StarCraft Area Strona główna Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Maja 26, 2022, 08:56:07 pm

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
+  StarCraft Area Forum
|-+  Miejsce dla was
| |-+  Artykuły, opowiadania (Moderator: oOldXman)
| | |-+  "Niezdobyte drogi" - military SF
« poprzedni następny »
Ankieta
Pytanie: Jak oceniasz to opowiadanie?
1 - 0 (0%)
2 - 2 (50%)
3 - 0 (0%)
4 - 1 (25%)
5 - 0 (0%)
6 - 0 (0%)
7 - 0 (0%)
8 - 0 (0%)
9 - 1 (25%)
10 - 0 (0%)
Głosów w sumie: 0

Strony: 1 2 3 [4] Drukuj
Autor Wątek: "Niezdobyte drogi" - military SF  (Przeczytany 28363 razy)
Mardok
VIP
*
Wiadomości: 111



« Odpowiedz #45 dnia: Marca 19, 2010, 04:48:52 pm »

Nie jest źle z tymi bitwami kosmicznymi. Masz ciekawy styl pisania.
Zapisane


"Jeżeli przeciwnik gra somewhat 3 Gate 1 base all-in, nie techuj na siłę."
Rafikozor
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #46 dnia: Marca 20, 2010, 01:35:47 am »

Dobra, może tym razem uda się zmieścić trochę więcej

-----------------------------------------------------------------




* * *

   Zmęczony Satva manewrował z trudem, starając się zejść z celownika ścigającemu go soreviańskiemu pilotowi. Pojedynek z tym myśliwcem ciągnął się już od jakiegoś czasu, a walka przeniosła się z bezpośredniego sąsiedztwa terrańskiej floty do okolic poważnie uszkodzonej bazy orbitalnej na Matthius V – również z tego względu, że przetrzebione walką eskadry xizariańskie straciły zupełnie inicjatywę w poprzednim rejonie walk, a niedobitki, które by tam pozostały, narażałyby się na coraz skuteczniejszą obronę wroga.
   Wbrew swoim wcześniejszym oczekiwaniom, Satva wciąż żył, i wciąż powiększał swoją listę triumfów. Zestrzelił już osiem myśliwców terrańskich i jeden soreviański, ale kolejne zwycięstwa coraz mniej go cieszyły – zdawały się teraz tylko odliczaniem przed nieuchronnym końcem. Ten spotkał już większość jego towarzyszy broni – nawet Vris zginął jakiś czas temu, pozostawiając Satvę samego.
   Sivt, choć zmęczenie coraz bardziej go dekoncentrowało, nie poddawał się i nie dawał się zestrzelić ścigającemu go Sorevianinowi. Gad był dobrym pilotem, choć zapewne nie dałby rady Satvie, gdyby ten był w pełni sił. Walka z nim sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie miała zostać rozstrzygnięta – kilkakrotnie wchodzili sobie na ogon, i kilkakrotnie wymykali się ścigającemu. Obydwaj użyli przeciwko sobie rakiet, ale wszystkie z nich chybiły, zmylone wypuszczonymi przez pilotów wabikami, sprawiającymi, że pociski trafiały w nie, zamiast w myśliwce. Niewykluczone, że szala zwycięstwa przechyliłaby na stronę jaszczura, ze względu na doznane przez biomyśliwiec Xizarianina uszkodzenia, te jednak w większości się już zregenerowały, przez co maszyna odzyskała znaczną część swojej dawnej sprawności, a pod pewnymi względami – jak choćby trwałości żywego pancerza – był wręcz jeszcze silniejszy.
   Usiłując zdekoncentrować przeciwnika, Satva w ciągu chwili zredukował znacznie prędkość, a potem ponownie zwiększył ją do maksimum, zmieniając jednocześnie gwałtownie kurs. Przeciwnik nie dał się nabrać na tę sztuczkę, ale zareagował odrobinę zbyt późno, przez co zgubił łupieżcę. Sivt, próbując to wykorzystać, zbliżył się do orbitalnej bazy, której kadłub mógł stanowić dla oponenta swego rodzaju przeszkodę terenową.
   Gdy Sivt się zbliżył – mając świadomość, że Sorevianin ponownie podjął za nim pościg – na chwilę przejął się rozmiarami zniszczeń, jakie dotknęły stację. Praktycznie wszystkie stanowiska były zniszczone, a pancerz rozerwany w wielu miejscach. Było też mnóstwo ciał – członków załogi bazy, którzy zostali wyssani w próżnię przez wyrwy w kadłubie. Satvę ogarnął chwilowy szok, kiedy przypadkowo trącił skrzydłem swego biomyśliwca ciało jakiegoś Sivt, z rozerwanymi tchawkami i głową. Zaraz jednak się opanował, skupiając ponownie na staraniach ocalenia własnego życia. Tego zaś, jak ponuro oceniał, niewiele mu już pozostało. Przez komunikator wciąż napływały do niego transmisje z pola walki, które dawały jednoznaczny obraz sytuacji – zwycięstwo Terran.
   Seria strzałów z działek laserowych, która omal nie trafiła Satvy, otrzeźwiła go. Szybkim ruchem wykonał ostry skręt, a następnie zatoczył łuk, lecąc pod kadłub bazy. Wróg udał się w ślad za nim, nie przestając go ścigać. Sivt ufał, że pozostały tu jeszcze jakieś aktywne stanowiska lekkiej artylerii, które z tak bliskiej odległości mogłyby łatwo zestrzelić lub uszkodzić napastnika, ale zawiódł się – dostrzegł jedynie więcej zniszczeń. Z rosnącą rozpaczą, zbliżył się do kadłuba stacji jeszcze bardziej, lecąc teraz niebezpiecznie blisko niego i klucząc między zniszczonymi wieżyczkami i innymi elementami odstającymi od masywu opancerzenia bazy. Sorevianin, spełniając jego nadzieje, udał się w ślad za nim, czym popełnił błąd – znał bowiem gorzej tę stację i jej budowę. Usiłował więc podążać dokładnie za Satvą, chwilowo zaprzestając prób zestrzelenia go, a skupiając się bardziej na uniknięciu zderzenia. W pewnym momencie odpalił rakietę, ale ta zboczyła zanadto w górę, zderzając się w końcu z kadłubem bazy i eksplodując.
   Dostrzegłszy zgrupowanie kilku lekkich wież – czy może raczej wyrastających z masywu stacji pozostałości takowych – Satva natychmiast się nań skierował, niknąc w niedużej gęstwinie metalowo-organicznych konstrukcji. Zanim minął pierwszą z nich, zwolnił znacznie, pozwalając Sorevianinowi się zbliżyć. Ujrzawszy, że przemyka on między zniszczonymi wieżyczkami niemal równocześnie z Satvą, choć w pewnej odległości od niego, w pewnym momencie zmienił kierunek lotu. Zamiast przelecieć wprost przez zgrupowanie wieżyczek, skręcił gwałtownie niemal o dziewięćdziesiąt stopniu, oddalając się od swoistej fortecy w zupełnie inną stronę. Jaszczur spróbował powtórzyć ten manewr, ale naraził się natychmiast na zderzenie z jedną ze zniszczonych wież, przez co musiał zrezygnować.
   Uwolniwszy się od niego, Satva błyskawicznie wykorzystał szansę i sprawił, że role się odwróciły – teraz to on ścigał Sorevianina, starając się utrzymać go w celowniku. To jednak okazało się niełatwe – wrogi pilot dobrze manewrował, i pierwsza wystrzelona przez Sivt seria strzałów chybiła. Gad oddalał się szybko, podchodząc do krawędzi dolnej części kadłuba orbitalnej bazy. Kiedy już się tam znalazł, natychmiast zmienił diametralnie kurs, przelatując nad górny pokład i na dłuższą chwilę niknąc ścigającemu go Xizarianinowi z oczu. Satva zebrał się w sobie do kolejnego wysiłku, podejrzewając już, co zamierza oponent. Gdy również wynurzył się spod stacji, Sorevianin go nie rozczarował – w międzyczasie zrobił wąski skręt o sto osiemdziesiąt stopni, i teraz leciał prosto na niego, plując z działek. Sivt otworzył ogień niemal równocześnie z nim, pospiesznie starając się wycelować.
   Choć to Satva otrzymał pierwsze trafienie – co sprawiło, że podświadomie zaczął już czekać na śmierć – nie zaprzestał ataku. Jego determinacja została nagrodzona, ponieważ tylko pierwsza z wystrzelonych przez Sorevianina wiązek lasera sięgnęła celu w początkowej salwie. Xizarianin natomiast oddał trzy celne strzały, nie niszcząc wprawdzie wrogiego myśliwca, lecz poważnie go uszkadzając.
   Wciąż lecący sobie naprzeciw oponenci omal się nie zderzyli, kiedy wreszcie się wyminęli. Satva był spokojny – wiedział, że już pokonał jaszczura – i metodycznie wprawił w ruch macki-stery, nakazując biomyśliwcowi wykonać pełny skręt. Przeciwnik najwyraźniej nie był w stanie tego zrobić – wskutek uszkodzeń stracił widocznie całą zwrotność – lecz nadal usiłował uciec. Sivt syknął z satysfakcją, powoli i nieubłaganie biorąc płonącą maszynę na cel. Następnie otworzył ogień.
   Wykańczał przeciwnika wolno i mściwie, pojedynczymi strzałami w wyraźnych odstępach. Po ostatnim, piątym, myśliwiec wybuchł, rozpadając się na drobne fragmenty, które odleciały w głębiny próżni. Pośród nich Satva zauważył jednak coś jeszcze – wyglądało na to, że pilot zdołał się katapultować przed zagładą swojej maszyny, i teraz dryfował w przestrzeni wewnątrz kapsuły. Młody Sivt wahał się przez chwilę, ostrożnie zbliżając do ostatniej deski ratunku przeciwnika i biorąc ją na cel. W końcu jednak zdecydował się zwieńczyć swoje zwycięstwo, i dobił pokonanego pojedynczym strzałem.
   Satva wydał z siebie przeciągły syk, przepełniony poczuciem ulgi i triumfu. Głównie jednak tej pierwszej – wygrał, co prawda, po raz kolejny, lecz w tej sytuacji wyglądało to tylko i wyłącznie na opóźnienie nieuchronnego końca, nic więcej. Powiększanie ceny za swoje życie sprawiało mu co prawda niezaprzeczalną satysfakcję lecz pozostawało jedynie oddalaniem śmierci, która musiała w końcu nadejść.
   -   D’Tverni, czy mnie słyszycie? – dobiegł go głos z komunikatora, wyrywając ze stanu uniesienia – Wszyscy, którzy walczycie, wycofajcie się.
   -   Co takiego? – zapytał ktoś
   -   Zniszczyli „Silhevss” – oznajmił ponuro głos, który Satva w końcu rozpoznał jako Nerveseha, jednego z Nimid sprawujących wodzostwo nad ich ugrupowaniem – To już koniec. Już tego nie powstrzymamy – oni chcą zniszczyć wszystko. Uciekajcie z systemu, nie gińcie bez sensu.
   -   S’Vern, a co z wami? – odezwał się jeden z ocalałych dowódców roju, używając oficjalnego tytułu przywódcy
   -   Grupa dowodzenia zajmie większość tych Terran na jakiś czas, ale wy musicie to wykorzystać – odrzekł Nerveseh – Jak najszybciej się wycofajcie i opuśćcie system. Szukajcie schronienia w układzie Helios, jest tam jedno z mniejszych ugrupowań. Dołączcie do nich.
   Satva znał łupieżców z Heliosa II – był taki okres, kiedy ich dwie grupy ze sobą współpracowały. Nagle zaczęła się w nim tlić iskierka nadziei. Czyżby miał przeżyć? Czyżby miał kontynuować swoją walkę i wciąż odnosić w przyszłości zwycięstwa?
   -   Zróbcie to, D’Tverni – powiedział S’Vern, tym razem bardziej stanowczo – Już! Zanim będzie za późno!
   Wydanego przez herszta polecenia nie trzeba było dwa razy Satvie powtarzać. Spojrzał na swoje sensory, obserwując, jak znajdującą się w pobliżu, na orbicie Matthiusa, flota fregat, zmienia kurs. W chwilę potem nadeszła wiadomość o punkcie zbornym i teraz ocalałe pirackie okręty – myśliwce, szturmowce, tankowce i fregaty – zaczęły się masowo wycofywać z walki, uciekając zgodnie w jednym kierunku. Nie, nie uciekając, pomyślał Satva, nie znosząc tego określenia. Po prostu przeprowadzając odwrót.
   Zmienił kurs, podążając również do punktu zbornego z burzą emocji. Odczuwał radość z faktu, że przeżył, oraz z odniesionych dzisiaj przezeń zwycięstw, które nagle przestały w jego świadomości sprawiać wrażenie bezowocnych i bezproduktywnych. Z drugiej strony, paradoksalnie, przytłaczało go poczucie klęski – ludzie zaatakowali ich, i wygrali. Niedobitki floty Xizarian wycofywały się haniebnie z pola bitwy – Satva wciąż nie mógł się zdobyć na nazwanie tego ucieczką – a z ich dotychczasowej siedziby niebawem nie pozostanie nic. Na te emocje nakładał się żal, który powracał na każde wspomnienie towarzyszy broni z roju. Vris, Ritsa, Gevs – wszyscy oni zginęli. Wkrótce pojawiła się również złość i chęć zemsty. Satva poprzysiągł, że kiedyś weźmie odwet na Terranach, i zabije całe roje ich wojowników.
   Starając się uspokoić emocje, dołączył ostatecznie do reszty floty, która pod ogniem terrańskich okrętów zaczęła się przygotowywać do ucieczki w nadprzestrzeń.
   -   Powodzenia – było ostatnim, co D’Tverni usłyszeli od Nerveseha przed opuszczeniem układu Matthius

* * *

   -   Wiceadmirale, niedobitki floty xizariańskiej opuściły system – zameldował technik na mostku „Hydry”
   -   Niech to szlag – zaklął Skawiński – Namierzyliście koordynaty skoku?
   -   Uciekli do sąsiedniego systemu, wiceadmirale.
   -   Zanim tam będziemy, oni mogą w tym czasie wykonać następny skok gdziekolwiek – skonstatował Daniel z irytacją – Co z tym drugim zespołem okrętów?
   -   Nie odbieramy już żadnych odczytów, wiceadmirale. Zostali zniszczeni.
   Skawiński odetchnął, kiedy powoli docierało do niego, że bitwa się już skończyła. Wygrali. Chociaż część piratów zbiegła, zanim zdołano ich unicestwić, cała ich flota przestała istnieć – jedynym świadectwem, że niedawno się tu znajdowała, były zielonkawe fragmenty kadłubów i pancerzy zniszczonych xizariańskich okrętów, jakimi wypełniona była okoliczna przestrzeń oraz orbita Matthiusa V.
   Dostrzegłszy jednak pośród nich także wraki jednostek terrańskich, Skawiński przystąpił teraz do szacowania strat własnych. Z liczącej ponad osiemdziesiąt okrętów floty, zostało ich jedynie trzydzieści kilka, każdy z uszkodzeniami. Stracili niemal wszystkie swoje niszczyciele, oraz posiadane skrzydła myśliwskie. Najbardziej ucierpiała grupa awangardy, która prawie przestała istnieć, chociaż spełniła swoją funkcję – wytrzymała natarcie i nie dopuściła do zniszczenia okrętu inwazyjnego „Anubis”.
   Jedyne, co było w tej sytuacji jakimś pocieszeniem, to straty poniesione przez samych Xizarian, które były kilkakrotnie większe.
   -   Przystępujemy do wykonania następnej fazy planu – oznajmił Skawiński rzeczowym tonem – „Anubis”, wejść na orbitę Matthiusa V i zlokalizować naziemną bazę wroga.
   -   Tak jest, wiceadmirale – potwierdził podoficer komunikacji
   -   Grupa awangardy z Grupą B, postępować z „Anubisem”.
   Pośród uszkodzonych okrętów, ze zniszczonymi stanowiskami ogniowymi i z wyrwami w pancerzach, mierzący około sześciu kilometrów długości okręt inwazyjny wyglądał bardziej okazale, niż zwykle. W dolnej części jego kadłuba znajdowały się cztery ogromne działa, wystrzeliwujące pociski fuzyjne.
   -   Wiceadmirale, tu Grupa C – zgłosił się kontradmirał Kane – Zneutralizowaliśmy środki obrony bazy orbitalnej wroga, ale wygląda na to, że wciąż ma zasilanie i jest aktywna. Czy mamy ją zniszczyć całkowicie?
   -   Wstrzymajcie się – odrzekł Skawiński – Najpierw zniszczymy Matthius V. Zajmijcie pozycje w pobliżu i czekajcie na rozkaz.
   Wkrótce ujrzeli planetę w całej okazałości. Był to bez wątpienia jałowy świat, bez żadnych wyraźnych śladów, że poddano go jakimkolwiek procesom przystosowawczym, oraz bez własnej fauny, bądź flory. Jego powierzchnia miała pomarańczowo-brązowy kolor, a znajdująca się na niej baza piracka była z orbity niewidoczna, dopóki nie dokonano skanów, lokalizując ją, i nie skierowano nań zewnętrznych kamer, znacznie przybliżając obraz z nich transmitowany. Konstrukcja była stosunkowo niewielka i o nieregularnym kształcie. Jednak, jeżeli wierzyć Aneliemu, widoczne zabudowania stanowiły tylko niewielką część bazy, której zdecydowana większość znajdowała się pod ziemią.
   Ochronna warstwa skorupy planety nie stanowiła jednak absolutnie żadnej ochrony wobec dział fuzyjnych.
   -   „Anubis”, zająć pozycje i ognia – nakazał Skawiński – Strzał penetracyjny, pełna moc. Jedna salwa powinna wystarczyć.
   Wkrótce stał się świadkiem tak pięknego, jak i przerażającego widoku. W minutę po wydaniu przezeń rozkazu, okręt inwazyjny, ustawiwszy się burtą do masywu planety, wypalił w cel z dwóch ciężkich dział. Pociski fuzyjne, ciągnące za sobą czerwone smugi, nie trafiły bezpośrednio w bazę, lecz i tak uderzyły z potworną skutecznością, a całą planetą wstrząsnęła potężna – i, jak na ironię, absolutnie bezgłośna – eksplozja. Zniszczenia wywołane przez penetracyjny strzał z działa fuzyjnego były kolosalne – w miejscu wrogiej bazy ziała teraz potworna, wąska dziura, wyrwa w planecie, z której po pewnym czasie wypłynęła na zewnątrz magma z jądra. Od wywołanej bezpośrednio od trafienia wyrwy odchodziły wyraźne, ogromne pęknięcia. Strzał penetracyjny sprawił, że skorupa Matthiusa V pękła, niczym skorupka jajka.
   „Anubis” powtórzył bombardowanie, strzelając z dwóch pozostałych dział, ale była to przesada. Zniszczenia tylko dodatkowo się powiększyły i Skawiński odnosił wrażenie, że niewiele brakuje, aby planeta rozpadła się na kawałki, przemieniając w morze asteroidów.
   -   Wiceadmirale – rzekł podoficer komunikacji – „Anubis” pyta, czy mają ponowić bombardowanie orbitalne.
   -   Nie trzeba – odparł Daniel – Niech Jacques… to znaczy, komodor Jacques, wyśle swoje okręty na rekonesans i upewni się, że nie zostały już żadne naziemne bazy pirackie.
   -   Tak jest, wiceadmirale.
   -   Jest jeszcze jedna kwestia – stwierdził Skawiński, biorąc do ręki mikrofon – Grupa C, jesteście gotowi?
   -   Tak jest, wiceadmirale – odrzekł kontradmirał Kane – Czekamy na rozkaz.
   -   Możecie otworzyć ogień.
   -   Przyjąłem.
   Skawiński wypuścił z westchnieniem powietrze, pochylając się do przodu i opierając o panel dowódczy. Obserwował na jednym z monitorów obraz z kamery, pokazujący zespół Kane’a oraz otoczoną przezeń bazę. Ujrzał, jak stacja orbitalna eksploduje w wielu miejscach, trafiona salwą z dział terrańskich okrętów. Minęła krótka przerwa, po czym nastąpiła kolejna kanonada, powiększając zniszczenia i powodując, że fragment bazy oderwał się od reszty.
   -   Panie wiceadmirale – powiedział nagle jeden z techników, z wyraźnym szokiem w głosie – Tam są ludzie na pokładzie!
   -   Co ty chrzanisz? – Skawiński szybkim krokiem opuścił podest kapitański, i zszedł po schodkach do przedniej części mostka, dopadając stanowiska technika, który wpatrywał się w monitory rejestrujące obraz z zewnętrznych kamer – Pokaż to.
   -   Tam – wskazał technik, blady jak płótno, drugą ręką wciskając guzik zbliżenia obrazu – Dryfują w próżni. Ciała wyrzucone ze zniszczonych części bazy.
   Tak było. Skawiński zaniemówił z przerażenia, widząc, że pośród martwych ciał, jakie zostały wyssane ze stacji przez wyrwy w kadłubie, znajdują się ludzkie sylwetki. Dopiero teraz przypomniał sobie o czymś, czego wcześniej nie brał pod uwagę ani on, ani jego sztabowcy, wszyscy powodowani tym, że byli bardziej zainteresowani wygraniem bitwy. Otóż xizariańscy łupieżcy niejednokrotnie brali ludzkich jeńców na zdobytych statkach i okrętach, wykorzystując ich do niewolniczych prac w swoich bazach. Zniszczenie bazy orbitalnej oznaczało skazanie tych ludzi na śmierć.
   -   Wstrzymać ogień – powiedział Skawiński martwym głosem, by po chwili zawołać z frustracją – Wstrzymać ogień, do jasnej cholery! Natychmiast!
   Działa okrętów z flotylli Kane’a umilkły, a na mostku „Hydry” panowała przez długą chwilę grobowa cisza. Przerwał ją wiceadmirał.
   -   Wyślijcie rozkazy na „Anubisa” – rozkazał powoli, jakby sparaliżowany – Niech natychmiast przygotują dostępne jednostki Marines do abordażu. Zmiana planów. Musimy zdobyć tę stację.
   -   Ależ, panie wiceadmirale – odezwał się kapitan flagowy ze zgrozą – Ci jeńcy byli na pokładzie ich stacji orbitalnej… ich baza na powierzchni planety… ta, którą zniszczyliśmy… jeżeli tam byli, w takim razie my…
   -   Wiem o tym, do diabła! – przerwał Skawiński z pasją, po czym zaraz się opanował – Przerzućcie po prostu tych pieprzonych Marines do bazy i każcie im ją zdobyć. Mogą brać jeńców, jeśli uznają to za stosowne. Żadnych ofiar wśród ludzi.
   -   Wiceadmirale, mamy coś jeszcze – dobiegł Daniela zza pleców głos innego technika
   -   Co znowu? – oficer odwrócił się powoli, jak ktoś, kto całkiem poddał się nieszczęściu
   -   Odbieramy sygnał SOS od jeszcze dwóch okrętów. Sygnatura wskazuje na nasze niszczyciele klasy Vengo.
   -   Chyba nie są z naszej floty – stwierdził Skawiński, podchodząc do technika – Co to za  jedni? Nie możesz się z nimi skontaktować?
   -   Wygląda na to, że mają uszkodzony system łączności. Do nadania sygnału SOS użyli aparatury awaryjnej.
   -   Czy grupa A zakończyła już rekonesans? – zapytał głośno Daniel
   -   Tak jest, wiceadmirale.
   -   Więc niech się tym zajmą. Niech spróbują się z nimi skontaktować i sprawdzą, czy mogą z nami lecieć. Jeżeli nie, okręty z grupy A zajmą się przerzucaniem załogi na swoje pokłady.
   Skawiński odwrócił się powoli, powracając na swoje miejsce i czując, że jest już tym wszystkim bardzo zmęczony. Wcześniejsza satysfakcja ze zwycięstwa prysła bezpowrotnie, kiedy dotarło do niego, ilu ludzi nierozważnie zabili. Przeklinał się za fakt, że nie wziął tego wcześniej pod uwagę, myśląc o walce z Xizarianami i tylko o niej. Żałował, że nie może cofnąć czasu.
   -   Pozostałe jednostki, przygotować się do opuszczenia układu zaraz po tym, jak Marines zakończą akcję w bazie orbitalnej – powiedział, zabierając się do opuszczenia mostka okrętu – Ustalić koordynaty na Pluviusa. Koniec operacji.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:24:19 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Mateusz
Level 6-4
*
Wiadomości: 296


AH AH AH AH AH


« Odpowiedz #47 dnia: Marca 20, 2010, 01:48:32 am »

Człowieku... Jak Ty znajdujesz czas żeby tyle tego napisać??O_O
Zapisane

Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #48 dnia: Marca 21, 2010, 12:59:04 pm »

A ty jak znajdujesz czas, żeby rozegrać po sieci tyle potyczek w StarCrafta? Się ma hobby, się znajdzie nań czas.

Kolejny fragment.
---------------------------------------------------



NISZCZYCIEL „FAJRERO”, KLASA VENGO
UKŁAD MATTHIUS
SEKTOR GUVERA


   -   Komandorze, chyba odebrali nasz sygnał – oznajmił technik na mostku – Zbliżają się.
   -   Świetnie – odrzekł Drake, stojący już na równych nogach, choć opierający się o panel dowódczy – Rozumiem, że sytuacja jest opanowana.
   -   Tak jest, panie komandorze. Wszystkie jednostki xizariańskie albo zbiegły z układu, albo zostały zniszczone. Zostały już tylko okręty nasze oraz soreviańskie.
   -   A zatem to by było na tyle – skonstatował Henry – Wszystkie systemy są w proszku i raczej nie doprowadzimy już „Fajrero” do portu. Przygotujcie się do opuszczenia okrętu.
   Drake odwrócił się do porucznika Logana, który wciąż stał obok w towarzystwie dwóch Marines. Byli też obecni wszyscy oficerowie oprócz Barnesa, odniesionego do lazaretu, kiedy był jeszcze nieprzytomny.
   -   Będą chyba musieli wejść do nas przez hangar – stwierdził Henry – Poruczniku, możecie zadbać o czystość terenu, żebyśmy nie musieli zmagać się podczas ewakuacji z tymi Xizarianami, którzy przeżyli?
   -   Tak – westchnął Marine – Choć nie sądzę, aby któryś przeżył. Przeszukaliśmy większość pomieszczeń, od dziobu po maszynownię, i odnaleźliśmy większość członków załogi, zabijając te robale, które stanęły nam na drodze. Cały okręt jest już chyba pusty.
   -   Dla pewności sprawdźcie jeszcze raz – nakazał Drake – I rozlokuj swoich ludzi wewnątrz hangaru.
   -   Tak jest – Logan zasalutował niedbale, na co Henry odpowiedział równie niedbałym salutem, wykonanym lewą ręką, jako że prawa do niczego się nie nadawała.
   -   Jeszcze jedno – powiedział nagle komandor, a kiedy Marine się odwrócił, rzekł – Nie podziękowałem wam za to, że nam uratowaliście skórę. Dziękuję więc.
   Mówił sucho i rzeczowo, bynajmniej nie tak, jakby miał to być komplement czy słowa pojednania. Porucznik skinął głową, ledwo dostrzegalnie się uśmiechając, po czym opuścił mostek. Drake odwrócił się i chwycił mikrofon interkomu, łącząc się z podoficerem medycznym w lazarecie.
   -   Mówi komandor – rzekł, naciskając guzik nadawania – Co z pierwszym oficerem?
   -   Wszystko jest w porządku – odpowiedział głos po dłuższej chwili – Jest już przytomny i ma sprawną rękę.
   -   Przygotujcie się do opuszczenia okrętu. Macie się za pięć minut stawić w hangarze.
   -   Tak jest, komandorze.
   -   Cartera i Pietta bierzemy ze sobą – orzekł Drake, mówiąc teraz o załogantach, którzy zostali zastrzeleni przez przywódcę piratów – Trupy tych insektów zostawcie, chyba że kogoś z was interesują jakieś pamiątki z podróży.


PANCERNIK „HORUS”, KLASA SENTIMA
SYSTEM SHAZAR
SEKTOR GUVERA


   -   Powodzenia, panie ambasadorze – powiedział młody oficer floty, stając przed Olsenem i salutując uroczyście – Wysyłamy z pańskim promem eskadrę myśliwców eskorty.
   -   Nie wydaje mi się, aby było to konieczne – odrzekł emisariusz, zabierając się do wkroczenia na pokład stojącego w hangarze wahadłowca
   -   Takie są rozkazy admirała.
   -   Tak, tak, rozumiem – ambasador machnął ręką, biorąc do ręki swoją teczkę i odwracając się – Miłego dnia – powiedział na odchodnym przez ramię
   Duży właz promu zamknął się, kiedy tylko Olsen – wraz ze swoją obstawą w postaci sześciu agentów Protektoratu – znalazł się w środku. Ambasador pospiesznie zajął swoje miejsce w fotelu, kiedy usłyszał od pilota komunikat, aby przygotować się do odlotu. Trwało to krótko, i już po chwili znajdowali się w przestrzeni kosmicznej, podążając ku planecie Shazar.
   Ambasador Horatio Olsen nie widział wiele przez mały iluminator w burcie promu, ale był w stanie dostrzec towarzyszące im myśliwce, oraz rozciągający się na tle masywu planety widok – były tam xizariańskie instalacje orbitalne, w tym zabudowania obronne najeżone uzbrojeniem, oraz dziesiątki, jeśli nie setki okrętów wojennych. Stanowiło to niezaprzeczalny pokaz siły obcego imperium, które, choć relatywnie małe, w ewentualnym konflikcie stanowiłoby przeciwnika, którego nie należy lekceważyć.
   Okręty Xizarian były podłużnego kształtu, a ich kadłuby miały dziwny, zielonkawy odcień. Olsen wiedział już o nich wystarczająco dużo, aby zdawać sobie sprawę, że wynika to z faktu, że opancerzenie tych jednostek było częściowo organiczne. Podobnie wyglądały jednostki pirackie, które zaatakowały ich podczas przelotu tunelem nadprzestrzennym, lecz okręty xizariańskiej marynarki wojennej stanowiły zdecydowanie bardziej okazały obraz, niż łupieżcza banda – były jednolitej budowy, skonstruowane według tego samego, określonego wzorca, podzielone wyraźnie na klasy i grupy. Podobnej jednolitości Olsen nie był w stanie się doszukać w pirackich fregatach, z których każda różniła się od innej.
   Raptem ambasador dostrzegł, że do eskorty terrańskich myśliwców dołączyły maszyny xizariańskie, trzymając się bardzo blisko jego środka transportu.
   -   Tu rój Davs – dobiegł z kokpitu nieludzki głos – Podążajcie naszym kursem, Terranie. Doprowadzimy waszego wysłannika na miejsce.
   -   Tu prom jeden-sześć-osiem, przyjąłem – potwierdził pilot, po czym dodał – Eskorta, wejść na nowy kurs i utrzymywać się blisko.
   -   Tu dowódca „Pająków”, przyjąłem, jeden-sześć-osiem.
   Olsen jeszcze przez kilka chwil obserwował to, co działo się na zewnątrz, ale jako że wkrótce zaczynali wkraczać w atmosferę planety, przestało to być możliwe. Rozparł się na powrót w fotelu, czekając, aż wylądują.
   -   Uwaga, potrzęsie nami – ostrzegł pilot
   Zgodnie z jego słowami, prom wpadł niebawem w silne turbulencje. Ambasador, nie przyzwyczajony do tego, zacisnął dłonie mocniej na oparciach fotela. Powtarzał sobie, że nie ma powodów do obaw, ale to było silniejsze od niego.
   Xizariańscy przewodnicy towarzyszyli im przez całą drogę do celu, doprowadzając do placówki dyplomatycznej na Shazar. Budynek ów, po prawdzie, bardziej przypominał pałac – znacznych rozmiarów architektoniczne cudo ze strzelistymi wieżami, otoczone rozległymi ogrodami. Te ostatnie oddzielały z kolei obiekt od otaczającego go, rozległego miasta – sięgającego horyzontów i pełnego sięgających nieba, przypominających iglice wieżowców, którym towarzyszyły mniejsze, o walcowatym kształcie. Prom wiozący Olsena przysiadł na lądowisku przed frontem budowli, w którym wyraźnie zarysowany był ogromny portal.
   Gdy ambasador opuścił prom, wraz z nie odstępującymi go na krok agentami, stwierdził momentalnie, że przed owym portalem stoją dwa równoległe, biegnące od podnóża budynku do lądowiska, szeregi insektoidalnych wojowników. Xizariańscy strażnicy, podobni z wyglądu do modliszek – co wskazywało na przynależność do kasty Sivt – formowali jak gdyby ścieżkę, której środkiem podążał inny insekt. Ten jednak różnił się od strzegących obiektu żołnierzy – miał człekokształtną budowę ciała, a dwa z jego czterech ramion były w atrofii. Mimo to, zdecydowanie był owadem – pokrywał go egzoszkielet, przyodziany w bogate, powłóczyste szaty. Twarz miał płaską, toporną i pozbawioną nosa, z osadzonymi w niej czarnymi oczami i czymś, co przypominało skrzyżowanie ust z aparatem gębowym insekta, i zdolne było – z tego, co wiedział Horatio – do artykułowania zarówno dziwnych dźwięków, składających się na języki poszczególnych kast Xizarian, jak i słów normalnej mowy.
   Obcy, niewątpliwie przedstawiciel kasty Nimid, zbliżył się dostojnym krokiem do Olsena, powodując u niego przekonanie, iż jest emisariuszem xizariańskiego rządu. Kiedy humanoidalny insekt znalazł się blisko, mierząc ambasadora spojrzeniem czarnych oczu, przemówił w esperanto.
   -   Terrański wysłannik, oczekiwaliśmy waszego przybycia. Jestem O’Sevite Vaeheis aen Sovkhen, reprezentuję Kombinat Shazaru.
   Chociaż głos był zdecydowanie różny od ludzkiego, Olsen ocenił, że należy on do przedstawicielki płci żeńskiej. Spędził trochę czasu, zgłębiając informacje na temat xizariańskiej rasy, zanim poleciał na tę misję. Jedną z pierwszych rzeczy, jakiej się dowiedział, był fakt, iż w społeczeństwie Xizarian, w obrębie poszczególnych kast, na jakie się ono dzieliło, oraz w ogóle, obowiązywał matriarchat. Samice tej rasy, chociaż nieliczne, były większe i silniejsze od samców, które czuły przed nimi instynktowny respekt. Dotyczyło to zarówno stosunków wewnątrz kast, jak i tych poza takowymi – nawet samiec kasty Nimid, uznawanej za stojącą na szczycie społeczeństwa, stał niżej od samicy kasty Sivt. Oznaczało to, iż wszelkie odpowiedzialne funkcje oraz stanowiska kierownicze, w tym rządowe, piastowane były przez przedstawicielki płci żeńskiej.
   Dowiedziawszy się tego wszystkiego, ambasador mógł przewidzieć, przez kogo zostanie przyjęty. Ukłonił się niemal natychmiast.
   -   Dziękuję za przyjęcie – rzekł oficjalnie – Jestem ambasador Horatio Olsen, zostałem wysłany przez Radę GTF z misją dyplomatyczną.
   -   Ależ oczywiście – odparła Vaeheis – Proszę się udać ze mną. Strażnicy nie będą panu potrzebni, jest pan bezpieczny.
   -   Wolałbym jednak zatrzymać ich przy sobie – powiedział Olsen, starając się, aby nie zabrzmiało to obraźliwie
   -   Skoro pan sobie tego życzy.
   Ambasador ruszył naprzód, nie czując się zbyt pewnie. Wśród agentów Protektoratu znajdowali się co prawda bardzo skuteczni zabójcy, ale nawet oni nie mogli wskórać wiele w sercu potęgi obcej rasy. Horatio nie darzył Xizarian zbytnim zaufaniem – w końcu nie mieli żadnych powodów, aby traktować ludzi przyjaźnie.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:25:05 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Mardok
VIP
*
Wiadomości: 111



« Odpowiedz #49 dnia: Marca 21, 2010, 05:23:24 pm »

No proszę, nie spodziewałem się że Drake i Harvey wyjdą z tej opresji:P
Zapisane


"Jeżeli przeciwnik gra somewhat 3 Gate 1 base all-in, nie techuj na siłę."
Rafikozor
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #50 dnia: Marca 21, 2010, 06:04:47 pm »

Hmm. Ja bym się spodziewał 8).

Liczyłem, że wkleję od razu resztę, ale znowu limit znaków na post mi to uniemożliwił. W związku z tym finałowy, króciutki fragment dam osobno.
Potem mógłbym się wziąć za nowy tekst, tyle że jak na razie stoi on raczej w miejscu. No i pierwszy jego fragment jest dość długi, więc bez double postingu chyba się nie obędzie.
-----------------------------------------------



* * *

   -   Wie pan, panie ambasadorze – zagadnęła Vaeheis – Że niegdyś w miejscu tych ogrodów znajdował się obóz jeniecki?
   -   Hmmm… doprawdy? – powiedział ostrożnie Olsen, nie wiedząc, jak zareagować
   -   Zgadza się. Było to również jedno z ognisk ogólnoplanetarnej rewolty z 3160 roku, według waszego pomiaru czasowego.
   -   Cóż… wiele się zmieniło od tamtego czasu.
   Bogactwo tutejszej roślinności oraz aura spokoju jakby kontrastowały z tym, do jakiego celu wykorzystywano pierwotnie to miejsce. W ogrodach okalających placówkę było dość duszno i parno. Olsen przechadzał się wytyczoną ścieżką z Vaeheis, konwersując, chociaż to ona mówiła przez większość czasu. Jak dotąd, wciąż nie przeszła do konkretów, jak gdyby rozmyślnie pomijając prawdziwy temat spotkania. To sprawiło, że ambasador na jakiś czas również o tym zapomniał, poświęcając uwagę obserwacji otoczenia. Ogrody były w kilku miejscach poprzecinane wąskimi rzeczkami i sztucznymi zbiornikami wodnymi, stale zasilanymi wodą spływającą z niewielkich wodospadów. Na brzegach rosły monstrualnych rozmiarów kwiaty – tak wielkie, że człowiek mógłby położyć się na nich w całości. Wyraźnie odcinały się one swoją jaskrawą barwą na tle ciemnozielonych, grubych liści. Wszystko wydawało się tu nienaturalnie powiększone względem swoich ziemskich odpowiedników. Pasowali do tego również poruszający się po ogrodach obcy, którzy sprawiali wrażenie przerośniętych owadów. Tu i ówdzie krzątali się uzbrojeni i umundurowani strażnicy z kasty Sivt, oraz pojedynczy osobnicy z kasty Vandian – uskrzydleni, stojący na dwóch nogach i korzystający z czterech chwytnych ramion – którzy zajmowali się najprawdopodobniej pielęgnacją tutejszej flory.
   -   Jeżeli przejdziemy do tamtej wysepki, będziemy mogli spocząć – rzekła Vaeheis, wyrywając Olsena z zamyślenia – Napije się pan czegoś? Może zje?
   -   Chętnie, dziękuję – odparł ambasador, czując, że byłoby niestosowne odmówić
   Kiedy znaleźli się na miejscu, i zajęli siedziska przy niewielkim stole – okrągłym i zdającym się wręcz wyrastać z podłoża, podobnie jak krzesła – Xizarianka odprawiła swoich strażników. Olsen po krótkim namyśle również rozkazał strzegącym go agentom Protektoratu się oddalić.
   -   Miło, że przyjęliście mnie z taką gościną – podjął, starając się być uprzejmy – Ale mimo to chciałbym wreszcie przejść do rzeczy. Moi zwierzchnicy ufają, że ureguluję z wami kilka istotnych kwestii.
   -   Wygląda na to, że wy, Terranie, nigdy nie umiecie czekać – rzekła Vaeheis, jak gdyby chłodniejszym tonem, niż wcześniej – Brak wam subtelności.
   -   Przykro mi, jeśli panią uraziłem.
   Xizarianka milczała przez chwilę, po czym ciągnęła już łagodniej.
   -   Skoro domaga się pan konkretów, bardzo proszę – powiedziała powoli – Już przedtem zapoznawaliśmy się z waszymi propozycjami, i nasze stanowisko nie zmieniło się wiele od tamtego czasu.
   -   Moi zwierzchnicy są tego świadomi – oznajmił Olsen – Wciąż jednak liczą, że z czasem zmienicie swoją bierną postawę w kilku kwestiach. Bądź co bądź, udało nam się zażegnać groźbę konfliktu w latach sześćdziesiątych tego wieku.
   -   Owszem, chociaż niektóre O’Sevite z Nae’seivl wciąż są zdania, że należało was wtedy zaatakować i wymusić bardziej korzystny dla nas pokój – skonstatowała Vaeheis – Wśród nas są nawet zwolenniczki poglądów jeszcze bardziej radykalnych, głoszące, iż należało was podbić, i nadal powinniśmy to zrobić.
   -   Rozumiem – odrzekł Horatio, a jego wcześniejsze obawy jakby ponownie dały o sobie znać – Mam nadzieję, że większość w Nae’seivl wciąż jest nam przychylna?
   -   Na szczęście dla was, tak. Doceniamy, jak bardzo opłacalne jest utrzymanie pokoju, przez wzgląd na technologie, które otrzymaliśmy od was w zamian.
   Owo zagadnienie wzbudziło w Olsenie myśl o Trójkącie Bermudzkim, na którą ambasador westchnął mimowolnie. Prawdą było, że Terranie udostępnili Xizarianom niektóre swoje technologie w zamian za utrzymanie pokoju, jednak wiele zdobyczy technologicznych obcy zagarnęli podczas inwazji na trzy daleko wysunięte terrańskie kolonie – Kronosa, Uranosa i Gaję – zwane potocznie, przez tych, którzy o nich słyszeli, Trójkątem Bermudzkim. Owe światy były mało znane i słabo zaludnione, a to przez wzgląd na fakt, iż stanowiły przede wszystkim bazy wojskowe oraz miejsca usytuowania szeregu tajnych laboratoriów, gdzie dokonywano najbardziej zaawansowanych prac naukowych w całej GTF. Opracowane tam wynalazki zostały w większości zniszczone przez uczonych i personel baz, nie chcących dopuścić, aby te wpadły w ręce zdobywających planety Xizarian, część jednak została i tak zdobyta przez insekty – między innymi technologia broni sonicznej oraz osiągnięcia w zakresie bioniki, których zresztą – jak na ironię – dokonano w oparciu o eksperymenty na samych Xizarianach. Przepadła jednak znaczna część znacznie bardziej zaawansowanych technologii, które przekazywane były obecnie tylko w plotkach i pogłoskach. Olsen słyszał już o najbardziej niewiarygodnym z wynalazków z Trójkąta Bermudzkiego – osławionej bombie grawitonowej, która według opowieści zdolna była do wytwarzania sztucznych czarnych dziur, przyciągających i unicestwiających całe floty.
   -   Cieszę się, że sytuacja jest relatywnie stabilna – powiedział w końcu Horatio – Ale moi zwierzchnicy kazali przekazać wam dalej idącą propozycję. Mianowicie, zawarcie stałego przymierza.
   -   Niestety, ale muszę odmówić w imieniu Kombinatu – rzekła niemal natychmiast Xizarianka – Nie wciągniecie nas w wojny przeciwko koalicji auveliańsko-ildańskiej. Takiej samej odmowy udzieliłam reprezentantom tych imperiów.
   -   Oni… składali wam podobne propozycje? – Olsen wychylił się do przodu na swoim siedzisku, rozszerzając oczy ze zdumienia
   -   Tak jest – potwierdziła spokojnie Vaeheis – Zresztą, oni również wiedzą o takich samych propozycjach, składanych przez was.
   -   Moi zwierzchnicy proponują korzystną ofertę… gotowi są nawet ustąpić z planet, które…
   -   Odpowiedź na tę propozycję brzmi: nie – przerwała Xizarianka – Niezależnie od tego, jak szczodra byłaby wasza oferta.
   -   Może jednak zechcecie rozważyć…
   -   W obecnych warunkach to bezcelowe – ponownie ucięła Vaeheis – Nie wykluczam, że nasze nastawienie w tej kwestii ulegnie zmianie, jeżeli nastąpią jakieś szczególne koniunkcje polityczne, ale w aktualnej sytuacji nie zamierzamy włączać się do konfliktu.
   Ambasador chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zaraz zrezygnował. Odpowiedź jego rozmówczyni nie pozostawiała wątpliwości co do ostateczności dezycji Kombinatu Shazaru oraz sprawującej nad nim władzę Nae’seivl – rady złożonej z przedstawicielek kasty Nimid. W tej chwili koło nich pojawił się jakiś Vandian w surowym, służbowym stroju, ściśle przylegającym do ciała, który postawił na stole tacę z dziwnym naczyniem, przypominającym dzban, oraz dwoma wysokimi szklanicami z nieokreślonego materiału. Insekt nalał gęstego płynu do obu szklanek, po czym oddalił się na skrzydłach.
   -   Skosztuj visetvy, ambasadorze – zaproponowała Vaeheis, biorąc swoją szklanicę i unosząc do góry – Za dalszy pokój pomiędzy naszymi rasami.
   Olsen zgodził się z Xizarianką i równocześnie z nią pociągnął z naczynia. Visetva była słodkawa w smaku i przypominała – choć i tak w niewielkim stopniu – miód pitny. Łatwo wchodziła i wprawiała w przyjemne otępienie.
   -   O ile się nie mylę, to nie jedyna sprawa, w jakiej pan przybył – stwierdziła Vaeheis, odstawiwszy szklanicę
   -   W istocie – rzekł krótko Horatio, który pozwolił sobie na jeszcze jeden łyk trunku, nim kontynuował – Druga, nie mniej istotna sprawa, to propozycja odnowienia traktatów handlowych, dla ułatwienia wymiany towarowej pomiędzy naszymi rasami. Zanim jednak do tego przejdę, chciałbym od razu omówić tę trzecią kwestię.
   -   Mianowicie?
   -   Piratów, którzy łupią statki w sektorze Guvera – powiedział dobitnie Olsen – Mimo że nasza flota wojenna w ciągu ostatniej dekady bardzo się rozrosła, wciąż mamy z nimi kłopoty i nie jesteśmy w stanie zapewnić dostatecznej ochrony konwojom. Niszczymy gniazda tych łupieżców, ale ze zbyt małą częstotliwością. Przypuszczalnie więcej ich powstaje, niż my ich unicestwiamy w tym samym czasie.
   -   Ach, tak – Vaeheis złożyła palce nad stołem w bardzo ludzkim geście – Rozumiem, że prosicie nas o pomoc w tej kwestii?
   -   Jak najbardziej – zgodził się ambasador – Chodzi tu o szeroko pojętą wymianę informacji pomiędzy naszymi wywiadami wojskowymi, wspólne przeprowadzanie zbrojnych akcji, i tym podobne.
   Olsen napił się jeszcze raz. Visetvę – zawierającą bez wątpienia alkohol, bądź podobną substancję – piło się wręcz niebezpiecznie łatwo. Jej wpływ łatwo się potęgował i Horatio zaczynał się wręcz zastanawiać, czy trunek nie ma również właściwości narkotycznych. Na tę myśl przeraził się, i przypomniał sobie momentalnie o ciążącej na nim odpowiedzialności. Przerwał picie, chcąc zachować w pełni trzeźwy umysł.
   -   Wiemy doskonale, że wasza flota handlowa również ma problemy z tymi piratami, a wasze organizacje kupieckie ponoszą duże straty – ciągnął – Ufamy przy tym, że z racji faktu, że tymi piratami są Xizarianie, lepiej wiecie, jak należy z nimi walczyć i gromadzić na ich temat informacje.
   -   Musimy dobrze przemyśleć tę propozycję, ambasadorze – odparła w końcu Vaeheis
   -   Co was wstrzymuje od błyskawicznego podjęcia decyzji?
   -   Mówiąc szczerze, opozycja w radzie – Xizarianka przybliżyła się nieco, mówiąc teraz pojednawczym, jakby konspiracyjnym tonem – Niektóre O’Sevite uważają, że udzielenie wam w tej kwestii poparcia nie jest dla nas korzystne. Ma pan rację, mówiąc, że nasze Sorny – czyli, jak to pan ujął, organizacje kupieckie – ponoszą straty materialne, co godzi w interesy kasty Hosvan i całego Kombinatu. Owe straty są jednak mniejsze, niż wasze. Ci łupieżcy są chciwcami, ale wielu spośród nich kieruje się również swego rodzaju kodeksem honorowym. Unikają ataków na statki xizariańskie.
   -   Rozumiem – rzekł Olsen ze spokojem, chociaż w myślach już czuł głęboki zawód; w gruncie rzeczy, spodziewał się podobnych trudności, żywił wszakże cichą nadzieję, że jednak nie nastąpią – Czy jest coś, co zachęci was do podjęcia decyzji?
   -   Sądziłam, że sam pan przedstawi taką propozycję.
   -   Pierwszym krokiem na drodze do porozumienia może być wspólne atakowanie tylko tych ugrupowań pirackich, które na równi atakują wasze, jak i nasze statki – zaproponował Horatio na rozgrzewkę
   -   Czy to jest propozycja, do której przedstawienia upoważnił pana wasz rząd?
   -   Mój rząd upoważnił mnie do negocjacji. Jestem tylko związany konsultacją z moimi zwierzchnikami przed zatwierdzeniem warunków.
   -   Obawiam się, że tego typu oferty muszą zostać wcześniej omówione w Nae’seivl. Co prawda reprezentuję większość, ale opinie w różnych kwestiach bywają zmienne.
   -   Ufam, że weźmiecie pod uwagę wspólne korzyści, jakie będzie niosła dla nas taka współpraca – rzekł Olsen, przybierając pojednawczy ton – Zniszczymy te ugrupowania, które przynoszą szkody nie tylko nam, ale także i wam, co powinno zadowolić opozycję w waszej radzie. Niewykluczone, że ten pierwszy krok na drodze do szerzej pojętej współpracy, pozwoli wam w późniejszym czasie zaakceptować tę ostatnią, nawet przez sceptyków.
   -   Rozumiem i podzielam pańskie przekonania, niemniej nie docenia pan wrogości, jaką darzą was, Terran, niektóre spośród O’Sevite.
   -   Czyżby było aż tak źle? – zapytał Olsen z niepokojem
   -   Po prostu chcę, aby nie pozostawał pan dogłębnie przekonany, że pańska oferta zostanie przyjęta pozytywnie – odparła ze spokojem Vaeheis – Ale niech pan też nie obawia się z drugiej strony zanadto o wynik dysputy.
   -   Mam nadzieję, że podejmiecie słuszną decyzję – oznajmił Horatio z pewną ulgą – Ta współpraca naprawdę wiele dla nas znaczy. Dla jej późniejszego rozszerzenia gotowi jesteśmy pójść na pewne ustępstwa.
   W tym momencie ponownie zjawił się Vandian, który wcześniej podał im visetvę – tym razem jednak niósł najwyraźniej całą ucztę.
   -   Czy może pan sprecyzować, o jakiego rodzaju ustępstwa chodzi? – zapytała Vaeheis, podczas gdy steward rozkładał na stole naczynia.
   -   Cóż, wciąż są technologie, którymi wy nie dysponujecie, a które skłonni jesteśmy wam przekazać – Olsen uśmiechnął się
   -   Podziwiam wasz spryt w wykorzystywaniu tej zachęty – skonstatowała Xizarianka – Ale osobiście, chciałabym pana ostrzec. Apetyt Kombinatu na wasze technologie wzrasta w miarę ich uzyskiwania. Na razie zadowalają się tymi, które z rozmysłem nam przekazujecie, kawałek po kawałku, ze względu na fakt, że nie będą dla was niebezpieczne w naszych rękach. Lecz nie minie wiele czasu, kiedy będą się od was domagać technologii militarnych.
   -   Prawdę rzekłszy, sami przewidujemy, że może tak się stać – wyznał Horatio – Ale skoro nawet pani wyraziła taką opinię, potraktujemy to tym poważniej. Proszę przyznać, czy otwarcie sympatyzuje pani ze zwolennikami kontaktów z GTF?
   -   Szczerze mówiąc, tak. Ale jestem zdecydowanie przeciwna idei przymierza. W pełni podzielam pogląd, iż nie powinniśmy angażować się w wasze konflikty, a to z pewnością niósłby ze sobą otwarty sojusz.
   -   Pojmuję. Niemniej, w kwestii dalszych ustępstw. Moglibyśmy…
   -   Widzę, że możemy przerwać tę rozmowę – wtrąciła Vaeheis, widząc, że Vandian, który przyniósł tacę z jedzeniem, rozłożył je już w całości na stole – Niech się pan teraz posili, może trochę odpocznie. Negocjacje nam nie uciekną, a jeśli się przeciągną, możemy pana i pańskich strażników bez problemu przenocować w placówce dyplomatycznej. Proszę skosztować tsavila, jego mięso jest podobne w smaku do tego z waszych zwierząt.
   Olsen chciał zaprotestować, ale zrezygnował, sądząc, że tylko urazi tym gospodarzy. Zastanawiał się, czy wszyscy Xizarianie podchodzą tak niefrasobliwie do kwestii związanych z polityką, czy miał po prostu do czynienia z osobliwym wyjątkiem – żadne prace naukowe o tym nie traktowały.
   Bardziej jednak jego uwagę zaprzątnął sceptycyzm Xizarian wobec zwiększenia ich współpracy oraz wrogość członkiń Nae'seivl. Nie zamierzał usprawiedliwiać swoich własnych pobratymców z przeszłości, bowiem wiedział doskonale, że wyrządzili obcym wielką krzywdę, niemniej ufał, że Xizarianie nie będą owej urazy chowali wiecznie. Krótka rozmowa z Vaeheis uprzytomniła mu, że zadanie, jakie przed nim postawiono, może się okazać o wiele trudniejsze, niż zakładano, a problemów z xizariańskimi piratami nie da się tak łatwo zlikwidować.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:26:14 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Mardok
VIP
*
Wiadomości: 111



« Odpowiedz #51 dnia: Marca 22, 2010, 03:23:45 pm »

http://www.youtube.com/watch?v=Z1eFdUSnaQM&feature=player_embedded
patrz, zalazłem filmik ze Sthresianinem :P
Tak na temat samego opowiadania to myślałem że to już będzie trochę dłuższe twór niż pierwsza krew. Masz w planach pisanie książki, czy tylko opowiadaniami będziesz się zajmował?
Zapisane


"Jeżeli przeciwnik gra somewhat 3 Gate 1 base all-in, nie techuj na siłę."
Rafikozor
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #52 dnia: Marca 27, 2010, 01:16:06 am »

patrz, zalazłem filmik ze Sthresianinem :P

Tja, to chyba taki filmik z rodzaju "prawie jak...".

Tak na temat samego opowiadania to myślałem że to już będzie trochę dłuższe twór niż pierwsza krew. Masz w planach pisanie książki, czy tylko opowiadaniami będziesz się zajmował?

Przede wszystkim chcę doszlifować warsztat. Dopiero kiedy to zrobię, wezmę się za pisanie powieści i za próby wydruku.
Owszem, mam w planach pisanie książki, ale pierwsza próba się nie powiodła. Skrobnięta przeze mnie wcześniej powieść oczekuje gruntownego remontu.

No, czas kończyć...
-------------------------------------------------


CIĘŻKI KRĄŻOWNIK „HYDRA”, KLASA MINOTAUR
UKŁAD PLUVIUS
SEKTOR GUVERA


   Komandor podporucznik Henry Drake powoli poderwał się do pozycji siedzącej, poddając próbie sprawności swoją sztuczną prawą dłoń. Reagująca na bodźce i poruszająca poprawnie palcami, pokryta sztuczną tkanką skórną, wyglądała jak prawdziwa, choć z bliska dało się dostrzec detale, wskazujące, iż nie jest stworzoną naturalnie częścią jego ciała.
   -   I jak, komandorze? – zapytał stojący obok oficer medyczny – Wszystko w porządku?
   -   Przypuszczam, że gdyby coś było nie w porządku, zaraz byś to ode mnie usłyszał, podporuczniku – rzekł Drake zgryźliwie
   -   Doskonale. Jest pan zatem wolny. Wiceadmirał Skawiński rozkazał, aby się pan u niego zameldował, kiedy tylko opuści pan szpital.
   Łóżko w lazarecie „Hydry”, które zajmował komandor, znajdowało się tuż koło wejścia, a w drzwiach stał właśnie Barnes, opierający się o ścianę i oczekujący dowódcy. Kiedy Drake się zbliżył, jego pierwszy oficer powitał go przyjaźnie.
   -   Witaj, Henry. To znaczy, panie komandorze – rzekł z uśmiechem, salutując
   Komandor odsalutował Pierwszemu niedbale, spoglądając przed opuszczeniem lazaretu na zajmujących łóżka ludzi. Byli oni w większości wyraźnie wychudzeni, choć z dobrze zarysowanymi mięśniami. Z ich obliczy wyzierało skrajne wyczerpanie, wymieszane z ulgą.
   -   Co to za jedni? – zapytał Drake
   -   Więźniowie Xizarian – odrzekł Harvey – Marines ich odbili z bazy orbitalnej piratów.
   Dopiero teraz Henry zwrócił uwagę na wyraźnie zarysowane na szyi każdego z jeńców blizny – ślady po neuroobrożach – i wzdrygnął się na myśl o nich. Urządzenia owe, mające postać zakładanych na szyje metalowych obręczy, zdolne były do przekazywania bezpośrednio do układu nerwowego impulsów, wywołujących potworny, obezwładniający ból. Pierwotnie neuroobroże były wykorzystywane przez samych Terran wobec członków ras podbitych – w tym Xizarian – w okresie agresywnej ekspansji GTF we wszechświecie. Na ironię losu zakrawał fakt, że urządzenie, które ludzie stosowali do dręczenia innych ras, było teraz wykorzystywane przez jedną z nich przeciwko samym Terranom.
   -   Chodźmy – zarządził Henry, powoli opuszczając lazaret – Mam do ciebie kilka pytań.
   -   Pytaj – rzekł Barnes, krocząc u boku komandora
   -   Jak tam nasz stary niszczyciel? Rozwaliliście go?
   -   Nie – odparł Harvey – Wzięliśmy na hol, na rufowy promień ściągający.
   -   Że niby co? – Drake uniósł brwi
   -   Dokładnie tak. Ten żabojad, komodor dowodzący zespołem, który nam pomógł, nie uznał, aby konieczne było marnowanie sprzętu. Kiedy się dowiedział, że chciałeś spisać „Fajrero” na straty, strasznie się wściekł. Mówił, że nie będzie tolerował takiego marnotrawstwa i niekompetencji, że poda cię do raportu…
   -   Niech podaje – przerwał Henry – Mam to gdzieś. Co oni niby mają zamiar zrobić z tym niszczycielem? Ten okręt to wrak. Ledwie dociągnął na Matthius, a gdyby nie ten atak, robale zrobiłyby z nim jedyną sensowną rzecz: rozebrałyby go na części.
   -   Może to i dobrze, że się uparł, ten komodor – stwierdził ze spokojem Barnes – Odpowiadałbyś za stratę tej krypy, a tak, może ją doprowadzą do stanu używalności. Przecież nie ty będziesz za to płacił, tylko rząd.
   -   Tak, ale nienawidzę gnić w doku przez miesiąc lub dwa – prychnął Drake – Masz może wieści z Shazaru? Odnośnie tej misji Olsena?
   -   Coś na ten temat pisali w biuletynach, ale niewiele. Dopiero rozpoczęli grę wstępną.
   -   Grę wstępną – powtórzył Henry sarkastycznie – Brzmi to wszystko, i w gruncie rzeczy też wygląda… jak… ach, nieważne – komandor machnął ręką – No i co wiadomo jak na razie?
   -   Mniej więcej tyle, że Xizarianie nie są zbyt skorzy do pomocy. Nasz negocjator wysnuł propozycję bardzo ograniczonej współpracy przeciwko tym piratom, ale nawet…
   -   Ograniczonej? – przerwał Drake – To znaczy?
   -   Nie znam szczegółów. Napisali tylko, że „ograniczona”. I wygląda na to, że nawet do takiej formy współdziałania ciężko będzie tych z Shazaru nakłonić.
   -   Po prostu cudownie – Henry wyrzucił ramiona w powietrze – Głowę daję, że oni po cichu sponsorują tych piratów.
   -   Nie kracz, bo jeszcze się okaże, że faktycznie tak jest.
   -   I pewnie jest, niezależnie od tego, czy będę krakał, czy nie – burknął Drake, po czym rozejrzał się dookoła, jakby mógł przeniknąć wzrokiem metalowe ściany – Gdzie my w ogóle jesteśmy?
   -   Na pokładzie krążownika wiceadmirała… – zaczął Harvey z ledwo dostrzegalnym uśmiechem, ale komandor przerwał mu ze zniecierpliwieniem
   -   Dobrze wiesz, o czym mówię, do cholery – warknął – Nie mam nastroju na żarty.
   -   A czy miałeś na nie nastrój kiedykolwiek? – zapytał Barnes z teraz już bardzo wyraźnym uśmiechem
   -   Na pewno tamtego zimowego dnia, kiedy miałem jeszcze piętnaście lat – odparł Drake sarkastycznie – Możesz mi w końcu odpowiedzieć?
   -   To system Pluvius. Stąd wyleciała ekspedycja z zadaniem zniszczenia bazy piratów, którzy nas porwali. Okręty nasze i soreviańskie.
   -   No, tak – mruknął Henry z uznaniem – Sojusznicy, co się zowie, pchają się nawet tutaj. Muszą wciąż czuć się u nas jak u siebie, skoro ledwie kilkanaście lat temu…
   -   Daj spokój – uciął Harvey z rzadko u niego spotykaną irytacją – Narzekasz na nich przy każdej możliwej chwili.
   -   Widocznie tak muszę.
   -   Aha, Drake, chcę cię zapytać o jedną rzecz.
   -   Zazwyczaj w takiej sytuacji podwładny pyta o pozwolenie na swobodną wypowiedź, i podaje stopień – rzekł komandor cynicznie – Ale mów, o co chodzi.
   -   Nadal chcesz zabić tego, kto wpadł na pomysł z dawaniem nam Marines na pokład?
   Henry spojrzał na Pierwszego, który uśmiechał się od ucha do ucha.
   -   Powiedzmy, że jeszcze to przemyślę.


THE END
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:26:46 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Strony: 1 2 3 [4] Drukuj 
« poprzedni następny »