie – kontynuował Saiden – Ponieważ to nie ja jestem pańskim przełożonym, może zechce pan wysłuchać mai karimo Kovena.
   Khazei odwrócił się w stronę oficera floty, zaniepokojony. Przeczuwał, że czekają na niego złe nowiny.
   -   To zapewne będzie dla pana ciężki cios – stwierdził na wstępie Koven, upewniając deriana, że się nie mylił – Ale z przykrością informuję, że nikt z eskadry K nie przeżył. Jest pan jedynym ocalałym z tej jednostki.
   Khazei miał wrażenie, jakby właśnie stoczył się w otchłań. Z początku świadomość, że ci, z którymi wspólnie służył, których tak dobrze znał, nie żyją, zdawała się do niego nie docierać. Zaraz jednak uprzytomnił sobie, że już nigdy więcej nich nie ujrzy. Tarame, Vama i inni – wszyscy oni odeszli. Z najwyższym trudem się opanował, choć ręce same zacisnęły mu się w pięści, a gardło ścisnęło się. Miał wrażenie, że zaraz wyda z siebie mimowolnie skowyt rozpaczy.
   -   Co więcej – ciągnął Koven ponurym głosem – Choć jest pan jednym z ocalałych pilotów myśliwskich, nie możemy przydzielić panu nowej maszyny.
   -   Jak to, mai karimo? – zapytał Khazei, z trudem panując nad głosem
   -   Brakuje nam myśliwców – oznajmił oficer floty – Nie możemy też liczyć w najbliższym czasie na dostawy.
   -   A co z garnizonem w bazie orbitalnej Hamai 13, mai karimo?
   -   Został zniszczony. Po tym, jak dzięki wsparciu artylerii planetarnej nieopodal Panvery rozproszyliśmy i w większości zniszczyliśmy awangardę przeciwnika, okupiając to utratą dwóch krążowników, do walki włączyły się inne okręty z wrogiej floty, unikając naszych dział. Flota nieprzyjaciela rozdzieliła się, a jedna z mniejszych grup zaatakowała i zniszczyła Hamai 13. Nie byliśmy w stanie temu zapobiec.
   Khazei po raz kolejny z trudem nad sobą zapanował. Na Hamai 13 było bardzo wielu sivantien, jego pobratymców, których znał osobiście. Był to dla niego, po wieści o śmierci wszystkich towarzyszy z eskadry, kolejny cios. Poczucie głębokiej straty go przytłoczyło i nagle zaczął się dziwić, że jeszcze wczoraj w ogóle liczył na wzięcie udziału w walce z najeźdźcami.
   -   Oczywiście, kiedy tylko zjawią się posiłki, będziemy mogli liczyć na to, że zostaną nam dostarczone nowe środki – ciągnął Koven, ale zdawało się to w ogóle nie docierać do świadomości Khazeia – Ravaneri to w dużej mierze kolonia agrokulturowa, więc nie mamy tu do dyspozycji znaczącej mocy produkcyjnej… derian? – oficer przerwał, obserwując pilota z uwagą i niepokojem
   Khazei zacisnął pięści tak mocno, że pazury wbiły mu się w dłonie i popłynęła krew. Rozpacz powoli ustępowała, wypierana przez gniew i żądzę zemsty, które zdawały się go palić.
   -   Mai karimo, mai shivaren – powiedział w końcu, wciąż z trudem panując nad głosem – Chciałbym panów prosić o tymczasową zmianę mojego przydziału, jeśli tylko będzie to możliwe.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:38:25 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Ranoic
Level 2-5
*
Wiadomości: 24



« Odpowiedz #13 dnia: Kwietnia 22, 2010, 10:34:55 am »

Cytuj
...skutkiem czego nie był zaskoczony, kiedy otworzył wreszcie oczy
Słowo "wreszcie" nie wnosi czegokolwiek do zdania - jest ono zbędne.

Cytuj
- Jak zapewne wiecie, choć sytuacja jest kiepska, Rada SVS została już zaalarmowana o inwazji na Ravaneri...
To nie jest wtrącenie, lecz myśl niezależna od tego o czym mówi mai shivaren o Radzie SVS. Tak nie powinieneś pisać. Ja bym rozbił to na dwa zdania i nieco zmienił szyk.

Tak poza tym jest OK.
Zapisane
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #14 dnia: Kwietnia 25, 2010, 02:42:36 pm »

Znowu ktoś mi wlepił anonimowo niską ocenę, i nawet słowa nie powiedział. To się już zaczyna robić wpieniające, prawdę powiedziawszy.

Tymczasem ja znowu utknąłem w miejscu z tym pisaniem, głównie z powodu zbliżającej się sesji.
Na chwilę obecną to przedostatni fragment, jaki mogę wkleić.
-------------------------------------------------------------------------


- VI -

   -   Sekira, zostaw go na chwilę – dobiegł Soreviankę zza jej pleców głos Savakiego, który wychylił się przez framugę drzwi – Pemake jest już na stole.
   -   Zaraz, chwila – odparła jaszczurzyca niecierpliwie – Sprawdzam, jak jego głowa.
   Pokój, w którym obecnie przebywała Sekira, był wcześniej pusty, podobnie jak kilka innych pomieszczeń, które byłyby zamieszkiwane przez innych farmerów, gdyby ich skład personalny był większy. Ten właśnie pokój wybrano do umieszczenia w nim nieprzytomnego Terranina, który ich zaatakował.
   Wczorajszy napastnik leżał nieruchomo na łóżku i oddychał miarowo, a obok niego siedziała Sekira, sprawdzając za pomocą ręcznego skanera stan czaszki człowieka. Już wczoraj opatrzyła mu głowę, jak również nastawiła zwichniętą rękę i zajęła się innymi ranami. Wstrzyknęła mu też szereg stymulantów, przyspieszających zachodzące naturalnie w organizmie procesy gojenia i odbudowy tkanek, skutkiem czego Terranin szybko powracał do zdrowia. Jego ręka była już niemal w pełni sprawna, choć aby mieć co do tego pewność, Sekira musiała poczekać, aż człowiek się obudzi i sam ją wypróbuje.
   -   No więc? – zapytał Savaki, wciąż nie wychodząc z pokoju – Co z jego głową?
   -   W porządku – odrzekła Sorevianka, wstając na nogi – Ale gdybym go uderzyła trochę mocniej, mógłby się już nigdy nie obudzić. Nie powinnam była wychodzić wczoraj z nerw. Opuściłam ścieżkę Feomara, ale przyzwyczajenia najwyraźniej pozostały.
   -   Nigdy nie stłumisz tego całkowicie, skoro nauczyłaś się z tym obcować.
   -   Może i tak – Sekira westchnęła, kierując się w stronę drzwi – Ale powinnam umieć też to kontrolować. Sęk w tym, że nie miałam możliwości się z tym oswoić. Miałam za mało czasu, i nigdy nie walczyłam na serio.
   -   Nie gadaj już o tym tyle. Chodź jeść.
   Sorevianka udała się w ślad za bratem do dużego pokoju, gdzie rozegrała się wczoraj awantura, a gdzie obecnie wszyscy zebrali się na pemake – obfity posiłek, spożywany w godzinach południowych. Stół był już zastawiony jedzeniem, i swoje miejsca zajmowali przy nim Brown, Gaston, oraz Ezaken.
   Sekira usiadła obok Savakiego, sięgając wysokim kubkiem do automatu wydającego gorące napoje, i nalała sobie nikedy – otrzymywanego z nasion rośliny pnącej o tej samej nazwie wywaru, którego terrańskim odpowiednikiem była kawa.
   -   Macie coś nowego? – zapytała, zanurzając w tłuszczu grubą kromkę hanakowego pieczywa – Rozmawialiście z tymi z firmy?
   -   Trudno było się z nimi skontaktować – stwierdził Brown, pociągnąwszy przed chwilą łyk nikedy – Większość kanałów jest już zagłuszona przez Terran.
   -   Dziwne, że w ogóle dało radę z kimkolwiek się porozumieć – skonstatował Ezaken, między kęsami pieczeni na hanakowym chlebie
   -   Kanały utajone są jeszcze dostępne – odrzekł Paul – Nie wiadomo tylko, na jak długo. A wracając do twojego pytania, Sekira, panowie z firmy podeszli na szczęście do sprawy w miarę rozsądnie.
   -   Frachtowiec nie zjawi się tutaj we wcześniej umówionym terminie – wtrącił Gaston, smarując sobie grubo kromkę mięsno-jarzynową pastą
   -   Więc dlaczego tylko „w miarę” rozsądnie? – rzekła Sekira, nalewając sobie do głębokiego talerza lekkiej zupy, którą następnie zaczęła powoli jeść, przygryzając ociekającą tłuszczem pajdą
   -   Powiedzmy, że kiedy już wszystko ucichnie, odbiją sobie te braki w dostawach z nawiązką – odparł Ezaken – Zamiast jednego frachtowca, będzie ich kilka.
   -   Co oznacza, że nici z naszych wakacji – wtrącił sardonicznie Savaki, nakładając sobie na talerz mięsno-warzywną sałatkę – Już dziś wznawiamy robotę.
   -   Żeby ci kretyni mieli chociaż odrobinę pomyślunku – mruknął Ezaken – Zabrali nam Fletcher i Dakurego, i obiecali zastępstwo. Ale minęły już dwa tygodnie od czasu, kiedy ci nowi powinni byli się zjawić, i nadal ich nie widzę. W piątkę nie nadążamy. Ale oni i tak wymagają od nas regularnych dostaw.
   -   No coś ty, nie powinieneś narzekać – powiedział Savaki z uśmiechem i ostentacyjnie pouczającym tonem – Na Sorev wciąż panuje głód, wciąż potrzebują pomocy z kolonii, wciąż odczuwają reperkusje wojny sprzed pięćdziesięciu lat.
   -   Lepiej nie kracz – odezwał się Brown, również się uśmiechając – Bo jeszcze się okaże, jak przyjdą nowe wieści wraz z przylotem frachtowca, że jesteśmy już jedynymi ocalałymi ludźmi w ramach społeczeństwa SVS, bo Sorevianie na swojej rodzimej planecie już wszystkim pozostałym z tego głodu poodgryzali głowy.
   Wszystkie trzy jaszczury obecne przy stole skrzywiły się z niesmakiem.
   -   Może byłaby to jakaś elementarna sprawiedliwość – stwierdziła Sekira – Tak w ramach rewanżu za…
   -   W imię Daeriona, tylko nie to – przerwał Savaki, wyrzucając ramiona w powietrze
   -   Zmieńcie temat, do diabła – mruknął Gaston
   -   Dobra, może trochę przegiąłem – przyznał Brown
   -   I ja też – powiedziała Sekira
   -   Hej – odezwał się Ezaken z rzadko u siebie spotykanym uśmiechem – Z pewnością nie będę miał nic przeciwko kolejnej rutynowej czynności, jaką odbywamy za trzy dni.
   -   Masz na myśli picie w ogóle, czy pijackie zawody? – zapytała Sekira, spoglądając na Terran, którzy niedawno usiłowali bezskutecznie ją przepić
   -   Jedno i drugie – odrzekł Ezaken
   -   Z tą drobną różnicą, że tym razem tak łatwo nie wymięknę – Paul wyszczerzył zęby
   -   Taa, już ja to widzę – Sekira roześmiała się – Bez obrazy, ale jesteś tylko człowiekiem i mnie w tej konkurencji nie pokonasz.
   -   Popieram – zgodził się Ezaken – Czyli że tak naprawdę wszystko będzie po staremu.
   -   Tak, z tym drobnym wyjątkiem, że tym razem frachtowiec tego dnia nie przyleci – dodał Savaki
   -   Co oznacza, że jeszcze mniej musimy się tym przejmować – wtrącił Brown – Teraz zaczynam doceniać, że mnie wcześniej wysłałeś do miasta po trunki, Savaki.
   -   Dlaczego?
   -   Jest wojna, zapomniałeś? – człowiek wzruszył ramionami – Nie chciałbym teraz wyjeżdżać do miasta, żeby się natknąć przy okazji na jakichś Terran, w typie tego psychola w pokoju obok.
   -   Racja, jakoś tak wyleciało mi z głowy – odpowiedział Savaki ze słabo zagranym roztargnieniem i szerokim uśmiechem
   -   Żebyście się kiedyś nie przejechali na tych dowcipach – burknęła Sekira, zanurzając w tłuszczu kolejną pajdę pieczywa – Dopóki żadnego z tych z GTF tutaj nie ma, możecie tak gadać. Ale jak pojawi się ktoś poza naszym gościem, miny wam zrzedną.
   -   Ech, Sekira, ty to wiesz, jak schrzanić dobrą imprezę – westchnął Brown – Czasami jesteś w tym nawet lepsza, niż Ezaken. A teraz martwisz się niepotrzebnie na zapas, i każesz to robić także nam.
   -   Mówię wam tylko, żebyście tego nie lekceważyli. Bo później może wam przejść ochota do głupich żartów.
   -   Przestańcie wreszcie – mruknął Gaston znad talerza – Ta rozmowa już drugi raz idzie w złym kierunku.
   -   Dobra – zagaił Ezaken – To wymyśliliście może w międzyczasie jakieś zajęcie dla mnie?
   -   Co masz na myśli? – zapytała Sekira, odstawiając pusty talerz i nakładając sobie na świeży sałatkę
   -   Może zapomnieliście, ale oni rozwalili tego satelitę w pył – Ezaken rozłożył ręce w geście bezradności – Mało brakowało, a rozwaliliby także mnie. Teraz nie mam już czego naprawiać, co mnie cieszy, bo zaczynałem mieć dość użerania się z tym złomem. Ale to oznacza, że będę siedział bezczynnie przez resztę tej wojny, jeśli czegoś nie wymyślicie.
   -   Coś się da załatwić – oznajmił Savaki, dokładając sobie sałatki – Skoro masz więcej czasu, może przyjrzysz się tym ustrojstwom z systemu irygacyjnego. Ostatnio ciągle…
   W tym momencie Sorevianin urwał, usłyszawszy dźwięk dochodzący go zza pleców. Odwrócił się, co w ślad za nim uczyniła także Sekira, a i pozostali spojrzeli w tym samym kierunku. Znajdujące się w głębi korytarza drzwi, prowadzące do pokoju zajętego przez nieznajomego człowieka, otworzyły się, i natychmiast wytoczył się zza nich przybysz. Był już w pełni przytomny, choć wpadł na ścianę, wybiegając z pomieszczenia i odzyskując jeszcze równowagę. Szybkim krokiem podążył do dużego pokoju, gdzie wszyscy milczeli, wpatrując się w niego uważnie. Sam Terranin wyglądał na zdezorientowanego, jakby nie dowierzał temu, co widzi, i w jakim znalazł się położeniu.
   Sekira wpatrywała się w niego, włożywszy sobie wcześniej do pyska resztę nasączonej tłuszczem pajdy hanakowego pieczywa, którą przeżuwała na tyle dokładnie, na ile pozwalało jej na to uzębienie złożone głównie z ostrych kłów. Wreszcie przełknęła i odezwała się w esperanto.
   -   No, proszę – rzekła ironicznie, przerywając długotrwałą ciszę – Widzieć cię w pionie to prawdziwy szok. Może zechcesz…
   Urwała, widząc, jak Terranin, rzuciwszy jej tylko krótkie spojrzenie, wpadł do przedziału kuchennego obok dużego pokoju, i po chwili wyszedł z nożem w ręku.
   -   Nie ruszajcie się z miejsca – powiedział wyraźnie zdenerwowanym tonem – Nawet się nie ważcie.
   Sekira westchnęła, wstając z siedziska. Dostrzegłszy to, człowiek zwrócił się do niej z nożem. Ręka dzierżąca ostrze drżała wyraźnie.
   -   Mówiłem, żeby go związać – zawołał zza pleców Sorevianki Brown
   -   Zamknij się! – warknęła Sekira przez ramię, po czym ponownie zwróciła się do nieznajomego z nożem – Odłóż to – nakazała, spokojnie, lecz z naciskiem
   -   Nie zbliżaj się! – krzyknął Terranin
   -   Co chcesz tym zdziałać? – rzekła Sorevianka, mówiąc wciąż spokojnie – Wczorajsza porażka cię niczego nie nauczyła? Nie masz szans.
   -   Może przynajmniej ciebie zabiję, gadzino, jeśli tylko się zbliżysz – człowiek zacisnął zęby w wyraźnej desperacji
   -   Sekira, może… – odezwał się Savaki, ale siostra uciszyła go ruchem dłoni
   -   Odłóż to i usiądź – nakazała ponownie – Albo będę musiała zrobić ci krzywdę.
   Terranin uśmiechnął się, a jego ruchy zdradzały determinację.
   -   Tylko spróbuj, gadzino – rzekł wyzywająco
   Z głębokim westchnieniem Sorevianka ruszyła w stronę człowieka, nie przyjmując nawet gardy. Napastnik uderzył nożem natychmiast, gdy znalazła się w jego zasięgu, stosując prosty zwód. Sekira nie dała się jednak zmylić, i odbiła rękę z nożem, drugim uderzeniem trafiając przeciwnika w twarz. Terranin aż się zatoczył i zrobił kilka kroków wstecz, ale to wcale nie ostudziło jego zapału i po chwili sam skoczył do przodu, tnąc nożem. Sorevianka odskoczyła do tyłu, unikając cięcia i nabierając dystansu, i kopnięciem wytrąciła mu broń z ręki. Zaraz potem, nie zmieniając nogi, uderzyła ponownie, tym razem w splot słoneczny, posyłając przeciwnika na ścianę. Ku jej zdumieniu, ten nie zrezygnował, teraz rzucając się na nią bez broni z desperackim okrzykiem. Sekira po prostu złapała go za nadgarstki, natychmiast go unieruchamiając, a następnie silnym kopnięciem i wyprowadzonym równocześnie z nim smagnięciem ogonem po łydkach, powaliła człowieka na kolana.
   -   Zrób to jeszcze raz – warknęła, kucając przed nim i krzyżując mu unieruchomione ramiona na piersi, mimo jego wysiłków – A przyłożę ci mocniej. Widzę już, że ciężko myślisz, ale może umiesz chociaż podjąć właściwą decyzję pomiędzy poturbowaniem, a pozostaniem w dobrej kondycji.
   Terranin nic nie powiedział, tylko skinął głową, wziąwszy kilka głębokich wdechów. Sekira poderwała go na równe nogi gwałtownym ruchem.
   -   Podejdź i usiądź – nakazała opanowanym, lecz stanowczym głosem – Nie chciałabym cię przywiązać do krzesła, żeby cię uspokoić, ale wiedz, że to zrobię.
   Człowiek z wyraźną rezygnacją ruszył w stronę stołu i zajął wolne miejsce. Wyglądał teraz na bardzo zaniepokojonego. Nie opuszczała go również wcześniejsza dezorientacja. Paul, który siedział najbliżej niego, wziął wolny kubek i napełnił go nikedą.
   -   Masz, wypij – powiedział, podając ją nieznajomemu
   -   Pewnie zatrute – mruknął człowiek do siebie pod nosem, ale zostało to usłyszane
   -   Gdybyśmy chcieli cię zabić, już dawno byśmy to zrobili – warknęła Sekira, tracąc już powoli cierpliwość – Opatrzyliśmy ci rany, choć mogliśmy cię zostawić, żebyś umarł, a ja nie skręciłam ci karku ani nie połamałam ci nóg, choć mogłabym to zrobić bez trudu. Przestań się zachowywać jak kretyn i napij się. A potem zjedz coś, bo po tym wszystkim powinieneś być głodny.
   Terranin spojrzał na nią, a jego dezorientację powoli wypełniała niechętna akceptacja. Przyjął nikedę od Browna i pociągnął kilka łyków.
   -   Już się uspokoiłeś? – zapytała Sekira, a kiedy człowiek przytaknął niepewnie, dodała – Powiedz, jak się nazywasz.
   -   Porucznik… Ernest Richter – odrzekł z ociąganiem, po czym dodał – Skąd znasz esperanto?
   -   Dziwne pytanie, jak na początek – zironizowała Sorevianka – Mam na imię Sekira, i kiedyś szkoliłam się na wojowniczkę. Ponieważ wtedy wszyscy nastawialiśmy się na konflikt z wami, nie byłam jedyną spośród tych, którzy uznali, że warto znać język swojego wroga.
   Richter skinął głową, ale nic nie powiedział.
   -   To są Savaki i Ezaken – ciągnęła Sekira, wskazując na pozostałych, siedzących przy stole – A to Paul Brown i Gaston Pioffet.
   -   Co to za jedni? – mruknął Ernest, wskazując na dwóch pobratymców – Dlaczego zdradzili GTF?
   -   Wcale jej nie zdradziliśmy, nigdy nawet nie mieliśmy z nią do czynienia! – powiedział natychmiast Brown zapalczywie
   -   Dlaczego musisz pytać o rzeczy najmniej istotne? – zapytała Sekira ze znużeniem, uspokajając Paula gestem – Jak tutaj trafiłeś?
   -   Jestem… pilotem myśliwskim – Richter wciąż mówił niepewnie, jak gdyby w każdej chwili oczekiwał, że Sorevianka zaciśnie szczęki na jego gardle – Na orbicie była bitwa. Zestrzeliłem dwóch waszych, gadziny, ale trzeci zdołał mnie trafić. Rozbiłem się w okolicy, to działo się już blisko planety.
   -   Zatem jesteś po prostu żołnierzem – stwierdziła Sekira – Świetnie.
   -   A wy jesteście chyba farmerami – orzekł Ernest – Przyznaję, że bycie jeńcem cywilów mnie zawstydza, ale mam nadzieję, że to nie potrwa długo, gadzino.
   -   Przestań już z tą gadziną, ssaku – prychnęła Sorevianka, wyraźnie akcentując ostatnie słowo – Mam na imię Sekira. A ty, o ile dobrze zapamiętałam, nazywasz się Ernest Richter.
   -   Taaak – człowiek zgodził się przeciągle – Sekira – powtórzył, jak gdyby kpiąco, po czym dodał – Czy to znaczy, że jesteś samicą?
   Przy stole rozległ się śmiech, a jaszczurzyca zwęziła oczy z zażenowaniem. Po chwili przypomniała sobie, że ludzie z trudem odróżniali płeć napotkanych Sorevian. Terraninowi, który widział ich po raz pierwszy w życiu, przychodziło to zapewne z wyjątkową trudnością.
   -   Tak, jestem – odrzekła sarkastycznie – Skoro wciąż nie jesteś zdolny do normalnej rozmowy, to może najpierw poczekamy, aż naprawdę ochłoniesz. Usiądź bliżej i zjedz coś. Obiecuję, że to nie trucizna.
   Wciąż bez przekonania, Richter zbliżył się i ogarnął wzrokiem stół, obserwując z uwagą ustawione na nim potrawy. W końcu zdecydował się, i przysunął sobie sałatkę. Brown podłożył mu czysty talerz.
   -   Hodujemy inne zboża, niż wy – powiedziała Sekira – Ale pieczywo z hanake powinno ci pasować. Możesz wziąć do tego… jak to się nazywa… masło, tak jak Paul i Gaston, bo chyba nie będzie ci smakował ten tłuszcz, którego używamy my.
   -   Raczej na pewno – wtrącił Brown – Nie wiem, jak możecie to jeść.
   -   Wiem, mówiłeś to już chyba z pięćdziesiąt razy – odparowała Sorevianka ironicznie
   Ernest z całą stanowczością nie mógł się przyzwyczaić do swojego obecnego położenia. Wciąż obserwował jedzące obok niego swój posiłek jaszczury, oraz usytuowanych po drugiej stronie stołu ludzi, i sprawiał wrażenie, jakby nie dowierzał temu, co się dzieje. Sam jadł powoli i jakby niechętnie.
   Sekira, która zajęła już swoje dawne miejsce, spoglądała na niego z powątpiewaniem.
   -   Co z nim zrobimy? – zapytał nagle Ezaken w strev, ze spojrzeniem skupionym na przybyszu, co nie uszło uwadze tego ostatniego
   -   No cóż – podjęła Sorevianka – Jest teraz, że tak powiem, naszym jeńcem. Sam to bardzo trafnie ujął.
   -   Więc co możemy w związku z tym zrobić? – odezwał się Savaki, również patrząc na Richtera – Zamknąć go na resztę wojny?
   -   Myślę, że po prostu zawiadomimy tych z armii o jego złapaniu – podsunął Brown – Zgarną go, kiedy będzie to możliwe, i pewnie umieszczą w jakimś obozie więziennym.
   -   Pewnie mu tam lepiej nie będzie, niż tu – stwierdziła Sekira – Ale zajmowanie się jeńcami wrogiej armii to nie nasza sprawa.
   -   O czym gadacie? – odezwał się w końcu Ernest
   -   Dyskutujemy, jak cię zeżreć – Sorevianka obnażyła kły, wiedząc doskonale, że budzą one u Terran instynktowny lęk, i wyobrażenia związane właśnie z pożeraniem – Tylko żartuję. Po prostu stwierdzamy, że powinniśmy cię wydać wojskowym.
   Richter zdążył zrobić się blady na twarzy, ale zaraz się opanował.
   -   Wy i poczucie humoru – burknął – To niewiarygodne.
   -   Nie ma się czego wstydzić, naprawdę – oznajmiła Sekira wesoło – Z tego, co wiem, w pierwszych dniach waszej inwazji na Sorev, my też podejrzewaliśmy, że nie macie poczucia humoru.
   -   Dobrze wiedzieć – głos Ernesta był nieprzyjazny, i wcale mu się nie udzielał dobry nastrój pozostałych – Jak rozumiem, to o wydaniu mnie wojskowym żartem nie było?
   -   Że jesteście bystrzy, to akurat wiedzieliśmy, chociaż czasem się co do tego myliliśmy – stwierdziła Sorevianka, na co Paul i Gaston gruchnęli śmiechem – A teraz zacznij wreszcie jeść, bo następny posiłek podajemy dopiero pod wieczór.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:41:11 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Strony: [1] 2 3 ... 7 Drukuj 
« poprzedni następny »