StarCraft Area Strona główna Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Sierpnia 13, 2022, 08:13:58 pm

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
+  StarCraft Area Forum
|-+  Miejsce dla was
| |-+  Artykuły, opowiadania (Moderator: oOldXman)
| | |-+  "Niezdobyte drogi" - military SF
« poprzedni następny »
Ankieta
Pytanie: Jak oceniasz to opowiadanie?
1 - 0 (0%)
2 - 2 (50%)
3 - 0 (0%)
4 - 1 (25%)
5 - 0 (0%)
6 - 0 (0%)
7 - 0 (0%)
8 - 0 (0%)
9 - 1 (25%)
10 - 0 (0%)
Głosów w sumie: 0

Strony: 1 [2] 3 4 Drukuj
Autor Wątek: "Niezdobyte drogi" - military SF  (Przeczytany 28692 razy)
Ranoic
Level 2-5
*
Wiadomości: 24



« Odpowiedz #15 dnia: Października 06, 2009, 08:47:03 pm »

Tego na pewno nie zmienię, bo, jak słusznie zauważyłeś, w języku potocznym ludzie tak mówią. A jakiego innego języka spodziewałbyś się po wojskowych, jak nie potocznego właśnie? Narratorowi, fakt, potocznego języka używać nie wolno, ale postaciom - jak najbardziej.

Mimo wszystko bym unikał.  ;)

Trochę podniosłe miało być, bo Reinhardt mimo wszystko swoją zgorzkniałość i cynizm maskował początkowo kurtuazją. Ale że gość jest, jaki jest (znaczy taki "sukinsyński" i wredny), długo się nie umiał powstrzymać.

Akurat Skawińskiego obebrałem jako sukinsyna. :)

To nie ma znaczenia, kim są. Są nadal pod jego komendą i nazywanie ich podwładnymi lub podkomendnymi nie ma nic wspólnego z obrażaniem czy okazywaniem braku szacunku, jest po prostu stwierdzeniem faktu. Tak samo jak nie jest obrażaniem nazywanie chłopów przez króla poddanymi.
A te jaszczury to już kompletnie nie wiem, skąd wziąłeś. Jeżeli bierzesz tu pod uwagę honor i kurtuazję, to w moim świecie akurat Sthresianie są rasą honorową i kierującą się kodeksem.

Biorę pod uwagę mentalność. To nie jest system feudalny. To jest zespół, a Skawiński jest jego liderem. Jak on traktuje swoich oficerów jak pionki w swoim wielkim taktycznym planie, to co mam o nim myśleć? Tak poza tym jest to jeden z argumentów za tym, że jest sukinsynem :)
Wyobraź sobie, że jesteś w zespole i musicie razem wykonać określone zadanie/projekt. W takiej grupie musi być lider - osoba charyzmatyczna, potrafiąca się obchodzić z ludźmi, o silnej osobowości. Jak byś odebrał kogoś kto by Ciebie nazwał "podwładnym"? Ja bym się zaczął zastanawiać, czy aby na pewno się nadaje na lidera. Takie moje zdanie.

A na temat Pierwszej Krwi nic? :-\

No i zadam ci przy okazji to samo pytanie, które padło już w temacie z Pierwszą Krwią właśnie. Zamierzam mianowicie zmienić nazwę Sthresianie na Sivantianie. Pytam przeto - czy ta druga lepsza?
Z góry mówię (pomny na to, co rzekł Mardok), że u mnie jaszczury NIE syczą.

Dzisiaj dopiero miałem czas na przeczytanie i przeanalizowanie fragmentów, których nie przeczytałem z "Niezdobytych Dróg" i "Pierwszej krwi". Wcześniej nie miałem okazji nawet na chwilę zajżeć na forum. Pozwolisz, że dopiero jutro wieczorem skomentuję "Pierwszą Krew", bo zmęczony jestem, a mam jutro jeszcze wyklady do godz. 18. Muszę jednak powiedzieć, że jest znacznie lepsza od "Niezdobytych Dróg" jak na razie.

Jaszczury nie syczą, a węże :)  Mardok się trochę pomylił. Co do samych nazw. Jedna i druga nazwa jest fajna i ma ciekawą wymowę. To jest jak wybór, czy w SC2 ma być Carrier, czy Tempest (jeden i drugi pomysł jest fajny).
Jednak jestem za Sthresianami. W moim odczuciu ma to bardziej poważny wydźwięk  ;)
Zapisane
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #16 dnia: Października 06, 2009, 09:59:32 pm »

Akurat Skawińskiego obebrałem jako sukinsyna. :)

A to dziwne. Mnie się wydawało, że przedstawiłem go jako cierpliwego człowieka, zachowującego przez większość czasu stoicki spokój wobec jawnie bezczelnego zachowania Reinhardta, który wtrąca się do jego referatu, który przerywa mu cały czas, jakby myślał, że to on i informacje dla niego są najważniejsze, a do tego krytykuje wiceadmirała oraz jego umiejętności - zachowania to bezczelne tym bardziej, że Skawiński jest starszy rangą. Zapewne mniej wyrozumiały od Skawińskiego delikwent nawrzeszczałby na Reinhardta, wyrzucił go po prostu z pokoju, albo też zagroził naganą lub inną tego typu dolegliwością.

Reinhardt z kolei, nie dość, że zachowuje się w tej scenie, jak zachowuje (czyli nie trzyma niewyparzonego języka za zębami), to jeszcze w poprzedniej scenie wychodzi na jaw, że robienie innym przykrości sprawia mu wręcz przyjemność (vide wzmianka o ponurej satysfakcji, jaką poczuł, gdy zobaczył, z jakim przestrachem obserwuje go Grant). To jest nawet jeszcze gorsze, niż zachowanie Drake'a - on jest po prostu porywczy i wkurza się, kiedy ma jakiś powód (nawet błahy). Reinhardt natomiast po prostu lubi innym robić na złość.

Biorę pod uwagę mentalność.

No, to jeszcze lepiej ;D.
Jedną z podstawowych wartości w społeczeństwie sthresiańskim jest braterstwo - najbliższymi osobami w życiu jaszczura z mojego uniwersum są rodzeństwo, przyjaciele, czy też towarzysze broni (natomiast znikomą - by nie powiedzieć, że zerową - rolę odgrywają więzi macierzyństwa czy partnerstwa, które u nich w zasadzie nie istnieją - oni nie łączą się w pary na całe życie, ani nie poświęcają wiele uwagi wychowywaniu potomstwa).

Jak on traktuje swoich oficerów jak pionki w swoim wielkim taktycznym planie, to co mam o nim myśleć? Tak poza tym jest to jeden z argumentów za tym, że jest sukinsynem :)

Odnoszę wrażenie, że odbierasz to w jakiś dziwny sposób. Jakbyś patrzył na wojskowość idealistycznie, z punktu widzenia literatury klasycznej. Jako argument przywołujesz tezy o zespole, podczas gdy w armii żadnych ciepłych stosunków pomiędzy ludźmi różnych rang nie ma - właściwie to często najwyższe stanowiska zajmują największe sukinsyny.
Ale dla pewności zmienię na "oficerów".

Wyobraź sobie, że jesteś w zespole i musicie razem wykonać określone zadanie/projekt.

Ale w takiej sytuacji ów lider nie przewyższa mnie o tyle, że muszę się do niego zwracać obowiązkowo "panie x" - gdzie "x" to odpowiednia ranga - ani nie ma takiej władzy, że może jednym rozkazem zrobić mi... no praktycznie wszystko. Nie wspominając już o tym, że jak taki rozkaz padnie, to muszę go bezwzględnie wykonać, albo ponieść konsekwencje.

Jaszczury nie syczą, a węże :)  Mardok się trochę pomylił.

Jak nie? Gdzie nie szukasz jaszczuroludzi w fantasy czy SF, to oni muszą syczeć, jak mówią, oraz przeciągać głoskę "s". Lizard w komiksach Marvela - syczy. Stegron, z tych samych komiksów, też wszystkie "s" przeciąga. Smoki w Warcrafcie (o książkach mówię) - syczą. Smoki w innych przeczytanych przeze mnie książkach (np. cykl Bazila) - syczą. Lizardfolkowie w Dragonshardzie - syczą. Jaszczury w Armies of Exigo - też. Mriswithy, Slaandri, czy inne - też.
Ja się z tego schematu postanowiłem wyłamać i u mnie Sthresianie nie syczą. Chociaż, jak kiedyś komuś wyznałem, że marzy mi się mod do Dawn of War, dodający Sthresian właśnie, to w przykładowych ich speech'ach literę "s" przeciągałem - ale to tylko dlatego, że ludzie są do syczących jaszczurów przyzwyczajeni, i w takim przypadku by to się w praniu pewnie bardziej sprawdziło.

Jednak jestem za Sthresianami. W moim odczuciu ma to bardziej poważny wydźwięk  ;)

Kurczę, no a mnie się wydaje właśnie ta nazwa już od jakiegoś czasu mało poważna. Jak wymyśliłem ostatnio Sivantian, to się trochę zawiodłem, bo jak na razie mam trzy odpowiedzi, i według żadnej zmiana nie powinna nastąpić.
Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Ranoic
Level 2-5
*
Wiadomości: 24



« Odpowiedz #17 dnia: Października 07, 2009, 05:40:48 pm »

Reinhardt z kolei, nie dość, że zachowuje się w tej scenie, jak zachowuje (czyli nie trzyma niewyparzonego języka za zębami)

Zgadzam się. Jednak w rozmowie ze Skawińskim on sprawia wrażenie, jakby chciał mu się przypodobać (pomijając oczywiście to, że przerywa kilkukrotnie wiceadmirałowi). Skawiński wywarł na mnie takie wrażenie, głównie przez to, że nazywa swoich ludzi "podwładnymi" (traktuje jak pionki). Dlatego odebrałem go jako sukinsyna.

Jedną z podstawowych wartości w społeczeństwie sthresiańskim jest braterstwo - najbliższymi osobami w życiu jaszczura z mojego uniwersum są rodzeństwo, przyjaciele, czy też towarzysze broni (natomiast znikomą - by nie powiedzieć, że zerową - rolę odgrywają więzi macierzyństwa czy partnerstwa[...]

Muszę powiedzieć, że im więcej dostaję od Ciebie informacji o Sthresianach tym bardziej wydaje mi się, że posiadają zagmatwaną mentalność (co zapewne jest spowodowane przyswojonymi przeze mnie wzorcom). Uznają braterstwo, hmm... odpowiedz mi na pytanie: Jakie są dla nich naczelne wartości moralne i etniczne? Pomijając braterstwo, które jest wartością społeczną.

I taka uwaga. Sthresianie są pewnie Twoją ulubioną rasą w całym wymyślonym przez Ciebie uniwersum, a wiesz, że większość autorów tworzy głównych bohaterów/ własne światy, tak aby zgodni/zgodne były z jego przekonaniami? :)

Jako argument przywołujesz tezy o zespole, podczas gdy w armii żadnych ciepłych stosunków pomiędzy ludźmi różnych rang nie ma

Chodziło mi o szacunek między wojskowymi. Salutowanie jest tego przykładem, niższy rangą musi salutować temu z wyższą. Natomiast drugi nie musi. Już na pewno nie może go nazwać podwładnym.

Nie wspominając już o tym, że jak taki rozkaz padnie, to muszę go bezwzględnie wykonać, albo ponieść konsekwencje.

Raczej nie będziesz chciał spółpracować z kimś, kto bez powodu Ci ubliża i lekceważy.

Jak nie? Gdzie nie szukasz jaszczuroludzi w fantasy czy SF, to oni muszą syczeć, jak mówią

Też mi się to nie podoba, ale cóż - taka kultura masowa.

Ja się z tego schematu postanowiłem wyłamać i u mnie Sthresianie nie syczą. Chociaż, jak kiedyś komuś wyznałem, że marzy mi się mod do Dawn of War, dodający Sthresian właśnie

Chciałbyś ich po prostu zobaczyć w akcji :)

Kurczę, no a mnie się wydaje właśnie ta nazwa już od jakiegoś czasu mało poważna. Jak wymyśliłem ostatnio Sivantian, to się trochę zawiodłem, bo jak na razie mam trzy odpowiedzi, i według żadnej zmiana nie powinna nastąpić.

Bywa. Zazwyczaj nazwy, które nie posiadają rymujących się sylab, brzmią poważniej. Sthre-sian takich nie posiada, a Si-van-tian owszem.
Zapisane
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #18 dnia: Października 07, 2009, 10:04:54 pm »

Zgadzam się. Jednak w rozmowie ze Skawińskim on sprawia wrażenie, jakby chciał mu się przypodobać (pomijając oczywiście to, że przerywa kilkukrotnie wiceadmirałowi)

Nie wiem, dlaczego krytykowanie czyichś umiejętności oraz stwierdzanie (nieco tylko bardziej subtelne), iż rozmówca jest gówniarzem, który na niczym się nie zna, jest według ciebie przejawem prób przypodobania się.

Muszę powiedzieć, że im więcej dostaję od Ciebie informacji o Sthresianach tym bardziej wydaje mi się, że posiadają zagmatwaną mentalność (co zapewne jest spowodowane przyswojonymi przeze mnie wzorcom).

Na wzorcach się lepiej nie opieraj. Jaszczury wszelkiej maści znam głównie z systemu D&D i jemu podobnych, ale z tym schematem zerwałem i stworzyłem tę rasę właściwie po swojemu, dając jej w większości przypadków cechy przeciwstawne do tych, które miały jej odpowiedniki z fantasy wszelkiej maści.

Uznają braterstwo, hmm... odpowiedz mi na pytanie: Jakie są dla nich naczelne wartości moralne i etniczne? Pomijając braterstwo, które jest wartością społeczną.

Najprościej mówiąc, bardzo podobne do naszych. Różnica jednak polega na tym, że u nich te normy są o wiele, wiele bardziej powszechne jako kredo i wywierają o wiele większy wpływ na życie obywateli albo i nawet całych struktur gospodarczych czy politycznych.

Mówiąc oględnie, Sthresianie są święcie przekonani, że należą do wyższej rasy. W odróżnieniu jednak od np. nazistów, którzy podobne przekonanie potraktowali jako pretekst do mordowania innych narodów oraz pustych przechwałek o tym, jacy to oni są wielcy, jaszczury uważają, że ciąży na nich – jako istotach wyższych – pewna odpowiedzialność. Stąd narzuciły sobie cały kodeks norm etycznych. Kodeks ów reguluje ich wszystkie dziedziny życia, nie tylko codzienny sposób bycia, ale też reguły dotyczące polityki, działalności gospodarczej, a nawet prowadzenia wojen. Na każdy temat są jakieś moralne prawidła.
Sthresianie są po prostu, jakby to rzec, rasą idealistów, którzy usiłują odgrywać we wszechświecie rolę ostoi prawości i honoru. Naturalnie, tylko część z nich jest „prawdziwie” dobra. Inni wprawdzie się zachowują przykładnie, ale to tylko maska. Są wreszcie też u nich normalni przestępcy, którzy za nic mają postanowienia kodeksu.

No, ale jakby tak spróbować wyodrębnić te wartości najważniejsze, to po pierwsze prawość oraz szerzenie tych zachowań, które są ogólnie rozumiane jako prawe, tolerancja i szacunek wobec innych (w domyśle - takżę innych ras), oraz humanitarność (o, ironio – owo pojęcie jest akurat dla ludzi zarezerwowane:)).
Jest też inna sprawa – Sthresianie są silnie religijni, a dominującą u nich religią jest pewien kult smoków. Postrzega ona smoki jako boskie istoty, stwórców świata i wszystkiego, co na nim żyje, które to smoki stworzyły Sthresian na swoje podobieństwo, jako głosicieli ich praw.
Sthresianie wierzą w istnienie trzech wielkich smoków – Daeriona, Feomara i Saneora – z którymi wiąże się przyjęta ścieżka życiowa. Każdy jaszczur szanuje wszystkich trzech bogów-smoków, ale oddaje szczególną cześć tylko jednemu. Daerion jest smokiem życia i miłości z nim związanej, i patronuje większości Sthresian. Dla jego wyznawców podstawową wartością jest umiłowanie wszelkiego życia.
Feomar z kolei, to smok wojny (może pamiętasz, jak ci Sthresianie na okrętach wojennych wymawiali jego imię), który jest patronem żołnierzy. Wyznawcy Feomara mają z kolei w założeniu realizować ideały średniowiecznych rycerzy, znaczy być waleczni, nigdy się nie poddawać, a przy tym zachowywać poszanowanie dla przeciwnika, być honorowi, nie zabijać bez potrzeby, a już prawdziwymi zbrodniami są atakowanie bezbronnych, cywili, pozostawianie ciężko rannych żołnierzy wroga, żeby się wykrwawiali w męczarniach, krzywdzenie jeńców wojennych, i tak dalej. Jeszcze jedno, co Feomar w myśl ich wiary potępia, to wojny zaborcze – sthresiańska doktryna wojskowa zasadza się na obronie, nie ataku.
Wreszcie jest też Saneor, który jest z kolei smokiem reprezentującym rozum, racjonalizm i równowagę. Jego wyznawcy to głównie wybitne jednostki typu uczeni, naukowcy, artyści, filozofowie (dołóżmy do tego jeszcze jaszczury-studentów, modlących się do Saneora przed egzaminami:)). W ich życiu podstawowe wartości to po pierwsze samodoskonalenie, a po drugie szerzenie wiedzy wśród innych i przekazywanie jej.

Zrozumiałeś coś z tego? :)

I taka uwaga. Sthresianie są pewnie Twoją ulubioną rasą w całym wymyślonym przez Ciebie uniwersum, a wiesz, że większość autorów tworzy głównych bohaterów/ własne światy, tak aby zgodni/zgodne były z jego przekonaniami? :)

Mówisz? Hmmm... może w wielu przypadkach w kwestii Sthresian to się sprawdza, ale raczej nie w tych z religią związanych. W smoki nie wierzę (trudno, żebym wierzył), i ogólnie rzecz biorąc jestem deistą.
No i wydało się... fakt, owszem, Sthresianie to moi ulubieńcy. Tak jak każde inne jaszczury w fantastyce, w grze czy w książce.

Chciałbyś ich po prostu zobaczyć w akcji :)

To fakt, ale tak czy inaczej, obserwować takie jaszczury, jak w walce wręcz łoją Space Marines (i wyprowadzają przeciwko nim te finiszery) byłoby fajnie.
Poza tym, ci Sthresianie, ze swoją fanatycznie wyznawaną religią tudzież ideologią, mogliby się nawet wpasować w to uniwersum Warhammera 40k, gdzie wszystkie inne rasy to też fanatycy ze swoim własnym sposobem myślenia.
Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Ranoic
Level 2-5
*
Wiadomości: 24



« Odpowiedz #19 dnia: Października 10, 2009, 09:05:20 am »

Najprościej mówiąc, bardzo podobne do naszych. Różnica jednak polega na tym, że u nich te normy są o wiele, wiele bardziej powszechne jako kredo i wywierają o wiele większy wpływ na życie obywateli albo i nawet całych struktur gospodarczych czy politycznych.
[...]
Jest też inna sprawa – Sthresianie są silnie religijni, a dominującą u nich religią jest pewien kult smoków. Postrzega ona smoki jako boskie istoty, stwórców świata i wszystkiego, co na nim żyje, które to smoki stworzyły Sthresian na swoje podobieństwo, jako głosicieli ich praw.
[...]
Sthresianie wierzą w istnienie trzech wielkich smoków – Daeriona, Feomara i Saneora
[...]
Zrozumiałeś coś z tego? :)

Zrozumiałem tak -> Idealistyczna rasa, która uznaje siebie za jedną z ras wyższych przy jednoczesnym respektowaniu obowiązku starania się o to miano. Idealiści dążący do doskonałości zarówno w sferze metafizycznej i materialnej. Posiadają trzy bóstwa z czego czczą jedno z nich, a resztę szanują. Zdarzają się jednak "odmieńcy", którzy za nic mają kodeks i działają jedynie pod pozorem wypełniania obowiązku z racji wyższości rasy.

Z uwagi na to iż posiadają tego typu kodeks muszą, żyć w społeczeństwie bardzo zdyscyplinowanym. Sugerując się tym, że ci "odmieńcy" działają pod maską to można rzec, że nie tyle co w zdyscyplinowanym, a nawet pod presją. Presja, może wywierać negatywny wpływ na obywatelach  (chociażby lęk lub strach, który może mieć swoje następstwa w postaci bardziej wstrząsającej), a nawet doprowadzić do fanatyzmu (pomijając to, że można spotkać  fanatyków z wyboru).

Natomiast społeczeństwo, w związku z trzema bóstwami, można podzielić na inteligencję (Saneor), żołnierzy (Feomar) oraz typowych obywateli (Daerion). Ostatni stanowią największy odsetek społeczeństwa. Szanują oni wszelakie przejawy życia (, a miłość?). Powiedziałeś jeszcze, że uznają braterstwo jako tą najwyższą wartość, a macierzyństwo i związki partnerskie nie są przez nich uznawane. Jeśli więc chodzi o przetrwanie gatunku to posiadają odruchy typowo zwierzęce. Nie są znane przez nich takie słowa jak cudzołództwo, zdrada (nie w sensie politycznym). Trudno mi jest wyobrazić i tym bardziej zrozumieć psychikę Sthresianina w relacjach między osobnikami. Większość z nich jest dla siebie nawzajem jak bracia/siostry, a związków między sobą nie uznają… chcesz przez to powiedzieć, że miłość jest rozumiana przez nich jako obowiązek, czy raczej życie w imię doktryny „żyj z pożytkiem dla innych…”?

Sorry, jeśli coś przekręciłem.

Ta rasa jest dla mnie zbyt idealistyczna. Przypomina mi miasto z opowiadania Stevena Eriksona pt. "Zdrowe zwłoki", w którym pokazuje nawet bardzo trafnie spostrzeżenie na temat utopi. Nie wiem, czy miałeś okazje je przeczytać.
« Ostatnia zmiana: Października 10, 2009, 12:57:22 pm wysłana przez Ranoic » Zapisane
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #20 dnia: Października 10, 2009, 08:19:58 pm »

Generalnie tak to wygląda. I tu kilka drobiazgów jeszcze.

Z uwagi na to iż posiadają tego typu kodeks muszą, żyć w społeczeństwie bardzo zdyscyplinowanym. Sugerując się tym, że ci "odmieńcy" działają pod maską to można rzec, że nie tyle co w zdyscyplinowanym, a nawet pod presją.

Nie pomyślałem nawet o tej presji, ale skoro jest, to nawet dobrze. Jakieś skazy na diamencie muszą być. No i nie przesadzajmy też z tą dyscypliną, bo normy kodeksu mają charakter ogólny (podobnie jak te w naszej Konstytucji) i nie mogą być wyłączną podstawą odpowiedzialności cywilnej lub karnej.
Poza tym te reguły są z rodzaju tych pojmowanych jako "dobre", "humanitarne" i "moralne", więc aż tak straszna dyscyplina tu nie jest.

Szanują oni wszelakie przejawy życia (, a miłość?)

Miłość też, ale nie w takiej postaci, o jakiej zapewne myślałeś, pisząc tego posta. Miłość zresztą niejedno ma imię - Zhack do Kaima bardzo silną miłością pałał, ale była to po prostu miłość braterska.

Powiedziałeś jeszcze, że uznają braterstwo jako tą najwyższą wartość, a macierzyństwo i związki partnerskie nie są przez nich uznawane. Jeśli więc chodzi o przetrwanie gatunku to posiadają odruchy typowo zwierzęce. Nie są znane przez nich takie słowa jak cudzołództwo, zdrada (nie w sensie politycznym).

W tym zagadnieniu to już w ogóle jest grubo. Owszem, nieznane im są takie słowa, jak "cudzołóstwo" czy "zdrada". Nieznane im są też słowa "burdel" albo "dom uciech". Z prostego powodu - te pojęcia (jak również instytucje, które określają) nie mają u nich najmniejszej racji bytu.
A to z tego względu, że Sthresianie kwalifikują pociąg seksualny jako prymitywną żądzę ciała, której - jako istoty wyższej rasy - nie powinni folgować. Nie rozmyślają więc w takich kategoriach, jak my, kiedy jeden osobnik patrzy na osobnika płci przeciwnej. Skutkuje to tym, że możesz znaleźć takich Sthresian, którzy mimo osiągnięcia dojrzałości kilkadziesiąt (albo i sto kilkadziesiąt - oni są długowieczni) lat temu, przez całe życie z nikim się nie "bzykali".
Nie rozum tego jednak tak, że są ksenofilami i jeśli już dochodzi między nimi do stosunku z prokreacją (które być przecież muszą, bo w końcu by wyginęli - ale uważają to niemal za zło konieczne), to dzieje się to z udziałem dwóch przypadkowo spotkanych osób. Czynią to osoby sobie nawzajem znane, w okresie rui, ale nie wiąże się to z jakimś zacieśnieniem kontaktów między nimi, ani z zawarciem stałego związku. Jak to się mówi? "Po prostu pozostańmy przyjaciółmi".

Co, chore to wszystko? No kurczę, mimo wszystko Sthresianie są, ordynarnie mówiąc, ufolami - wypadałoby, żeby się czymś od nas różnili. Poza tym tego typu szczegółom nie poświęcam wiele uwagi, i rozmaite detale będą się pewnie w zakresie "konceptualnym" zmieniały.

Większość z nich jest dla siebie nawzajem jak bracia/siostry, a związków między sobą nie uznają… chcesz przez to powiedzieć, że miłość jest rozumiana przez nich jako obowiązek, czy raczej życie w imię doktryny „żyj z pożytkiem dla innych…”?

"Związki" i "miłość" nie odnoszą się tylko do związków między panami a paniami, takimi, których owocem są dzieci. I nie, raczej nie rozumieją miłości jako obowiązek, bo fakt, że Zhack nie pozbierał się po śmierci brata mimo upływu odeń kilkunastu lat, nie wynika raczej z tego, że czuje dyshonor w związku z niedopełnieniem powinności - raczej z tego, że czuje się winny z tego względu, że zabił kogoś, kogo prawdziwie kochał, jak nikogo innego na świecie. I to, że kochał innego faceta, nie znaczy, że jest gejem - po prostu kochał go tak, jak można kochać brata. Na dodatek o wiele bardziej, niż ludzie są w stanie to robić.

Sorry, jeśli coś przekręciłem.

Ależ nie przepraszaj. Teraz to ja z niepokojem oczekuję twojej reakcji na powyższe teksty.

Ta rasa jest dla mnie zbyt idealistyczna. Przypomina mi miasto z opowiadania Stevena Eriksona pt. "Zdrowe zwłoki", w którym pokazuje nawet bardzo trafnie spostrzeżenie na temat utopi. Nie wiem, czy miałeś okazje je przeczytać.

Czytać nie czytałem. Ale na wykreowaniu silnie idealistycznego społeczeństwa właśnie mi zależało. Raz, żeby nie odbierało się takiej rasy jako "złej" z tego względu, że nas podbiła. Dwa, żeby mieć możliwość stworzenia rozważań pod tytułem, czym tak naprawdę jest człowieczeństwo (te jaszczury miały go, jakby nie patrzeć, dużo więcej, niż ludzie, którzy im atakowali rodzimą planetę, i niszczyli na równi bazy wojskowe i miasta z bezbronnymi cywilami). Trzy, bo Sthresianie są jedną z ras, które się w jednym aspekcie (właśnie moralnym) zbliżyły do starożytnych. Ale ci starożytni to już inna bajka.
Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Ranoic
Level 2-5
*
Wiadomości: 24



« Odpowiedz #21 dnia: Października 16, 2009, 09:14:16 pm »

[...]nie mogą być wyłączną podstawą odpowiedzialności cywilnej lub karnej.[...]

Ja myślę, że jednak jest pewna dyscyplina. Może nie pod względem kar za nie przestrzeganie tego kodeksu, a wytworzona przez samo społeczeństwo. Nie wiem do czego mógłbym porównać podmiot, aby było to porównanie w pełni klarowne, choć można to porównać do pewnego rodzaju "wytykania palcem" przez społeczeństwo, ubliżania z powodu pogwałcenia kodeksu, a nawet wyrzuty sumienia osoby, która się dopuściła złamania jednej z zasad (nie mówiąc już o większej ich liczbie). Może doprowadziłoby to do utraty szacunku/zaufania do danych osób, dopóki nie odpokutują/naprawią swoich błędów. Istnieje jednak presja w społeczeństwie, ponieważ im zależy na tym by dobrze czynić.

Pisząc powyższe słowa opierałem się na tym, że rasa jest świadoma swej wyższości (i większość dąży do uznania pod tym względem) i posiada jednak ten kodeks (myślę, żę słowo "Konstytucja" nie oddaje w pełni wagi owego kodeksu dla kultury Sthresian).

Co, chore to wszystko? No kurczę, mimo wszystko Sthresianie są, ordynarnie mówiąc, ufolami - wypadałoby, żeby się czymś od nas różnili. Poza tym tego typu szczegółom nie poświęcam wiele uwagi, i rozmaite detale będą się pewnie w zakresie "konceptualnym" zmieniały.

Nie jest chore, ale nawet pod pewnymi względami przypominają pewne typy ludzi (jak na razie).

I nie, raczej nie rozumieją miłości jako obowiązek, bo fakt, że Zhack nie pozbierał się po śmierci brata mimo upływu odeń kilkunastu lat, nie wynika raczej z tego, że czuje dyshonor w związku z niedopełnieniem powinności - raczej z tego, że czuje się winny z tego względu, że zabił kogoś, kogo prawdziwie kochał, jak nikogo innego na świecie.

Przytoczyłeś mi fakt ze swojego uniwersum, o którym nie mam nawet zielonego pojęcia. Nie będę wnikał kto, kogo, gdzie i dlaczego...

Wnioskuje, że miłość reprezentowana przez Sthresian jest bardzo silna, lecz zależności między osobami są dokładnie określone przez kulturę i tradycję. Po prostu pewne jej rodzaje nie mogą wystąpić ze względu (w szczególności) na tradycję, która miała bardzo duży wpływ na ich mentalność. Wnioskuje również, że owe obyczaje są dla Sthresian dość istotne w rozwoju duchowym (dodając do tego "poczucie wyższości rasy"), które doskonali się przez pokolenia.
Chcą odrzucić jak najwięcej niedoskonałości, co ma również niemały wpływ na ich dyscyplinę w społeczeństwie. Nie mówię jednak, że siebie nawzajem karzą za błędy i grzechy, ponieważ najwyższą karę już i tak sobie dał ten kto to popełnił niezgodnie z kodeksem (co już wcześniej podkreśliłem).


Trudno jest się czegoś domyślić o społeczestwie, o którym się praktycznie nie wie czegokolwiek.
Powiedziałeś, że nie dobracowywałeś szczegółów jeśli chodzi o rasę jako społeczeństwo, więc o ich filozofię nie będę pytać. Chyba, że o tym pomyślałeś (?)  :)

[...] żeby nie odbierało się takiej rasy jako "złej" z tego względu, że nas podbiła.
[...] żeby mieć możliwość stworzenia rozważań pod tytułem, czym tak naprawdę jest człowieczeństwo

W rozważaniu tych przedmiotów (szczególnie człowieczeństwa) musiałbyś opisać głebiej psychikę tej rasy poczynając od podstaw, czyli ich rozumowania, co jest uzależnione w dużym stopniu od tradycji. Teoretycznie musisz poświęcić trochę czasu na szczególiki składające się na całe społeczeństwo. Problemy egzystencjalne muszą być opisywane szczegółowo, aby były w pełni zrozumiałe. Okrutne, czyż nie?
Zapisane
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #22 dnia: Października 17, 2009, 05:19:01 pm »

Pisząc powyższe słowa opierałem się na tym, że rasa jest świadoma swej wyższości (i większość dąży do uznania pod tym względem) i posiada jednak ten kodeks (myślę, żę słowo "Konstytucja" nie oddaje w pełni wagi owego kodeksu dla kultury Sthresian).

No cóż, racja – w centrum (acz nie jest to jedyny decydujący czynnik) jest owa duma z siebie i swojej rasy. I to ona jest motorem wielu ich postępowań. Jako że mają mentalność inną, niż my, to owa duma określa u nich nie tylko ich stosunek do innych ras (tu jest w sumie różnie – dominują ci nastawieni po prostu protekcjonalnie, są też ci, którzy po prostu szanują, oraz ci, którzy gardzą), ale też powoduje właśnie to wewnętrzne poczucie praworządności (albo też po prostu z nim współgra, i to właśnie powoduje, że są w ogóle zdolni – jako rasa – do przyjęcia takiej postawy).

Mówisz tu poza tym o statystycznym Sthresianinie. Ci, którzy łamią normy kodeksu, bo mają je w głębokim poważaniu (a są tacy), mają też w równie głębokim poważaniu całą tę społeczną presję. Zwłaszcza, jeśli zajmują jakieś wysokie stanowisko. Weźmy na przykład takiego Saiera (gość nie pojawił się jak dotąd w żadnym opowiadaniu – to był jeden ze sthresiańskich generałów, który dowodził siłami okupacyjnymi na jednej z terrańskich kolonii i... no cóż, stosował tam okrutne represje, wbrew normom kodeksu oraz dyrektywom Najwyższej Rady Wojskowej SVS), albo też dotąd nienazwanego przeze mnie oficera śledczego SNNTM (który torturował wspominanego wcześniej kilkakrotnie Zhacka, a wśród przygotowanych przez niego atrakcji było, oprócz zwykłego bicia w wykonaniu dwóch przybocznych, zdzieranie skóry z ramienia, albo też przyniesienie na przesłuchanie obcęg, żeby Zhackowi po kolei powyrywać wszystkie siedemdziesiąt dwa zęby). Ci goście, choć sprawiedliwość ich w końcu dotknęła, sami raczej zbytnio sumieniem dręczeni nie byli.

A ci normalni Sthresianie, gdy czują się winni z powodu złamania kodeksu, to w sumie trochę jak ludzie, którzy się wstydzą tego, że coś ukradli. Z tym, że oczywiście poczucie praworządności u Sthresian jest silniejsze, a zatem silniejsze jest też w takim układzie spraw poczucie hańby. Ale, jak już mówiłem, normy kodeksu sthresiańskiego mają charakter ogólny, co oznacza, że nie da się ich łamać, tak jak się łamie określone artykuły i paragrafy w kodeksie cywilnym, gdzie jest wszystko szczegółowo ustanowione.

Nie jest chore, ale nawet pod pewnymi względami przypominają pewne typy ludzi (jak na razie).

Ale – to, co u nas się tyczyć może tylko pewnych typów ludzi, u nich jest normalne.

Przytoczyłeś mi fakt ze swojego uniwersum, o którym nie mam nawet zielonego pojęcia. Nie będę wnikał kto, kogo, gdzie i dlaczego...

Zhack to jaszczur, który pojawił się w napisanej przeze mnie jakiś czas temu powieści. Jest zabójcą z Genisivare. Opis tej konkretnej postaci znajdziesz akurat tu, na forum:
http://forum.scarea.pl/index.php?topic=366.0

Ostatni post w temacie.

Wnioskuje, że miłość reprezentowana przez Sthresian jest bardzo silna, lecz zależności między osobami są dokładnie określone przez kulturę i tradycję.

Nieee. Jest bardziej tak, że w tej materii to ich mentalność wpłynęła na ustanowione na ów temat normy kodeksu, a nie odwrotnie. Po prostu oni z natury silniej odczuwają miłość braterską, niż taką, jako którą my ją na ogół rozumiemy.

Powiedziałeś, że nie dopracowywałeś szczegółów jeśli chodzi o rasę jako społeczeństwo, więc o ich filozofię nie będę pytać. Chyba, że o tym pomyślałeś (?)  :)

Nie, jeszcze nie.

W rozważaniu tych przedmiotów (szczególnie człowieczeństwa) musiałbyś opisać głebiej psychikę tej rasy poczynając od podstaw, czyli ich rozumowania, co jest uzależnione w dużym stopniu od tradycji. Teoretycznie musisz poświęcić trochę czasu na szczególiki składające się na całe społeczeństwo. Problemy egzystencjalne muszą być opisywane szczegółowo, aby były w pełni zrozumiałe. Okrutne, czyż nie?

Ciężko z tego względu, że oni mimo wszystko różnią się osobowością i każdy ma inne podejście i inaczej układa sobie światopogląd, nie wykraczając oczywiście poza ramy kodeksu.

Ciężko też powiedzieć, czy zachowują się, jak zachowują, bo faktycznie tacy są, czy tylko po prostu maskę założyli. Ot, weźmy większość jaszczurów ze wspomnianej wcześniej powieści (tej, w której Zhack był). Wszyscy są wobec ludzi bardzo uprzejmi, ugodowi, cierpliwi, tolerancyjni, i tak dalej. Był jednak wśród nich niechlubny wyjątek w postaci faze Thiera, żołnierza ze Strażników, który wcale swoich poglądów nie krył na temat ludzi. Były tu dwie kluczowe sceny – pierwsza, kiedy wskutek pewnego zbiegu okoliczności Terranie i Sthresianie na krótko stanęli przeciw sobie, a pewne ich oddzielone od jednostek oddziały rzuciły się sobie do gardeł. Nie pozabijali się, tylko po prostu obezwładnili, ale kiedy doszło później do wymiany zdań, to Thier był najbardziej agresywny (powiedział przykładowo do jednego z ludzi „zamknij się, ty niedomleczony ssaku”), podczas gdy inne jaszczury starały się po prostu załagodzić sytuację. Była też nieco inna scena, na pokładzie terrańskiego okrętu, kiedy Thier omal nie wdał się w bójkę z jednym z ludzi, i gdy inni Sthresianie usiłowali go odeń odciągnąć, na głos mówił, co o Terranach myśli. W takiej sytuacji można sobie zadać pytanie – ilu jest Sthresian podobnie jak Thier myślących, ale to ukrywających. Ilu z nich uśmiecha się do ludzi tylko dlatego, bo uważa, że tak należy, ale w głębi myśli sobie coś pokroju „cholerny mlekojad”, albo „morderca i barbarzyńca”.
Z przeciwnego bieguna jest kolejny jaszczur z powieści, derian Dheon Iravezan, który odnosił się do ludzi przyjaźnie, ale był w tym absolutnie szczery. Co więcej – o dziwo – wcale nie wierzył, że należy do wyższej rasy. Czyli większość Sthresian nosiła maski. Tylko Thier i Dheon ich nie nosili, i byli szczerzy. No więc ilu dzieliło poglądy jednego, a ilu drugiego? Można tylko domniemywać, że tych drugim było więcej, bo poczucie praworządności leży w naturze Sthresian.

Poza tym, jeśli już omawiać mentalność Sthresian, nie należy zapominać o tym, że obok rozumu znaczną w niej rolę – o wiele większą, niż u nas – pełnią instynkty. Owe instynkty odzywają się zawsze, jeśli tylko jaszczury odczuwają silne emocje. Sthresianie z reguły te instykty tłumią (zwłaszcza wyznawcy Saneora – ich celem jest całkowite ich wyciszenie), ale inaczej ma się sprawa z żołnierzami – oni starają się z nimi oswoić i wykorzystywać je w walce. Dzięki instynktom bowiem, uodparniają się na strach (skutkiem czego graniczy z cudem złamanie ich morale w bitwie, bo jak się ich wybija jednego po drugim, to z reguły zamiast się bać, robią się tylko jeszcze bardziej wściekli – także z tego względu, że żałują śmierci towarzyszy broni i chcą ich pomścić) i dodają sobie animuszu oraz wewnętrznej siły. Ale starają się też łączyć te instykty z racjonalizmem, by wciąż pozostawać w pełni władz umysłowych, i niejako balansują na krawędzi. To, co zrobiła Kilena w „Pierwszej Krwi”, to był upadek z owej krawędzi – instykty zupełnie ją opętały, skutkiem czego chwilowo straciła w ogóle zdolność myślenia. W takim stanie Sthresianie po pierwsze stanowią zagrożenie nie tylko dla wrogów, ale też dla przyjaciół, a po drugie, „zapominają” o szkoleniu, skutkiem czego diabli biorą ich spryt oraz trening w wyrafinowanych sztukach walki, zostaje tylko bezrozumny szał i brutalna siła. Akirni rozmyślnie wprowadzają się w gniew, gdyż dzięki temu lepiej sobie radzą w walce, ale kontrolują to, żeby się w tym bitewnym gniewie nie posunąć za daleko.
Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Ranoic
Level 2-5
*
Wiadomości: 24



« Odpowiedz #23 dnia: Października 20, 2009, 08:52:52 pm »

A ci normalni Sthresianie, gdy czują się winni z powodu złamania kodeksu, to w sumie trochę jak ludzie, którzy się wstydzą tego, że coś ukradli. Z tym, że oczywiście poczucie praworządności u Sthresian jest silniejsze, a zatem silniejsze jest też w takim układzie spraw poczucie hańby. Ale, jak już mówiłem, normy kodeksu sthresiańskiego mają charakter ogólny, co oznacza, że nie da się ich łamać, tak jak się łamie określone artykuły i paragrafy w kodeksie cywilnym, gdzie jest wszystko szczegółowo ustanowione.

Wiem, złamanie jednej z zasad kodeksu Sthresiańskiego nie jest karane, lecz zastanawiam się nad pewnym zjawiskiem:
Jeśli któryś z obywateli, z pełną premedytacją, nie będzie chciał wypełniać nakazów zawarych w kodeksie to nie będzie ukarany za jawne lekceważenie przyjętych norm? Mówię o wyjątkach (i przypadku skrajnym). Czy jest coś takiego możliwe?

Ale – to, co u nas się tyczyć może tylko pewnych typów ludzi, u nich jest normalne.

Tak, z perspektywy współczesnego człowieka jest to chore. Jednak wiem, że w ich społeczeństwie jest uzasadnione takie postępowanie. Uznanie przez Sthresian braterstwa jako tej najwyższej formy miłości usprawiedliwia ich jak na razie.
Jednak powstaje kolejne pytanie, skąd się wziął u nich taki pogląd?

Opis tej konkretnej postaci znajdziesz akurat tu, na forum

Fajna charakterystyka. Gdybym miał opisywać własną postać napisałbym ją w podobnej formie.

Nieee. Jest bardziej tak, że w tej materii to ich mentalność wpłynęła na ustanowione na ów temat normy kodeksu, a nie odwrotnie. Po prostu oni z natury silniej odczuwają miłość braterską, niż taką, jako którą my ją na ogół rozumiemy.

W takim razie jaką rolę odgrywa u nich kultura i tradycja?
Myślę, że najpierw się formowały ów elementy społeczeństwa zanim przeszli do stworzenia jednolitych zasad Kodeksu, wedle których będą postępować. Jestem niemalże pewien, że Sthresianie (tak samo jak i ludzie) najpierw byli prymitywni, a później zaczeli się rozwijać. Też w pewnym momencie dochodzą do nich myśli o problematyce egzystencjalnej i tworzą kodeks. Tylko, że fakt "wyższości rasy" zostaje właśnie w tym momencie ukształtowany. Mogło to nastąpić z różnych powodów.
Możliwe, że byli (i są nadal) najbardziej zaawansowaną technologicznie rasą w galaktyce, czy nawet w większości uniwersum i to wpyłnęło na utworzenie poczucia wyższości. Równie możliwe jest to, że ich kultura i tradycja były tak rozwinięte, że obyczaje obcych istnień na sąsiednich planetach były primitywne w porównaniu do nich lub uważali je za mniej doskonale - tyczyć może się to zarówno przyjętych filozofii.

Jeśli chodzi o prokreację to są częściowo jak zwierzęta, co musiało się przez bardzo długi okres czasu utrzymywać. Tego elementu w obecnym społeczeństwie nie zmienili istotnie.

Ciężko z tego względu, że oni mimo wszystko różnią się osobowością i każdy ma inne podejście i inaczej układa sobie światopogląd, nie wykraczając oczywiście poza ramy kodeksu.

[...]Dzięki instynktom bowiem, uodparniają się na strach (skutkiem czego graniczy z cudem złamanie ich morale w bitwie, bo jak się ich wybija jednego po drugim, to z reguły zamiast się bać, robią się tylko jeszcze bardziej wściekli – także z tego względu, że żałują śmierci towarzyszy broni i chcą ich pomścić) i dodają sobie animuszu oraz wewnętrznej siły. Ale starają się też łączyć te instykty z racjonalizmem, by wciąż pozostawać w pełni władz umysłowych, i niejako balansują na krawędzi.

Każdy ma inny światopogląd, ale niekoniecznie musi posiadać wyróżniający się system wartości (co ustala Kodeks). Może być tak, że jeden Sthresian będzie uznawał ludzi, inny natomiast przeciwnie, ale ich wspólną wartością będzie szacunek do innych ras. Ten drugi wcale nie musi się z tym kryć, że uważa ludzi za słabszych, czy gorszych jednak szanuje ich istnienie.

Działanie pod maską natomiast uważam za jawne pozorowanie wypełniania Kodeksu, ale kiedy nikt nie patrzy na taką osobę to robi ona po swojemu. Thier jest wyjątkiem, ponieważ nie kryje swoich poglądów, ale posiada zupełnie inny system wartości (w tym przypadku np. szczerość jako element).

Co do instynktów. Człowiek wiadomo jak reaguje na strach - również strachem. I człowiek może być odważny (odwagę rozumiem jako umiejętność działania mimo strachu, co nie wyklucza samego lęku osoby). Natomiast Sthresian nie. Posiada taki system, który go napędza - reaguje na strach złością (lub czymś tego pokroju). W sumie otrzymują ten sam efekt - skok adrenaliny i jeżeli nie będą umieli sobie poradzić ze strachem to człowiek zacznie panikować, a Sthresian zacznie szaleć z wściekłości. Tylko, że jaszczur wtedy nie kontroluje tego co robi...
Nie wiem co lepsze. Raczej zależy to od okoliczności.


W każdym bądź razie może być ten fakt uzasadnieniem tego, że część Sthresian działa pod maską. Są po prostu bardziej zwierzęcy od swoich braci. :)
Jak będziesz opisywał ich światopogląd to uzależnij go od systemu wartości zawartego w kodeksie. Uważam, że on jest bardziej rozpowszechniony w społeczeństwie niż model Sthresianina działający "pod maską", który może stanowić pewien odsetek.
« Ostatnia zmiana: Października 20, 2009, 09:00:57 pm wysłana przez Ranoic » Zapisane
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #24 dnia: Listopada 08, 2009, 01:22:12 am »

No, wklejam wreszcie nowy kawałek. Może w końcu uda mi się napisać całość opowiadania, i wziąć się za następne.

Z nowego kawałka nie jestem zbytnio zachwycony, ale spróbujmy. Ostrzegam przy tym, że w drugim jest trochę wulgaryzmów. W razie czego gotów jestem na dyskusje z adminem o ich pozostawienie, nie umieszczam ich bowiem bez kozery.

----------------------------------------------------------------



REJON RAPHAELA IV
UKŁAD RAPHAEL
SEKTOR GUVERA


   Pośród wszechobecnego oceanu ciemnej czerwieni, którego postać przybierała przestrzeń kosmiczna wewnątrz nadprzestrzeni, dało się już z łatwością odnaleźć niewielki rój statków. Nie były do tego nawet potrzebne sensory.
   Satva obserwował z rosnącym podnieceniem, jak terrańskie statki rosną mu w oczach. Mocniej naparł przednimi odnóżami na oplatające je macki, przekazując do jaźni swojego biomyśliwca polecenie, aby zwiększył prędkość. To samo uczyniły jednostki kierowane przez jego towarzyszy, jak poinformował go biokomputer, wysyłając przekaz wprost do mózgu.
   Chwilowo przemknęło Satvie przez myśl, że ich łup będzie dziś niewielki, ale mimo to pozostawał niewzruszony. Nie opuszczało go też ani chwili podniecenie – był nowicjuszem w piątym roju łupieżczym, zaś dzisiejsza misja stanowiła jednocześnie jego chrzest bojowy. Starał się pozostawać skupiony, jako że nadmierne emocje utrudniały kontrolę nad myśliwcem – bioniczna jaźń statku odbierała je i nie potrafiła rozpoznać, co wywoływało zamęt w biokomputerze. Było to jednak takie trudne. Wkrótce znajdzie się tam, razem z innymi, i będzie zabijał. Wkrótce zwyciężą – zdobycz była przecież łatwa, jako że Terran było niewielu i nie mieli również dobrej osłony. Satva, choć pożądał chwały, był nawet zadowolony z tego, że tak słabi przeciwnicy posłużą mu jako cele ćwiczebne w jego pierwszej walce.
   -   Przygotować się, D’Tverni – Satva bardziej poczuł w głowie, niż usłyszał, komunikat od dowódcy roju, Vrisa – Wkrótce nastąpi kontakt z wrogiem, bądźcie gotowi do rozbicia szyku. Nikogo nie oszczędzajcie.
   Satva pomyślał z rozbawieniem, iż nawet przez chwilę nie miał takiego zamiaru, nim rzucił się w wir walki.
   Walka owa, zgodnie z przewidywaniami jego i pozostałych, okazała się łatwa. Konwój terrański był niewielki i składał się z ośmiu frachtowców. Towarzyszyły im dwa niszczyciele i jeden lekki lotniskowiec. Ten ostatni z pewnością pełen był wrogich myśliwców, co w gruncie rzeczy odpowiadało Satvie. Pomyślał, że z przyjemnością je pokona.
   Biomyśliwce zaatakowały błyskawicznie, odpalając w kierunku wrogich jednostek torpedy we wstępnym natarciu, i natychmiast wprowadzając zamęt. Dobrze uzbrojone okręty wojenne otworzyły, co prawda, ogień niemal od razu, ale był on niecelny i pozbawiony koordynacji. Satva najpierw obserwował z satysfakcją, jak dwie odpalone przez niego torpedy wbijają się w kadłub jednego z niszczycieli, powodując potężne eksplozje, a następnie przeleciał na pełnej prędkości wzdłuż kadłuba nieprzyjacielskiego okrętu, dając upust swojej brawurze i drwiąc z dział laserowych, które usiłowały go zestrzelić. Wszystkie strzały przecinały nieszkodliwie próżnię za dyszami silników jego biomyśliwca.
   Jego pewność siebie nie udzielała się jednak najwyraźniej wszystkim członkom roju, jako że wkrótce bioniczny komunikator przekazał mu do głowy kolejną wiadomość Vrisa, w której pojawił się tym razem ton skargi.
   -   Przestań, Satva. Nie lekceważ ludzi. Nie dopuść do tego, abyś pewnego dnia zapłacił za swą brawurę.
   Młody Xizarianin przekazał dowódcy, iż przyjął jego słowa do wiadomości, po czym zmienił kurs, kierując się tym razem w stronę lotniskowca. Na chwilę tylko zwolnił, przelatując obok jednego z frachtowców, by posłać mu serię strzałów w silniki. Nieopodal zjawił się też Ritsa, również otwierając ogień w stronę frachtowca, i poprawiając torpedą, która poważnie uszkodziła mu układ napędowy.
   -   Uważaj, Ritsa – Satva przekazał ostrzeżenie, zbliżywszy się już do lotniskowca i dostrzegłszy eskadrę myśliwców, które już wystartowały i część z nich podchodziła z wyraźnym zamiarem zaatakowania jego i przyjaciela – Oni już tu są.
   -   Robią się w tym coraz szybsi – stwierdził Vris, który również usłyszał komunikat Satvy – Kiedy walczyłem z nimi w Ophielu, tak długo na nich czekałem, że w końcu sam wleciałem do hangaru i zrobiłem z nimi porządek.
   Satva udał się w ślad za Ritsą, dołączając jednocześnie do wrzawy rozbrzmiewającego w eterze xizariańskiego odpowiednika śmiechu. W chwilę później dołączył do nich Nvir, a zaraz potem Vils. Wyszli na spotkanie w luźnym szyku, ośmiu ludzkim myśliwcom. Terranie mieli przewagę dwa do jednego, a pozostałe biomyśliwce z roju Vrisa były na razie zajęte uszkadzaniem napędów frachtowców, lecz Satva był i tak przekonany, że on i jego towarzysze zwyciężą.
   Z mocnym postanowieniem utrzymania się w tym przekonaniu, wziął na cel lecący wprost na niego myśliwiec. Wszystko zależało teraz od tego, kto pierwszy trafi przeciwnika i kto okaże się szybszy. Zwyciężył Satva, który posłał przeciwnikowi serię, nim ten zdołał oddać choćby jeden strzał. Poważnie trafiony terrański myśliwiec zreflektował się i usiłował zejść mu z celownika, ale była to daremna próba – Satva z łatwością skorygował kurs i oddał kilka kończących strzałów. Ludzki statek przeleciał jeszcze krótki dystans, ciągnąc za sobą wstęgę dymu, nim eksplodował.
   Świadomość, że właśnie pokonał swojego pierwszego przeciwnika w prawdziwej walce, rozgrzała Satvę i dodała sił. Nie chcąc tracić czasu, ponownie wprawił w ruch oplatające jego przednie odnóża macki, które miały bardzo czułe receptory i działały jak stery. Zakręcił ostro, kierując się w stronę, gdzie udały się ocalałe myśliwce. Były ich już teraz tylko cztery, jako że Ritsa, Nvir i Vils również pokonali wychodzących im naprzeciw wrogów. To pokrzepiło Satvę jeszcze bardziej.
   -   Fregaty są w drodze – oznajmił Virs – Niebawem zajmą się tymi niszczycielami.
   -   Niech zostawią tego trochę dla nas! – zaprotestował Ritsa żartobliwie
   -   Spokojnie, D’Tverni. Możecie zachować dla siebie wszystkie terrańskie myśliwce. Postaram się wstrzymać atak fregat na lotniskowce, jak długo się da.
   Satva miał nadzieję, iż dowódca roju fregat usłucha takiego żądania Vrisa. Bardzo chciał strącić dzisiaj jak najwięcej Terran i dowieść swej wartości. Im wyższy był jego prestiż w związku z odnoszonymi sukcesami, tym większe zyskiwał poważanie w grupie łupieżczej i tym większe mógł dla siebie zagarnąć łupy. Z tą myślą ruszył w pogoń za jednym z ocalałych z pierwszego pogromu wrogich myśliwców, który manewrował rozpaczliwie, wyraźnie chcąc przed nim uciec. Satva drwił jednak z jego prób, jako że cały czas siedział mu na ogonie. Ludzki pilot zbliżył się do jednego z niszczycieli, lecąc niebezpiecznie blisko górnego pancerza i licząc najwyraźniej, że strzelająca gdzie popadnie lekka artyleria laserowa zestrzeli śledzący go piracki biomyśliwiec. Była to jednak złudna nadzieja. Satva wycelował dokładnie w umykającego nieprzyjaciela, i przesłał do jaźni swojego statku jednoznaczne polecenie.
   Ognia.
   Satva wydał z siebie sycząco-szeleszczący odgłos, pełen triumfu i satysfakcji. Oto zwyciężył kolejnego wroga, pokonując go równie łatwo, jak poprzedniego.
   Jednakże o mało nie przypłacił tego zwycięstwa i związanej z nim dumy własnym życiem. Miał już zmienić kurs, by oddalić się od niszczyciela i poszukać nowych przeciwników, ale dosłownie w chwili, kiedy skręcał swoim myśliwcem, otrzymał od tyłu kilka strzałów, z których na szczęście tylko jeden trafił, nie czyniąc mu nawet szkody. Satva zorientował się, że podczas gdy on ścigał jednego Terranina, inny podjął próbę zaatakowania go od ogona. Gdyby młody Xizarianin ścigał swoją ofiarę tylko chwilę dłużej, byłby już martwy. Ledwość, z jaką uniknął śmierci, nieco go otrzeźwiła, ale bynajmniej nie przyćmiła mu satysfakcji z drugiego już dzisiejszego dnia zwycięstwa. Jeśli zaś kolejny człowiek rzucił mu wyzwanie, z radością pokona także i jego, w uznaniu dla jego śmiałości.
   Gdy Satva zaczął manewrować, sprawnie unikając próbującego go ścigać Terranina, zorientował się raptem, iż pochodzi od z drugiej już wysłanej z lotniskowca eskadry. Inne myśliwce terrańskie atakowały pozostałych członków roju Vrisa, a tymczasem wyglądało na to, że z lotniskowca startowała tymczasem jeszcze jedna grupa.
   -   Grupy szturmowe już tu są – oznajmił Vris – Niebawem znajdą się na frachtowcach Zajmijcie się tymi szkodnikami i dopilnujcie, żeby nie przeszkodziły w przejęciu statków.
   -   Byłoby dobrze, gdybyście wszyscy teraz do nas dołączyli – stwierdził Ritsa – Oni przestają żartować, jest ich coraz więcej. Zestrzelili już Vilsa.
   Satva usłyszał to, ale nie dowierzał. Jakim cudem tak słabe istoty mogły uśmiercić tak wytrawnego wojownika? Przyjął jednak, że Ritsa mówi prawdę, i na powrót skupił całą uwagę na unikaniu terrańskiego myśliwca, z którym się zmagał. Człowiek okazał się nienajgorszym pilotem, ale nie dość dobrym, aby mu dorównać. Satva kluczył pomiędzy statkami, aż przy przelocie ponad górny pokład jednego z frachtowców Terranin go zgubił. Gdy wynurzył się spod kadłuba, Xizarianin już tam na niego czekał, błyskawicznie otwierając ogień. Ku zdumieniu Satvy, nawet w takiej sytuacji, człowiek nie chciał się poddać. Nie miał szans, czemu odwlekał zatem to, co nieuniknione? Te rozmyślania szybko jednak prysły, kiedy kolejny ludzki myśliwiec padł łupem młodego pirata.
   W tym samym czasie sześć xizariańskich fregat sparaliżowało terrańskie niszczyciele. Mierzyły celnie, po kolei eliminując działa wrogich okrętów, aż te stały się niemal zupełnie bezbronne, nie będąc w stanie wyrządzić łupieżczym jednostkom poważnych szkód za pomocą lekkiej artylerii, jaka ocalała. Triumf Xizarian przypieczętowało wejście grup szturmowych na frachtowce, do pancerzy których były już przyssane biostatki desantowe. Satva widział oczami wyobraźni, jak jego pobratymcy rozprawiają się z ludzką załogą i przejmują okręty.
   Nie rozproszyło go to jednak na tyle, aby nie dostrzec jednego z terrańskich myśliwców, który poleciał na pełnej prędkości w stronę osłanianego przez Satvę frachtowca, w beznadziejnej próbie zaatakowania desantowców. Xizarianin błyskawicznie wsiadł mu na ogon, i pognał za nim, gdy człowiek zrezygnował ze swojego konceptu po ledwie kilku oddanych strzałach, i podjął próbę ucieczki. Owa próba okazała się jednak daremna. Żuwaczki Satvy wydały z siebie kolejny pełen zadowolenia szelest, gdy jego kolejna dzisiejsza ofiara zginęła w eksplozji.
   W chwilę potem zorientował się też, że bitwa została wygrana. Fregaty dalej ostrzeliwały terrańskie niszczyciele, które po prawdzie były teraz raczej wrakami. Lotniskowiec także był już skazany na zagładę, a piloci xizariańscy rozprawiali się z ostatnimi ocalałymi myśliwcami. Niewykluczone, że Terranie mogli jeszcze wysłać kolejne ich eskadry, ale ich lotniskowiec sprawiał już wrażenie zbyt silnie uszkodzonego, aby był w stanie to zrobić.
   -   Dobra robota, D’Tverni – powiedział krzepiąco Vris – Kontrolujemy już te statki. Niebawem powrócimy tunelem do bazy. Satva, dziś zasłużyłeś na swój udział, pogadamy na miejscu.
   Młody łupieżca poczuł się zaszczycony wyróżnieniem. Był wprawdzie nowy w roju, więc spodziewał się, że Vris wyrazi na jego temat zdanie, ale nie spodziewał się tak otwartej pochwały dla jego umiejętności.
   -   Ci, którzy strącili najwięcej, będą wybierali z łupu pierwsi – oświadczył głośno Ritsa
   -   A z czego tu wybierać? – mentalny głos Nvira był mrukliwy – To był mały rój.
   -   Nie narzekajcie tyle – skarcił ich Vris – Następnym razem dołączymy do większej grupy łupieżczej.
   Satva pomyślał, że nie może się tego doczekać. Dzisiejszego dnia odniósł zwycięstwo, pokonał czterech wrogów. Błyskawicznie odkrył, że działa to na niego niczym narkotyk. Chciał, kiedy tylko będzie to możliwe, wyruszyć do walki ponownie, i dalej odnosić zwycięstwa.


NISZCZYCIEL „FAJRERO”, KLASA VENGO
WYSOKA ORBITA JARVIS III
OBRZEŻA SEKTORA MATER


   -   O kurna… – jęknął Drake, podnosząc głowę z blatu stołu – Po tej jednej nocy czuję się tak, że żyć się odechciewa
   Spojrzał mętnym wzrokiem dookoła – znajdował się w mesie oficerskiej, gdzie oprócz niego znajdowali się wszyscy oficerowie, nie wyłączając porucznika Logana, który kiwał się w krześle do przodu i do tyłu z nieobecną miną. Pozostali byli w nielepszym stanie. Henry nie był w stanie sobie przypomnieć, jak skończył się wczorajszy wieczór, ale stwierdził, że na blacie stołu, poplamionego alkoholem, stoją w sumie cztery puste butelki whiskey i jedna opróżniona niemal do cna flaszka wódki. Nie miał pojęcia, skąd się tu wzięła ta ostatnia. Niewykluczone, że przyniósł ją ze sobą Logan.
   -   To my jeszcze żyjemy? – mruknął Grey – Naprawdę?
   -   Zamknij ryj, próbuję się ogarnąć – Drake chwycił się za głowę, czując silny ból – No żesz jasna cholera… która godzina?
   -   Około siódmej czasu lokalnego – odrzekł Barnes, spoglądając na zegarek – Może powinniśmy zrobić zbiórkę?
   -   Kurwa, to my dzisiaj już odlatujemy? – Henry pomyślał o tym z przerażeniem
   -   Mój Boże, nigdy już nie wypiję – zajęczał Harland, który spróbował wstać, ale zaraz zrezygnował, z powrotem opadając na krzesło – Ani kropelki.
   -   Taaa, już ja to widzę – skwitował Grey – Ciekawe, jak długo wytrzymasz. Ustawić stoper już teraz?
   -   Zamknij się, palancie, wcale nie jesteś śmieszny – odwarknął Drugi – To ty wczoraj wyskoczyłeś z tym pomysłem na pijacki…
   -   Nieprawda, cholera – zaoponował Bernard – A kto niby się chwalił, że wleje w siebie tyle, że my będziemy już na śmierć zalani, a on pozostanie na nogach?
   -   Byłem podchmielony, odwal się. To ty mi chciałeś udowodnić, że…
   -   Przymknijcie się obydwaj! – warknął Drake – Nie mogę już tego słuchać!
   -   Wyjątkowo się z nim zgodzę – wtrącił Barnes – To wy obaj nas wciągnęliście, to akurat dobrze pamiętam, bo później to mi się film urwał.
   -   Ale to ty wyskoczyłeś pierwszy z pomysłem, żebyśmy wszyscy zagrali – odezwał się Logan – To też pamiętam, zanim mi się urwał film.
   -   A który idiota w ogóle wpadł na pomysł, żebyśmy zaglądali do kielicha na wieczór przed odlotem? – zawołał Harvey, rozdrażniony, co rzadko się u niego zdarzało
   -   Ty, Barnes – odrzekł Drake – Mówiłeś coś o pożegnaniu z Jarvisem, coś o tym, żebyśmy sobie zrobili fest imprezę, skoro może być ostatnia, skoro podczas każdego kolejnego lotu możemy paść trupem…
   -   Ale to ty uznałeś, że to dobry pomysł i sam poleciałeś po flaszkę!
   -   Przestańcie, co? – jęknął Harland – Coś mi leży na żołądku. Boję się, że to obudzicie.
   -   Kurna, dość! – zawołał Drake, jakby miał nierealną nadzieję, że ten krzyk zagłuszy mu pulsujący w głowie ból – Logan, wypieprzaj stąd i leć do lazaretu. Po te detoksyny, które nam Scott podał poprzednim razem.
   -   Powiedział, że jeśli jeszcze raz każemy je sobie podać, odstawi nam whiskey…
   -   Więc niech nie gada pierdół! Ja tu dowodzę, do jasnej cholery! Leć po to świństwo, bo w takim stanie nie możemy włazić do komór kriogenicznych!
   -   Jeśli jeszcze je ma.
   Porucznik z trudem dźwignął się z krzesła, i powoli wytoczył z pokoju. Drake dopiero teraz zauważył, że kogoś brakuje.
   -   Gdzie jest czif? – zapytał, wstając z trudem na nogi i mierzwiąc sobie włosy
   -   Pewnie nie chciał brać w tym idiotyzmie udziału i wyszedł w trakcie – odparł Barnes, również wstając – Nie wiem, Henry, mnie też się film urwał.
   -   Czy ktoś pamięta, na którą miał być odlot?
   -   Chyba na dziewiątą czasu lokalnego. Trzeba będzie kazać załodze…
   -   Zrobiłem to wczoraj, na szczęście – Drake przypomniał sobie, że zanim padła propozycja wspólnego picia, wydał podwładnym rozkazy – Dałem bosmanowi wyraźne instrukcje, żeby skalibrowali systemy komputerowe o ósmej zero zero, przygotowali napęd nadprzestrzenny i uzupełnili wcześniej zasoby chłodziwa w układzie kriogenicznym.
   -   No to w porządku – skonstatował Harvey z uznaniem – Wprawdzie jesteś irytującym kawałem skurwiela, ale za to przynajmniej przezornym.
   -   Serdeczne dzięki – mruknął Drake, a po długiej chwili milczenia dodał – Gdzie ten Logan? Lazaret nie jest daleko.
   -   Może się okazało, że ten cały… jak to się nazywa? – wtrącił Grey
   -   Vasnex. Chyba – podsunął Harland
   -   Właśnie. Więc może ten cały vasnex mu się skończył.
   -   Albo Logan właśnie wykłóca się o niego ze Scottem, bo nie chce mu go dać – dodał Barnes, powoli powracając do siebie
   -   Powinienem był sam tam pójść, ja tu przecież wydaję rozkazy – mruknął Drake, tym razem spoglądając na swój mundur i stwierdzając natychmiast, że jest pomięty i poplamiony whiskey – Cholera jasna, wolałbym się nie pokazywać na mostku w takim stanie.
   Zaledwie Henry to powiedział, drzwi do mesy oficerskiej otworzyły się, i ukazał się w nich jeden z marynarzy, chyba Vance, stając na baczność i składając meldunek.
   -   Panie komandorze, melduję posłusznie, że z okrętu flagowego nadszedł rozkaz odlotu na wyznaczone koordynaty… – załogant zawiesił głos, obserwując oficerów ze zdumieniem i z zakłopotaniem – …w przeciągu dwóch godzin.
   Drake opanował wściekłość myślą, że mogło być gorzej. Mógł go w takim stanie zobaczyć któryś z jego przełożonych. Nie stłumiło to jednak jego złości całkowicie. Vance tymczasem wciąż stał w wejściu, lekko osłupiały, a jego oczy rozszerzyły się tylko jeszcze bardziej, gdy potrącił go Logan, powracający do mesy z kilkoma dawkami pobranego z lazaretu specyfiku w rękach.
   Komandor spojrzał z gniewem na marynarza, celując w niego palcem.
   -   Tylko nic, kurwa, nie mów.



To be continued...
« Ostatnia zmiana: Października 29, 2010, 09:58:54 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #25 dnia: Stycznia 04, 2010, 10:18:29 pm »

Dobra, cholewcia. Pisanie opowiadania posuwa się cały czas do przodu, a ja nie zamieszczam nadal nowych fragmentów, bo nikt się nie kwapi, by cokolwiek napisać.
Niech nikt z zaglądających do tematu nie udaje, że go tu nie ma (bo widzę, że liczba wyświetleń się zmienia), i skrobnie tym razem cokolwiek, bo nie lubię double-postingu

Niezrażony, daję kolejny kawałek. Tymczasem powstały już pierwsze stronice nowego opowiadania.
---------------------------------------------------------------------------


* * *

   Drake nie po raz pierwszy błogosławił fakt, iż dysponuje zawsze zapasowym uniformem. Jako że nie miał zamiaru pokazywać się w niechlujnym, śmierdzącym alkoholem mundurze, pierwszym, co zrobił, było udanie się do własnej kajuty, odświeżenie się i zmiana ubrania. Nie po raz pierwszy również błogosławił fakt, że pośród środków farmaceutycznych, jakich używano w lazarecie, znajdowały się również te zdolne zwalczać zatrucie organizmu alkoholem. Kiedy zażył otrzymany od Scotta specyfik, w krótkim czasie kac opuścił go niemal całkowicie, a gdy zmierzał na mostek, odziany w świeży mundur, prawie w ogóle nie odczuwał już jego efektów.
   Zdawał sobie jednak sprawę, że wkrótce wszyscy na okręcie będą wiedzieli o tym, co zaszło w mesie oficerskiej, co trochę go irytowało. Wczorajszy wieczór pamiętał tylko częściowo, ale wiedział, że zaczął się on od propozycji wypicia tylko odrobiny whiskey, po czym szybko przerodził w zbiorowe pijaństwo. Był zły, że temu nie zapobiegł, i miał nadzieję, że wieść o tym nie dojdzie do żadnego z jego przełożonych. Zrujnowałoby mu to reputację.
   Mostek „Fajrero” był niemal pusty, gdy Drake nań dotarł. Znajdowało się tu tylko dwóch techników, sternik oraz czif, który zajmował miejsce pierwszego oficera koło panelu dowódczego. On jako jedyny z oficerów nie upił się wczorajszego wieczoru, i teraz był w najlepszej kondycji, podczas gdy pozostali doprowadzali się jeszcze do porządku.
   -   Dzień dobry, komandorze – rzekł czif, gdy już zerwał się z fotela i zasalutował przełożonemu – Jak się czujemy?
   -   A jak myślisz? Kiepsko – mruknął Drake, zasiadając na miejscu dowódcy – Chociaż byłoby pewnie dużo gorzej, gdyby nie to świństwo, które nam podaje Scott. Jaka sytuacja?
   -   Rozmawiałem z bosmanem. Dostosowali się do twoich instrukcji. Zasoby chłodziwa układu kriogenicznego są uzupełnione, hangar zabezpieczony, systemy komputerowe i nawigacyjne skalibrowane do lotu.
   -   Rozumiem, że w napędzie nadprzestrzennym wszystko gra i śpiewa?
   -   Jasne. Jedyne, co musimy teraz robić, to czekać na rozkazy.
   -   Czyli długo sobie nie poczekamy – skonstatował Henry, spoglądając na zegar, i sprawdzając czas lokalny – Zostało już tylko piętnaście minut do dziewiątej.
   W tym momencie drzwi na mostek otworzyły się i pojawił się w nich Barnes. Też zmienił mundur na świeży, ale już z daleka sprawiał wrażenie osłabionego. Drake był ciekaw, czy on sam wygląda w tej chwili równie źle.
   -   Wszyscy są już na stanowiskach – rzekł bez żadnych wstępów Pierwszy – Czekamy na rozkazy.
   -   Więc pozostańcie tam do czasu, aż odezwie się Hawkes. Niech ludzie z drugiej i trzeciej wachty idą już do lodówek. Aha, Barnes, i powiedz Greyowi i reszcie – Henry oparł ręce na biodrach, przybierając surowy ton głosu – Że jeśli nie doprowadzą się na czas do porządku, to ich obedrę ze skóry.
   -   Już są gotowi – oznajmił Harvey z właściwym sobie, stoickim spokojem – Zaraz zajmujemy swoje kapsuły kriogeniczne, jesteśmy…
   -   Komandorze – odezwał się nagle podoficer komunikacji na mostku – Odbieramy transmisję z okrętu flagowego.
   Drake uśmiechnął się kwaśno.
   -   Mogłem się domyślić, że wyda rozkazy przed czasem. Ten idiota Hawkes ma chyba osy w tyłku, że nie umie usiedzieć tych kilku minut.
   Sięgnął do panelu komunikacyjnego, gdzie migała już czerwona lampka, sygnalizująca odbiór pilnego przekazu, i włączył głośniki.
   -   …ystkich jednostek zespołu wydzielonego, rozkazuję natychmiastowe opuszczenie wysokiej orbity Jarvis III – aż nadto znajomy głos admirała Hawkesa odezwał się w komunikatorze – Przystąpić do uformowania standardowego szyku eskortowego w odległości trzystu kilometrów od przestrzeni orbitalnej na 171:567:989. Przygotować się do otwarcia tunelu.
   Drake beznamiętnie powtórzył instrukcje admirała, po czym westchnął, ponownie żałując, że wprawił się w obecny stan. Nie czuł się w ogóle na siłach, aby odbywać ten lot, ani spędzić kolejne kilka tygodni w kapsule kriogenicznej.
   -   Obrać kurs na system Shazar – głos admirała w komunikatorze wciąż nie milkł – Otworzyć tunel dokładnie za sześćdziesiąt sekund. Nakazuję, aby konwój pozostał w szyku zwartym i nie był zatrzymywany, bez względu na okoliczności.
   Okręty uformowały zwarty szyk, w centrum którego znajdował się okręt flagowy admirała w otoczeniu dwóch lotniskowców i dwóch ciężkich krążowników nowego typu, Minotaurów. Otaczał ich pierścień niszczycieli, między którymi zajęły pozycję lekkie korwety. Formacja była dość ciasna, jako że wszystkie okręty dzieliły niewielkie odległości, około dziesięciu kilometrów. Dopóki leciały w jednym kierunku, nie było to niebezpieczne. Gorzej, kiedy okręty zmuszone były do wykonywania nagłych manewrów – wtedy szyk z reguły musiał ulec rozproszeniu. Polegano głównie na koncentracji siły ognia.
   Drake skrzywił się, gdy „Fajrero” zajął miejsce na końcu konwoju, obok niszczyciela „Alastor”. Po raz kolejny zajmował ze swoim okrętem stanowisko w straży tylnej, co bardzo mu nie odpowiadało z tego względu, że jednostki weń z reguły przyjmowały na siebie główne uderzenie sił pirackich. To przypomniało mu o kolejnej rzeczy, która przez kilka ostatnich dni spędzała mu sen z powiek. Opancerzenie kadłuba w miejscu wyrwy, zgodnie z jego przewidywaniami, nie zostało w pełni naprawione. Rzecz jasna, nałożono część zbrojeń, ale owa warstwa była i tak wyraźnie słabsza, niż być powinna.
   -   Nie dość, że znowu lecimy w ariergardzie – warknął Drake – To jeszcze wysłali nas na tę misję, mimo że nie naprawili nam tego opancerzenia. Miałem, kurna, rację, trzeba było pomyśleć o wystawieniu tam jakiejś tabliczki.
   -   Kiedy ty wreszcie przestaniesz biadolić, Henry – westchnął Barnes – To nie jest konwój frachtowców, tylko pancernik z obstawą. Po cholerę mieliby nas atakować?
   -   Jaaaasne – komandor nieco się uspokoił, po czym spojrzał na zegarek – Wchodzimy!
   Po zawołaniu Drake’a, okręt przeszedł dziwny cień, a obrazy z zewnętrznych kamer na ekranach katodowych uległy zakłóceniom. To sprawiło, że z trudem dało się dostrzec osobliwe zjawisko, które rejestrowały obiektywy. Wyglądało to tak, jakby próżnię stopniowo zalewała krew, barwiąc ją na ciemnoczerwono i nagle uniemożliwiając dostrzeżenie gwiazdozbiorów oraz innych ciał niebieskich. Przez cały korpus Henry’ego przeszedł nieprzyjemny dreszcz, kiedy jego organizm zaprotestował przeciwko nagłemu wejściu w nadprzestrzeń. Stojący obok Barnes wzdrygnął się.
   Wszystko to trwało mniej więcej pół minuty, po czym obrazy na ekranach wróciły do normy, na nowo umożliwiając obserwowanie tego, co dzieje się poza okrętem.
   -   Dokonać końcowej kalibracji systemów autopilotażu i uruchomić je, kiedy tylko będą gotowe – nakazał Drake, po czym zerwał się z fotela – I przygotować oficerskie kapsuły kriogeniczne.


SEKRETNA BAZA PIRACKA
UKŁAD MATTHIUS
SEKTOR GUVERA


   Satva wraz z innymi pozostał w biomyśliwcach po powrocie, dopóki przejęte ludzkie frachtowce nie znalazły się w dokach. Tam dopiero przystąpiono do zagarniania przewożonych przez nie surowców i rozbierania samych statków na części. Xizarianin wiedział, że jak zwykle nic nie zostanie zmarnowane, nie wyłączając terrańskiej załogi. Ta sprawowała się świetnie jako prowiant oraz tania siła robocza – jeńcy byli bardzo przydatni przy wykorzystywaniu zrabowanych zasobów do budowy nowych biostatków oraz innych pracach. Zajmowało się tym co prawda również wielu Vandian, członków jednej z kast xizariańskich, ale oni, w przeciwieństwie do ludzi, mieli dostęp do swojej części łupu.
   Po powrocie do hangaru Satva bardzo chciał przystąpić od razu do dysputy pomiędzy członkami roju, mającej na celu ustalenie podziału łupów, jednak Vris, jego bezpośredni zwierzchnik w hierarchii, nalegał na spotkanie, zapewniając młodego łupieżcę, że to nie potrwa długo. Xizarianin posłusznie poszedł więc za nim, udając się do jednego z bocznych pomieszczeń, gdzie zwykle przebywali piloci, oczekujący polecenia odlotu.
   Gdy znaleźli się na miejscu, przez długą chwilę obaj milczeli, wpatrując się w siebie. Obaj byli niemal identyczni, i to pod wieloma względami. Nie kończyło się to na wyglądzie – zarówno Vris, jak i Satva, należeli do podgatunku Sivt, stanowiącego w społeczeństwie xizariańskim jedną z kast, i bardzo przypominali ziemskie modliszki, tyle że byli od nich znacznie, znacznie więksi. Tu jednak, wśród D’Tverni, kasty nie miały żadnego znaczenia. Nie było ważne, czy ktoryś z tutejszych Xizarian to Sivt, Vandian, czy też Nimid. Tutaj każdy był równy, przynajmniej w ramach pirackiej hierarchii oraz możliwości w kwestii rangi, do jakiej mógł się wspiąć, niezależnie od kasty, jaką w społeczeństwie xizariańskim by reprezentował. Rzecz jasna, pewne ograniczenia wiązały się z wrodzonymi zdolnościami poszczególnych podgatunków – Sivt, choć obdarzeni najskromniejszymi zdolnościami intelektualnymi, byli najsilniejsi fizycznie oraz najbardziej wojowniczy, a przy tym cechował ich pewien spryt, który dawał o sobie znać w ogniu walki. W swoim społeczeństwie pełnili zawsze funkcję żołnierzy i strażników, choć nie zajmowali nigdy najwyższych stanowisk – właśnie ze względu na swoją prostą mentalność. Vandian, uskrzydleni i zdolni do bardziej wyrafinowanych prac, niż Sivt, mogli mimo to wśród łupieżców zajmować podobne funkcje, jeśli tylko wyraziliby taką chęć. Oczywiście, w ich przypadku swoboda ta niewiele dawała w praktyce, jako że nie mieli tej wojowniczej natury, jaka cechowała Sivt. W xizariańskim społeczeństwie byli z reguły robotnikami lub farmerami, rzadziej natomiast bardziej wykwalifikowanymi pracownikami z odpowiednim dla ich profesji wykształceniem. Nimid byli rzadkością, co dotyczyło również społeczności spoza grup pirackich. Najbardziej inteligentni i najbardziej humanoidalni, byli też jednak najsłabsi fizycznie i wątli. Wśród łupieżców stanowili znikomy odsetek i pełnili, podobnie jak ich pracujący uczciwie pobratymcy, rolę najwyższych przywódców. To oni, jako jedyni, mieli w xizariańskim imperium prawa polityczne.
   Była jeszcze kasta kupców i przedsiębiorców – Hosvan – z których część była rabowana przez tych xizariańskich piratów, którzy nie widzieli nic zdrożnego w kradzieży majątku członków własnej rasy, część natomiast prowadziła nielegalny handel, współpracując z korsarzami.
   Te kwestie jednak się nie liczyły, jako że wszyscy oni byli D’Tverni, wojownikami gwiazd, łupieżcami zasiadającymi za sterami szybkich, małych biostatków.
   -   Zdumiewasz mnie, D’Tvern, przyznaję ci to – rzekł w końcu Vris, mierząc Satvę spojrzeniem swoich wielofasetowych oczu – Jesteś nowicjuszem, a mimo to udało ci się dzisiaj sporo osiągnąć. Nie byłem nawet w połowie tak dobry, jak ty, kiedy uczestniczyłem w swoim pierwszym nalocie.
   Mówił stosunkowo beznamiętnym głosem, jaki charakteryzował Sivt. Najsilniejsze emocje wykazywali w ogniu walki, na ogół jednak byli dość chłodni.
   -   Przeceniasz mnie, Vris – odrzekł Satva, skinąwszy lekko głową – Nie uważam, bym miał powód do dumy z sukcesów w starciu z tak słabymi przeciwnikami.
   -   Tak, ty z pewnością mógłbyś mówić o nich, iż są słabi – w głosie Vrisa pojawił się cień rozbawienia – Nabyłeś dziś do tego prawo.
   -   Co masz na myśli?
   -   To, że jak na słabych przeciwników, zaciekle się bronili, Satva.
   -   Nie przeczę – młody łupieżca zadarł lekko głowę i wyprężył się z dumą – Jednak byli dla nas o wiele za słabi. Sam zwyciężyłem czterech z nich.
   -   Wiem o tym, D’Tvern. To duże osiągnięcie, jak na pierwszy lot. Tylko ja i Ritsa zestrzeliliśmy tylu w tej bitwie.
   -   Niemożliwe – Satva wyprężył się jeszcze bardziej, czując teraz autentyczną dumę z własnego dokonania – Czyżby tacy słabeusze dali się komuś z nas we znaki?
   -   Nie słabeusze, D’Tvern, nie słabeusze – zaprzeczył spokojnie Vris, kręcąc powoli głową – Oprócz samego Vilsa, zniszczyli dziś jeszcze siedmiu naszych.
   -   Być nie może – młody Xizarianin porzucił dumną postawę, gdy dotarła do niego nowina o stracie tylu towarzyszy broni – To cała podgrupa roju.
   -   Owszem, Satva. Ale ty nie tylko przeżyłeś, ale nawet pokonałeś czterech wrogów. Swojego pierwszego dnia. Masz ogromny talent, widzę to wyraźnie, i cieszę się, że należysz do mojego roju. Zajdziesz tutaj daleko, jestem tego pewien.
   -   Naprawdę? – pochlebna opinia na powrót obudziła w Satvie dumę – Perspektywa kariery bardzo mnie raduje.
   -   Mnie zaś raduje, że to mnie dostał się ktoś taki, jak ty. Słusznie postąpiłeś, dołączając do nas. Należałeś wcześniej, zdaje się, do grupy szturmowej?
   -   Tak, Vris, a jeszcze wcześniej byłem kanonierem na fregacie.
   Satva szybko przebiegł myślą cały obraz swojej dotychczasowej kariery. Nie utrzymał się długo przy żadnym z wcześniejszych zajęć, ale wyglądało na to, że dołączając do roju biomyśliwców, trafił w dziesiątkę.
   -   Dlaczego zrezygnowałeś? – zapytał Vris
   -   To nie dla mnie. Nie mogłem poczuć smaku walki, gdy byłem na tych frachtowcach i walczyłem z tymi ludźmi. Oni są słabi, i mieli z nami jakiekolwiek szanse tylko wtedy, gdy atakowali zdradziecko i niehonorowo, unikając walki twarzą w twarz.
   Satva sięgnął przednim odnóżem i dotknął miejsca na swoim nagim pancerzu, gdzie otrzymał niegdyś trafienie z broni laserowej od jednego z ludzi, który legł na pokładzie po zranieniu, udając martwego, i strzelił dopiero, gdy młody Xizarianin się zbliżył, zbyt późno dostrzegając, że Terranin wprowadza go w błąd.
   -   Może i masz rację – odparł Vris, kiwając głową – Jednak oprócz tego, że wróżę ci dobrą karierę wśród D’Tverni, chcę cię przestrzec.
   -   Przed czym? – Satva był zdumiony
   -   Przed twoją arogancją. Jesteś silnym wojownikiem i po dzisiejszym zwycięstwie masz pełne prawo wierzyć w swoją siłę, oraz w słabość Terran. Dzisiaj istotnie nie mogli ci dorównać, i zapewne w przyszłości też tak będzie. Jednak jeżeli dasz się ponieść dumie, ona może cię zgubić.
   -   Przyjmę twoje słowa do wiadomości – odrzekł Satva, chociaż w głębi nie dowierzał; nie wyobrażał sobie, aby istoty tak słabe mogły go pokonać
   -   Lepiej, abyś rzeczywiście to zrobił – powiedział z mocą Vris, jak gdyby domyślając się, iż młody Xizarianin najchętniej lekko potraktowałby jego słowa – Chociaż zapewne szybko mnie przewyższysz umiejętnościami, mimo twojego niewielkiego doświadczenia, wiedz, iż byłem D’Tvern dłużej, niż ty. Widziałem, jak wielu dumnych wojowników spotykał koniec i widziałem, jak te istoty, które uważasz za słabe, odpierały dzielnie nasze ataki. To byłaby wielka strata, gdybyś skończył zniszczony przez jakiegoś człowieka, przez to, że go nie doceniłeś.
   Satva milczał przez dłuższą chwilę, przetrawiając słowa Vrisa. Ten w końcu odezwał się ponownie, tym razem zmieniając temat, i wykonując zapraszający gest odnóżem.
   -   Może teraz pójdziemy zobaczyć się z resztą – zagaił, ponownie mówiąc głosem niemal zupełnie wypranym z emocji – Omówić sprawę podziału łupów. Obiecuję ci, że dostaniesz, ze mną i Ritsą, największy udział.
   Młody Xizarianin podążył za przywódcą, gdy ten opuszczał pomieszczenie. Był zadowolony z jego obietnicy i osobistej pochwały, choć w gruncie rzeczy już teraz wybiegał myślą w przyszłość, po raz kolejny zdając sobie sprawę, że z niecierpliwością wyczekuje kolejnej bitwy. Był Sivt, i żył dla walki. To ona go rozgrzewała i dawała mu siłę.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:10:48 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Mardok
VIP
*
Wiadomości: 111



« Odpowiedz #26 dnia: Stycznia 05, 2010, 03:25:20 pm »

Pomysł z pilotowaniem mackami inspirowany na "Avatarze"? Trochę bardziej podobała mi się "Pierwsza krew", ale umieszczenie tej popijawy było strzałem w dziesiątkę. Przez to postacie stały się bardziej ludzkie.

-   O kurna… – jęknął Drake, podnosząc głowę z blatu stołu – Po tej jednej nocy czuję się tak, że żyć się odechciewa
   Spojrzał mętnym wzrokiem dookoła – znajdował się w mesie oficerskiej, gdzie oprócz niego znajdowali się wszyscy oficerowie, nie wyłączając porucznika Logana, który kiwał się w krześle do przodu i do tyłu z nieobecną miną.

W tym momencie zacząłem się śmiać :D
Zapisane


"Jeżeli przeciwnik gra somewhat 3 Gate 1 base all-in, nie techuj na siłę."
Rafikozor
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #27 dnia: Stycznia 06, 2010, 08:28:08 pm »

Pomysł z pilotowaniem mackami inspirowany na "Avatarze"?

„Avatara” to ja dopiero dzisiaj w kinie po raz pierwszy obejrzę, to raz, a dwa – pomysł z mackami-sterami powstał w mojej głowie na długo przed tym, zanim o „Avatarze” ktokolwiek usłyszał.

W tym momencie zacząłem się śmiać :D

Cieszę się, że się udało rozbawić, bo o ile się zdążyłem zorientować, mozolnie mi idzie pisanie takich typowo „dowciapnych” fragmentów.

Kolejny fragment.
--------------------------------------------------------------


CIĘŻKI KRĄŻOWNIK „HYDRA”, KLASA MINOTAUR
WYSOKA ORBITA PLUVIUS III
SEKTOR GUVERA


   Wiceadmirał Skawiński był niezadowolony. Kolejne decyzje Naczelnego Dowództwa Floty w kwestii Czwartego Zespołu Operacyjnego witał początkowo bez żadnego sprzeciwu, jednak teraz zwyczajnie go irytowały. Jednym z tego powodów był fakt, iż termin odlotu, który pierwotnie miał nastąpić w ciągu najdalej tygodnia od pojawienia się „Hydry” w układzie Pluvius, już się przeciągał, a w dodatku rosła też niepewność samego Skawińskiego w związku z ich zadaniem. O ile wcześniej unikał takich myśli, o tyle teraz zastanawiał się, czy próba zaatakowania baz łupieżców w systemie Matthius nie skończy się masakrą. Taka ewentualność sprawiała, że po raz pierwszy odczuwał w pełni odpowiedzialność, jaka na nim spoczywała. Najgorsza była jednak właśnie ta przeciągająca się niepewność.
   Zaczęło się niewinnie – notą z dowództwa, aby do zespołu włączono pojedynczy okręt inwazyjny klasy Apokalipso. Nie po to, aby było możliwe przeprowadzenie desantu, lecz aby można było zupełnie zniszczyć jedną lub kilka planet z układu, gdyby się okazało, że piraci mają na nich swoje bazy. Skawiński nie sprzeciwił się wtedy wydłużeniu terminu o dzień w związku z dotarciem okrętu do punktu zbornego. Podzielał też poglądy ludzi z Naczelnego Dowództwa Floty – siła ognia dział fuzyjnych, jakimi dysponowały okręty inwazyjne klasy Apokalipso, była wystarczająca, aby nie tylko wysterylizować powierzchnię planety, ale nawet zniszczyć ją całkowicie. To zaś pozwoliłoby definitywnie rozprawić się z piratami, gdyby mieli tam faktycznie ukryte bazy.
   Później jednak cierpliwość Skawińskiego malała, a stres powiększał się, w miarę jak docierały do niego kolejne noty od przełożonych. Decyzji o powiększeniu Czwartego Zespołu Operacyjnego wydano już bodaj pięć, były też propozycje, aby połączyć okręty z Trzeciej Floty z zespołem wydzielonym z Czwartej. Raz nawet okazało się, że niektórzy ludzie z dowództwa zaczęli się poważnie zastanawiać nad poproszeniem Sorevian o asystę, choć nie podjęto w tej sprawie żadnej konkretnej decyzji – przynajmniej na razie.
   Wszystko to mocno nadwyrężało zdrowie psychiczne Skawińskiego. Wiceadmirał, podobnie jak wielu ludzi z Naczelnego Dowództwa Floty, był dręczony przede wszystkim przez niepewność. Informacje na temat tego, iloma okrętami dysponują w Matthiusie piraci xizariańscy, opierano prawie wyłącznie na przypuszczeniach, a jak na razie wciąż nie zaryzykowano wysłania tam statków zwiadowczych, w obawie, iż mogą one uprzedzić łupieżców o zbliżającym się ataku. Skawiński uważał swoją drogą owe obawy za nieuzasadnione – skoro jedna z flotylli terrańskich już się tam pojawiła, Xizarianie zapewne od tamtego czasu spodziewali się ataku.
   Wiceadmirał siedział w pokoju odpraw na własnym okręcie, w otoczeniu swojego sztabu, cztery dni po ustalonym pierwotnie terminie odlotu, kiedy nadeszła wiadomość o kolejnym planowanym rozszerzeniu Czwartego Zespołu Operacyjnego, tym razem o pięć niszczycieli. Oznaczało to kolejny dzień lub dwa oczekiwania, aż jednostki te zjawią się w punkcie zbornym.
   -   Cholera by to wzięła – jęknął Skawiński, przecierając twarz dłońmi – Reinhardt miał chyba rację, czuję, że nie nadaję się do tej roboty.
   -   Wiceadmirale – odezwał się kapitan flagowy – Powinien pan być dobrej myśli, skoro powiększa się liczebność zespołu. Tym większe mamy przecież szanse, że pokonamy wroga. A pan z każdym dniem wygląda coraz gorzej, nie pojmuję tego.
   -   Łatwo panu tak mówić, to nie pan jest dowódcą tej floty – Skawiński westchnął głęboko – Jeszcze pięć niszczycieli, to ile w końcu teraz mamy?
   -   Trzydzieści niszczycieli klasy Vengo, czterdzieści korwet klasy Walkiria, sześć lotniskowców klasy Lawrence, jeden okręt inwazyjny i jeden krążownik.
   -   A ile oni mają? Do diabła! – Daniel uderzył dłońmi w blat stołu – Lecimy tam, nie wiedząc nic o nieprzyjacielu, bo oni boją się wysyłać zwiadowców!
   -   Wiemy, że jest ich kilkaset, a są to tylko lekkie jednostki, może z niewielką ilością średnich i ciężkich…
   -   Czyli może być ich tylko trzystu, albo siedmiuset – rzekł ponuro Skawiński – Niech to, wolałbym, żeby zajął się tym Hawkes.
   -   Admirał leci w tej chwili z misją dyplomatyczną na Shazar i nie może pana zastąpić, wiceadmirale. Poza tym, jego obecność nic nie da, jeżeli tam jest faktycznie siedemset okrętów.
   -   Przesadza pan, wiceadmirale, z tymi siedmioma setkami – powiedział nagle kontradmirał Vasquez – Nawet jeśli jest to najsilniejsza z grup pirackich, o czym wielu jest przekonanych, nie może mieć do dyspozycji aż tylu jednostek.
   -   Możliwe – odrzekł krótko Daniel – Cholera wie, ilu ich jest, skoro nawet analizy archiwów z minionych ataków nie doprowadziły nas do żadnych konkretnych wniosków.
   -   Nic dziwnego, wiceadmirale, w końcu nie byliśmy w stanie ustalić, skąd wychodziły te ataki. Ale ci, którzy mieli na to jakiś pomysł, utrzymują, że Xizarianie mają w systemie Matthius niecałe trzysta okrętów.
   -   Tego też na sto procent nie potwierdzili. Tracą czas, grzebiąc w tych rejestrach, a my mamy tutaj istny…
   Urwał, gdy otworzyły się drzwi do pokoju odpraw i ukazał się w nich młody adiutant, który natychmiast wyprężył się w salucie.
   -   Proszę wybaczyć to wtargnięcie, wiceadmirale – powiedział, kiedy tylko Skawiński odsalutował – Ale mamy nową wiadomość odnośnie naszych nieprzyjaciół.
   -   Słucham – rzekł beznamiętnie Daniel
   -   Atak na konwój w systemie Raphael. Nasz zespół nie był duży, ale wróg zniszczył go w kilka minut, samemu ponosząc znikome straty. My straciliśmy dwa niszczyciele, lotniskowiec, i skrzydło myśliwców, oni, według szacunków, tylko jedną eskadrę myśliwców.
   -   Psiakrew – mruknął Skawiński, gdy nagle poczuł się jeszcze mniej pewnie w związku z zadaniem, jakie mu wyznaczono – Tego nam tylko brakowało.
   -   W czym rzecz, wiceadmirale? – zapytał kapitan flagowy, unosząc brwi – To był mały zespół, nie ponieśliśmy dużych strat, chociaż przegraliśmy.
   -   Nie o straty mi chodzi, a przynajmniej nie o nasze – odparł Daniel – Zawsze, kiedy tylko mogę, próbuję się pocieszać tym, że ci Xizarianie to jakaś niezorganizowana piracka banda. Ale takie meldunki mi przypominają, jak bardzo mogę się mylić. Jeżeli byli w stanie tak łatwo rozgromić cały zespół, to oznacza, że mogą być jeszcze nieźle zorganizowani i nie opierać się wyłącznie na przewadze liczebnej. A to jeszcze bardziej komplikuje sytuację.
   -   Można się było spodziewać, że łatwo nie będzie – mruknął Vasquez
   -   Tak, ale nikt mi nie mówił, że do tego stopnia – Skawiński odwrócił się w stronę adiutanta, wciąż stojącego przed wejściem – Może pan odejść, poruczniku. Ach, byłbym zapomniał – dodał, gdy oficer już się odwracał – Wyślijcie jeszcze raz tę petycję do Naczelnego Dowództwa Floty, tę w związku z wysłaniem jednostek zwiadowczych do układu Matthius.
   -   Tak jest, wiceadmirale. Tej samej treści?
   -   Tak, poruczniku – potwierdził Daniel – Może pan już odejść.
   -   Wysyłasz im tę petycję już czwarty raz – skonstatował Vasquez z powątpiewaniem – Teraz też ją odrzucą.
   -   Więc będę im ją wysyłał, aż w końcu im to trafi do tych durnych łbów – odrzekł ze zmęczeniem Skawiński, ignorując przejście oficera na „ty” – W razie czego zagrożę, że odejdę. Nie mam najmniejszego zamiaru pakować się w to gówno, bez jakiegokolwiek pojęcia, czego powinienem się na miejscu spodziewać.


SEKRETNA BAZA PIRACKA
UKŁAD MATTHIUS
SEKTOR GUVERA


   Satva wyszedł chwiejnym krokiem z przestronnej, a mimo to zatłoczonej sali, z której dobiegał głośny gwar. W głowie czuł przyjemne otępienie, wymieszane z przemijającym już stanem radosnego uniesienia. Zataczał się lekko, pomimo stabilnej postawy, jaką dawały mu cztery odnóża, służące do chodzenia.
   Zawsze tak było. Kiedy tylko D’Tverni nie brali udziału w żadnej akcji, dzień spędzali na zupełnie niezobowiązujących czynnościach, których kulminacją była wieczorna balanga. W jej trakcie pochłaniali znaczne ilości tavasty – płynu o konsystencji syropu i mocnym, słodkim smaku, oraz dużej zawartości alkoholu. Większości piratów poprawiała go narkotykiem o nazwie mithra, którego wpływ Satva odczuwał jeszcze teraz, choć już w szczątkowej postaci. Dotychczas poprzestawał na tavaście, ale dzisiejszego wieczoru dał się namówić na narkotyk, i odczuł jego efekt bardzo silnie w pierwszych chwilach działania.
   Łupieżcy spędzali w ten sposób czas do późna, a nazajutrz rano dochodzili do siebie po spożyciu dużej ilości alkoholu i narkotyków – tylko po to, by kolejnego wieczoru zrobić analogiczną imprezę. I tak dzień w dzień, dopóki nie dołączali do grupy łupieżczej – wtedy odstawiali tavastę i mithrę, aby zachować pełną trzeźwość podczas akcji. Jednak kiedy tylko wracali, ponownie pochłaniali je w znacznych ilościach. Satva mógłby to nazwać rutyną, ale ta jej postać bardzo mu odpowiadała. Kiedy tylko mógł, walczył, zaś podczas pobytu w kryjówce mógł robić, co mu się żywnie podobało, oraz spożywać tyle tavasty, na ile miał ochotę, podobnie jak wszyscy inni D’Tverni. Wymagało to, rzecz jasna, znacznych zasobów finansowych, zwłaszcza, że Xizarianie dość szybko uzależniali się od mithry. O nie jednak nie było trudno, skoro rabowali tony cennego zaopatrzenia, które rozprowadzali następnie – dzięki pomocy przedsiębiorczych Hosvan – na czarnym rynku, co przynosiło znaczne zyski. Zostawało nawet sporo gotówki na dolę dla poszczególnych D’Tverni, a sam Satva zaczął gromadzić prywatny majątek.
   Satva, który wypił już sporo, opuścił właśnie imprezę, aby złapać oddech. Przypuszczał, że niedługo rozpęta się tam jakaś awantura – zdarzały się wieczorami bardzo często, kiedy niektórzy spośród odurzonych narkotykiem D’Tverni szukali okazji do bójki – ale bardzo rzadko kończyło się to zabiciem lub poważnym zranieniem jednego z kombatantów. Na ogół szybko ich rozdzielano, jeśli tylko ewentualna walka przybierała niebezpieczny obrót.
   -   Hej, Satva – młody Xizarianin usłyszał za sobą głos Ritsy, i odwrócił się.
   Jego kompan z roju wytoczył się z sali, z trudem utrzymując równowagę. Wypił więcej tavasty i był w gorszym stanie. Mówił niewyraźnie, opuszczając lub zniekształcając dźwięki, składające się na wypowiadane przez Sivt zdania, skutkiem czego Satva z trudem rozumiał, co mówi.
   -   O co chodzi? – zapytał, a po chwili syknął w proteście, kiedy Ritsa stracił równowagę i omal nie upadł, opierając się w ostatniej chwili na koledze i prawie go przewracając
   -   Gdzie byłeś, D’Tvern… – wymamrotał, jakby w malignie – Vris tam łazi i cię szuka, a ty tutaj…
   -   Vris? Szuka mnie? – powtórzył Satva – Dlaczego?
   -   Szuka wszystkich z nas… z jego roju, znaczy się – Ritsa potrząsnął głową – Wiesz, wymknął się z impry, bo chciał zobaczyć te, te… jak im tam… odczyty receptorów… pozy… neuro… no, jakichś tam, tych od obrazu z nadprzestrzeni…
   -   Wykryli coś? – zapytał Satva z nadzieją w głosie – Nareszcie będziemy mogli złoić raz jeszcze tych terrańskich szmaciarzy?
   -   Taaa, na to wygląda – odrzekł Ritsa, po czym ponownie potrząsnął głową – Chodź no, pogadamy z nim, załapiemy się na kolejną…
   -   Już idę.
   -   …i strzelimy sobie może z nim jeszcze jednego, i jeszcze jedną porcję mi…
   -   Ty lepiej nie – zaoponował młodszy D’Tvern – Już ledwie żyjesz.
   Powoli, podtrzymując towarzysza w obawie, że bez pomocy może upaść, Satva skierował się z powrotem do wielkiej sali. Ledwie zwrócił uwagę na fakt, że pod jedną ze ścian utworzył się już krąg gapiów, którzy obserwowali kilku bijących się Sivt. Oznaczało to, że tłum wypełniający pomieszczenie został nieco przerzedzony, i nie było trudności ani z odnalezieniem w nim Vrisa, ani z dotarciem do niego.
   -   Nareszcie jesteście – powitał ich dowódca roju, kiedy się zbliżyli – Mam nadzieję, Satva, że jesteś w lepszym stanie, niż ten kretyn? – dodał, spoglądając na Ritsę, który wciąż trzymał się kolegi, aby nie upaść
   -   Na szczęście tak – odrzekł młody Xizarianin – Nie brałem udziału w pijackich zawodach, które urządzili.
   -   To dobrze. Wyjdźcie na zewnątrz tylnymi drzwiami, reszta już tam czeka. Trochę tu za głośno na poważną rozmowę.
   Satva skinął głową, po czym syknięciem skarcił Ritsę, mówiąc mu jednocześnie, aby wziął się w garść. D’Tvern stanął wreszcie i poszedł o własnych siłach, choć wciąż bardzo się chwiał i wyglądał, jakby miał zaraz ponownie stracić równowagę.
   Poza wielką salą było już zdecydowanie ciszej, gdy bioniczne drzwi zamknęły się za nimi. Na korytarzu stali wszyscy członkowie roju Vrisa, w tym Nvir, oraz nieznany jeszcze Satvie łupieżca, który zastąpił poległego Vilsa.
   -   Byłem niedawno w kopule nasłuchowej, jak zapewne się domyślacie – rzekł dowódca tytułem wstępu – Dokonano już analizy ostatniej serii odczytów z receptorów, które są rozmieszczone w sektorze.
   -   Chodzi o zewnętrzne receptory? – domyślił się Satva
   -   Jasne. Mają nowe koordynaty tuneli nadprzestrzennych. Pojawiły się dwie nowe grupy statków terrańskich.
   -   I chcą nas przydzielić do jednej z nich?
   -   Dokładnie. Musimy tylko zdecydować, którą bierzemy. Jedna z grup, ta większa, opuściła jedną z planet w sektorze Mater już jakiś czas temu. Druga, znacznie mniejsza, wyleciała niedawno z planety całkiem nieopodal Matthiusa. Pierwsza grupa liczy ponad dwadzieścia statków, wliczając w to zapewne eskortę, druga kilka. Nie więcej, niż pięć.
   -   Nie ma się nad czym zastanawiać – odezwał się Nvir – Nie będziemy tracić czasu na jakieś maleństwa. Zaatakujemy większą grupę. Więcej statków, więcej łupów!
   Pozostali członkowie roju, w tym Satva, zgodzili się chóralnie z towarzyszem, wnosząc przednie odnóża w geście uznania.
   -   Może zastanówcie się jeszcze chwilę – rzekł Vris – Wiecie, że skończyły się już tłuste lata. Do niedawna wygrywaliśmy z Terranami, ale ostatnio znacznie wzmocnili ochronę konwojów. Większość rajdów na duże grupy kończy się fiaskiem i tracimy tylko niepotrzebnie sprzęt. Co prawda, co nas nie zniszczy, to nas wzmocni, dosłownie, ale to jednak marnotrawstwo. Może jeszcze ten jeden raz powinniśmy…
   -   Daj spokój, Vris – wtrącił Satva – Skoro nam się nie udaje, może pora przerwać tę złą passę. Zresztą, to tylko dwadzieścia statków, walczyliśmy już z większymi flotami.
   D’Tverni po raz kolejny chórem zgodzili się z towarzyszem. Dowódca, najwyraźniej nie nastawiony na dyskusję, zdał się tym razem na opinię podwładnych.
   -   Może i macie rację – powiedział powoli – Powiem tym z góry, że dołączymy do większej grupy łupieżczej.
   -   Kiedy napadamy? – zapytał Satva, czując już rosnące podniecenie, które tylko wzmagały szczątki wpływu narkotyku
   -   Za dwa dni. Odstawcie nazajutrz alkohol i narkotyk, bo musicie być sprawni przed akcją. Odbijecie to sobie po powrocie.
   -   Najwyżej na wieczór zamówimy kilku Terran marynowanych w tavaście – podsunął Satva, wydając z siebie xizariański odpowiednik śmiechu
   -   Albo pieczonych – dodał Nvir
   -   Byle nie za dużo – ostrzegł ich dowódca – Przez to, że ostatnio gorzej nam się powodzi, brakuje niewolników.
   -   Ale na tavastę kasy chyba nie braknie, co, Virs? – zapytał Gevs z udawaną troską
   -   Jeśli tylko złoimy im tym razem skórę – odparł lider roju – Dla was nie zabraknie z pewnością.


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:11:48 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Mardok
VIP
*
Wiadomości: 111



« Odpowiedz #28 dnia: Stycznia 08, 2010, 07:20:49 pm »

Wiesz AlienoFanie że to Vasquez jest bardzo widoczne? Czekam na następną część.
Zapisane


"Jeżeli przeciwnik gra somewhat 3 Gate 1 base all-in, nie techuj na siłę."
Rafikozor
Der_SpeeDer
Global Moderator
*****
Wiadomości: 343


Jaszczury GÓRĄ!


« Odpowiedz #29 dnia: Stycznia 09, 2010, 12:06:28 am »

Wiesz, że Vasquez to mimo wszystko normalne nazwisko? I że równie dobrze mógłbyś się czepiać zrzynu z Blade Runnera (albo Star Gate), gdybym jedną z postaci zdecydował się nazwać Kowalski?

Bardziej byś mnie już przyparł do muru oskarżeniem, że nazwisko wiceadmirała jest identyczne z nazwiskiem głównego bohatera "Latarnika" :P.

Kolejny fragment.
-----------------------------------------------


CIĘŻKI KRĄŻOWNIK „HYDRA”, KLASA MINOTAUR
WYSOKA ORBITA PLUVIUS III
SEKTOR GUVERA


   -   Wiceadmirale, dowódca sojuszniczej awangardy właśnie opuścił swój okręt flagowy – oznajmił technik na mostku „Hydry” – Znajdzie się na miejscu za minutę.
   -   Świetnie – orzekł Skawiński, obserwując oddalony o kilkadziesiąt kilometrów, obco wyglądający krążownik liniowy, widniejący na głównym ekranie – Kiedy go przyjmiecie, wyślijcie do mesy oficerskiej, będę tam na niego czekał.
   -   Tak jest, wiceadmirale.
   -   Co z jednostkami „szpicy”? – zapytał Daniel, chwytając dłońmi oparcie fotela dowódczego kapitana flagowego
   -   Jeszcze się nie zjawiły. Miały się opóźnić o godzinę, bo w systemie Ophiel dołączyły do nich dwie korwety.
   -   Godzina już minęła. Mam serdecznie dość czekania. – Skawiński obrócił się na pięcie i błyskawicznie opuścił mostek, nie wydając już żadnych poleceń.
   Sytuacja zmieniła się znacząco w ciągu dwóch ostatnich dni. Wprawdzie wciąż czekali na rozkazy odlotu, ale tym razem Skawińskiemu poprawiał nieco nastrój fakt, że miały do nich dołączyć dodatkowe jednostki, mające pełnić charakter zwiadowców, na które bardzo nalegał. Nie był to wprawdzie zwiad w takiej postaci, jakiej chciał, lecz niemniej, załatwiono sprawę częściowo po jego myśli. Dowództwo nareszcie przychyliło się do jego sugestii, chociaż usłyszał wcześniej od swoich przełożonych litanię zastrzeżeń, a on sam musiał istotnie zagrozić, że odejdzie, nim uznano jego petycję.
   Była jeszcze jedna, nie mniej istotna zmiana w dotychczasowej sytuacji. Okazało, się, że niektórzy członkowie admiralicji w końcu zdecydowali się zwrócić do Sorevian z prośbą o asystę. Jaszczury, już od jakiegoś czasu informowane na bieżąco o przygotowaniach mających miejsce w Pluviusie, najwyraźniej tylko oczekiwały oficjalnej wiadomości, jako że awangarda ich floty zjawiła się na miejscu bardzo szybko, wespół z okrętem flagowym. Pozostawało tylko pytanie, czy dowództwo terrańskie wyrazi zgodę na dalsze odłożenie terminu ataku i poczekanie na główne siły – i tak zmarnowano już dość czasu.
    Skawiński wszedł do mesy oficerskiej, opustoszałej o tej porze. Podszedł do stołu i wcisnął guzik na znajdującym się tam panelu, łącząc się z kambuzem i nakazując, aby na miejscu zjawił się steward. Zaledwie to zrobił, kiedy drzwi do pomieszczenia otworzyły się ponownie i stanęła w nich wysoka postać.
   Wiceadmirał należał do wciąż jeszcze stosunkowo nielicznego grona ludzi, którzy nie żywili urazy wobec soreviańskiej rasy. Jednak gdy ujrzał wkraczającego do mesy jaszczura, poczuł instynktowny niepokój. Obcy nosił schludny mundur, co stanowiło niewątpliwy przejaw przynależności do cywilizacji, ale poza tym jego wygląd wzbudzał u większości ludzi skojarzenia z dzikimi bestiami. Jak inni przedstawiciele swojej rasy, był wysoki – mierzył dobrze ponad dwa metry – miał łuskowatą skórę, długi i silny ogon, oraz wydłużoną głowę z bocznie osadzonymi oczami – żółtymi, z pionowymi źrenicami.
   Jednak to nie wygląd przybysza zaniepokoił Skawińskiego. Spojrzał swojemu gościowi w oczy, kiedy tylko ten pojawił się w drzwiach, i od razu dostrzegł w nich chłodne, protekcjonalne spojrzenie, które nakazywało mu nie spodziewać się niczego dobrego.
   -   Dobry wieczór, wiceadmirale – rzekł Sorevianin, przemawiając nienagannym, choć źle akcentowanym esperanto – Mam nadzieję, że nie nadużywam pańskiej gościnności, przychodząc tak późno.
   -   Ależ skąd – zaprzeczył Skawiński, zapraszając jaszczura gestem – Proszę, niech pan usiądzie, panie…
   -   Karimure Aneli Valanilus – odrzekł Sorevianin niedbale – Jestem dowódcą Szóstej Floty Uderzeniowej.
   -   Rozumiem. Niech pan usiądzie – Daniel zajął miejsce przy stole i poczekał, aż gad usiądzie naprzeciwko niego, nim ponownie się odezwał – Czemu zawdzięczam pańską wizytę?
   -   Chciałem zamienić kilka słów odnośnie zbliżającego się ataku – odrzekł Aneli – Tego, co pan w związku z tym planuje.
   -   Plan jest opracowany w ogólnych zarysach – Skawiński wzruszył ramionami – Nie dysponujemy jak dotąd wystarczającą liczbą informacji o rozmieszczeniu jednostek wroga w systemie Matthius, żeby…
   -   Chce pan powiedzieć, że nie wiecie, w co się pakujecie? – przerwał jaszczur, a w jego głosie pobrzmiewało zdumienie wymieszane z niedowierzaniem
   -   Nie wiemy – burknął wiceadmirał, teraz po prostu zirytowany, jako że przypomniało mu to jego liczne próby nakłonienia dowództwa do przeprowadzenia akcji celem wykonania zwiadu lub uzyskania jakichś dodatkowych informacji – Planujemy dokonać szybkiego skanu po przybyciu na miejsce, a następnie rozwinąć formację celem przeprowadzenia z góry zaplanowanego ataku. Naszym celem będą planety tego układu, jako że to na nich, według naszych przypuszczeń, mogą się znajdować bazy pirackie.
   -   Wy, Terranie, jesteście bardziej lekkomyślni, niż myślałem – stwierdził Aneli, rozpierając się w fotelu
   -   To nie jest standardowa sytuacja… karimure – Skawiński dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie dziwnie brzmiącą rangę Sorevianina
   Drzwi do mesy otworzyły się ponownie i tym razem pojawił się w nich steward.
   -   Czego się pan napije? – zapytał wiceadmirał, spojrzawszy wcześniej na swojego podkomendnego – Kawy, herbaty? Może czegoś mocniejszego?
   -   Kawa to jest to, co pijecie zamiast nikedy, mam rację?
   -   Czego? – Skawiński początkowo rozszerzył oczy ze zdumienia, zaraz się jednak opanował – Nie znam waszych…
   -   Nieważne – Aneli machnął zbrojną w pazury ręką – Wystarczy kawa. Bez niczego.
   -   Dwie czarne – Daniel zwrócił się krótko do stewarda, który skinął głową i opuścił mesę oficerską
   -   Zatem – Sorevianin pochylił się do przodu w fotelu i zaplótł palce na blacie – To pana wyznaczyli na dowódcę tej operacji. Ma pan chociaż jakieś doświadczenie w walkach z Xizarianami?
   -   Czyżby zjawił się pan tutaj również po to, aby poddawać ocenie moje umiejętności, karimure? – Skawiński uniósł brwi i momentalnie przypomniało mu się pierwsze spotkanie z komandorem Reinhardtem – Zapewne jest pan ekspertem w dziedzinie walki z Xizarianami, skoro pan tak mówi.
   -   Tak bym tego nie ujął – odrzekł Aneli; mówił spokojnie, ale wciąż mierzył człowieka chłodnym spojrzeniem – Ale owszem, walczyłem już nimi. Ponadto, to ja pierwszy nawiązałem z nimi kontakt bojowy ponad trzydzieści lat temu.
   -   Szmat czasu – skwitował Skawiński – Choć podejrzewam, że później nieczęsto pan ich widywał, zwłaszcza że teraz to nie wasz sektor galaktyki.
   -   Przyznaję, że nie – ton Sorevianina był szorstki – Ale walczyłem z nimi jeszcze kilkakrotnie. I wiem dobrze o istotnych walorach ich floty. Szczególnie jednym.
   -   Jakiego rodzaju bitwy pan stoczył, karimure? – Daniel potarł dłonią podbródek, wpatrując się uważnie w jaszczura, którego chłodna otoczka zdawała się pękać
   -   Za pierwszym razem to była ochrona terrańskiego konwoju. Kiedy udało nam się doprowadzić go bezpiecznie na miejsce, otrzymaliśmy nowe rozkazy i powróciliśmy do sektora Guvera, tym razem ze wsparciem. Byłem jednym z dowódców, którzy prowadzili tam przez następne trzy lata operacje, i w tym okresie walczyłem z Xizarianami kilkakrotnie, raz nawet niszcząc jedno z ich gniazd.
   W tym momencie pojawił się steward i obaj oficerowie zamilkli, podczas gdy załogant stawiał na blacie dwie filiżanki kawy. Skawiński odprawił podkomendnego, a kiedy ten zniknął za drzwiami, upił łyk gorącego napoju.
   -   To imponujące, karimure – powiedział wreszcie – Ale od tamtego czasu sporo się zmieniło.
   -   Owszem – potwierdził Aneli – Zmienili skład swoich flotylli, pozbywając się średnich i ciężkich okrętów i polegając niemal wyłącznie na fregatach. One mogą szybko uderzyć i zaraz zwiać, kiedy sytuacja zaczyna wyglądać kiepsko. Zmienili też dopuszczalny limit strat przy ataku, i o ile się nie mylę, mają teraz do dyspozycji więcej okrętów w ogóle.
   -   Tak, choć nie wiemy, ile – Skawiński skinął głową – Może być ich około trzystu, być może więcej.
   -   Co wyślecie przeciwko nim?
   -   Niecałe dziewięćdziesiąt okrętów, w tym trzydzieści niszczycieli i czterdzieści korwet.
   -   Niezbyt dużo – Sorevianin ponownie rozparł się w fotelu – Powiedziałbym jeszcze raz, że jesteście lekkomyślni.
   -   Nie możemy w tej chwili wystawić zbyt wielu jednostek, ze względu na stałe zagrożenie ze strony Auvelian – wiceadmirał ponownie upił łyk kawy – Większość z tych okrętów, które są wolne, wykorzystujemy do organizowania w sektorze Guvera patroli oraz eskort konwojów. Ale Naczelne Dowództwo Floty nalega na atak.
   -   Cała Szósta Flota Uderzeniowa może dołączyć do operacji – zapowiedział Aneli – Ale to będzie wymagało jeszcze kilku dni zwłoki, nim się zbiorą.
   -   Ewentualnie możemy wyruszyć z waszą awangardą. Ile ma pan tutaj okrętów?
   -   Dokładnie dziesięć krążowników liniowych klasy Sivaron i dwadzieścia niszczycieli rakietowych klasy Ravame.
   -   Ściągnęliście tutaj niszczyciele rakietowe? – Skawiński uniósł brwi – Czemu akurat one?
   -   Mogą się okazać bardziej przydatne, niż okręty ze standardową artylerią laserową.
   -   Co ma pan na myśli?
   Aneli spojrzał na człowieka zdumionym wzrokiem, a wiceadmirałowi wcale się nie spodobał fakt, że dostrzegł w tym spojrzeniu również niepokój.
   -   Jak mniemam, nie dokonywaliście jeszcze żadnej diagnostyki okrętów xizariańskich, ani nie dysponujecie na ich temat szczegółowymi danymi?
   -   Nie, karimure – odrzekł krótko Skawiński – Nie zdobyliśmy żadnego egzemplarza ich okrętu.
   -   Trzeba było to zrobić – jaszczur teraz naprawdę wyglądał na zaniepokojonego – Nie wiedziałem, że nasz wywiad jeszcze się nie podzielił z waszym swoimi odkryciami w tej dziedzinie.
   -   Nie współpracujemy jak dotąd zbyt długo – Daniel oparł łokcie na blacie stołu i zaplótł palce, odnosząc wrażenie, że zaczyna dzielić niepokój Sorevianina, choć nie znał jeszcze jego powodu – Co zatem powinienem wiedzieć?
   -   Chodzi o te ich bioniczne statki – rzekł Aneli – Opancerzenie ich kadłubów jest w większości metalowe, ale pokryte od zewnątrz warstwą żywej, bardzo trwałej tkanki…
   -   Wiem o tym, karimure – wtrącił Skawiński – Na bionice opierają się również ich systemy pokładowe, w tym system kompu…
   -   Jeszcze nie skończyłem – przerwał Sorevianin z rozdrażnieniem – To ważne, a skoro o tym nie wiedzieliście, nie jestem w stanie oszacować skutków.
   Na chwilę zapanowało ponure milczenie, a Skawiński czuł już wyraźny niepokój.
   -   Wprawdzie nikt z was nie zdobył jeszcze żadnego okrętu xizariańskiego – ciągnął Aneli, tym razem spokojnym głosem – Ale mnie się to udało. Zagarnęliśmy jeden z ich niszczycieli i poddaliśmy badaniom. Odkryliśmy przy tym niezwykłe zdolności żywych tkanek okrętu, w tym bionicznego opancerzenia kadłuba. Mówiąc konkretnie, zdolności przystosowawcze.
   -   Co chce pan przez to powiedzieć? – zapytał Daniel, ale w gruncie rzeczy już domyślał się odpowiedzi
   -   Te okręty niejako się uczą – odrzekł Aneli – Potrafią się przystosowywać w ciągu kolejnych stoczonych bitew. A nawet… uodparniać się stopniowo na obrażenia, w miarę odnoszenia uszkodzeń w poszczególnych starciach.
   -   Niech to szlag – zaklął Skawiński – W jakim stopniu się uodparniają?
   -   Robią to dość powoli, ale efektywnie. Po długotrwałych próbach z laserami, jakich dokonywaliśmy na tym zdobytym niszczycielu, stawał się coraz bardziej odporny na ich działanie. Po zakończeniu prób, o ile się nie mylę, okręt był już całkowicie niewrażliwy na broń laserową.
   -   Dobry Boże – wiceadmirał rozłożył bezwładnie ręce, czując się teraz, jakby wieści od soreviańskiego oficera odebrały mu zupełnie energię
   -   Oczywiście, wszystko zależy od tego, jak często te okręty biorą udziały w bitwach i ile otrzymują obrażeń, jak również od klasy i siły ognia stosowanej przeciwko nim broni – kontynuował Aneli – Z tego, co wiemy, nowo zbudowane okręty są hartowane, ale ich uzbrojenie nie jest tak zaawansowane, jak nasze, aby to wystarczyło do uczynienia biostatków niewrażliwymi na naszą broń. Ale ponieważ ci piraci walczą regularnie, ich okręty mogą być bardzo odporne na tradycyjne lasery. Pozostałe typu uzbrojenia zresztą też, skoro ich używaliście.
   -   Nie zdołaliście wytworzyć własnych pancerzy tego typu? – zapytał nagle Skawiński z nadzieją w głosie
   -   Nie – zaprzeczył jaszczur – To za wysoko na nasz poziom bioniki.
   -   Próbowaliście je syntetyzować?
   -   Tak, ale też się nie udało – Sorevianin pochylił się ponownie do przodu – Chciałbym ci doradzić, wiceadmirale, zresztą nie tylko panu, abyście polegali przede wszystkim na skoncentrowanym ostrzale, jeśli o Xizarian chodzi. Do Kagara, stosujcie tylko tego typu atak. Nie można pozwalać ich okrętom, aby wycofywały się z walki uszkodzone, a po bitwie wytwarzały coraz mocniejsze pancerze.
   Najwyraźniej Aneli zauważył rosnący coraz bardziej niepokój Skawińskiego, bo jego oczy zwęziły się i przemówił niskim, mrukliwym głosem.
   -   Jaką taktykę obieraliście przy wymianie ognia? – zapytał powoli
   -   Ostrzał obszarowy – odrzekł Daniel, z trudem panując nad głosem – Każdy działon, każda bateria mają według procedury określony rewir ostrzału względem okrętu. Ogień skoncentrowany prowadzimy w ściśle określonych przypadkach, na bezpośredni rozkaz.
   Na podstawie tego, co już usłyszał, Skawiński doskonale wiedział, co to oznaczało, i pot zrosił mu czoło. Sorevianin wpatrywał się w niego z ponurym milczeniem, a potem uśmiechnął się gorzko, co przy jego wypełnionej ostrymi kłami szczęce sprawiało dość makabryczne wrażenie.
   -   Sihe – powiedział serdecznie, a Daniel przyjął, że to jakieś przekleństwo – Tego się nie spodziewałem, naprawdę. Ale to też nasza wina i mam ochotę zamordować tych idiotów z wywiadu. Jak mniemam, zdaje pan sobie sprawę…
   -   Że oni będą mieli przewagę, kiedy już tam przylecimy? – dokończył wiceadmirał, samemu uśmiechając się bez cienia humoru – Po tym, co tu usłyszałem, doskonale.
   -   Oby siła ognia, jaką wam dają bronie potężniejsze, niż laser, na coś się zdała – Aneli sięgnął wreszcie po swoją stygnącą kawę, i upił kilka łyków, przytykając filiżankę do czubka wydłużonej szczęki i praktycznie wlewając sobie płyn do pyska, by spływał przez całą jego długość do przełyku
   -   Czy działa waszych krążowników coś przeciwko temu wskórają? – zapytał Daniel, usiłując mówić spokojnie, choć w rzeczywistości chciało mu się krzyczeć z frustracji
   -   Myślę, że tak – odparł jaszczur – Modyfikowaliśmy wielokrotnie tego typu uzbrojenie i lasery sprzed tych trzydziestu lat to nie to samo, co dzisiejsze. A oni nie mieli z nami od dawna do czynienia.
   -   Prawda, ale ich fregaty przystosowywały się wskutek bitew z naszymi okrętami.
   -   Chyba dość już usłyszałem – oświadczył Aneli – Wiceadmirale, nie chcę, aby poniewczasie okazało się, że popełniliśmy jeszcze jakieś błędy. Proponuję, żeby mi pan przedstawił swoją strategię. Możemy wspólnie omówić taktykę, unikając przyjmowania założeń, które mogą okazać się katastrofalne w skutkach.
   -   Słusznie – zgodził się Skawiński – Zaprowadzę pana do pokoju odpraw i zwołam swoich oficerów. Aha, i jeszcze jedno.
   -   Słucham?
   -   Gdyby pan kiedyś zgłaszał swoje oficjalne zastrzeżenia wobec waszego wywiadu – rzekł wiceadmirał grobowym głosem – Niech pan też im dorzuci coś ode mnie.
   Jaszczur ponownie obnażył kły w swoim przepastnym uśmiechu, który był tym razem nieco szerszy i bardziej optymistyczny.
   -   Postaram się to zrobić – odrzekł


To be continued...
« Ostatnia zmiana: Lipca 31, 2011, 07:13:51 pm wysłana przez Der_SpeeDer » Zapisane

"Mów mądrze do głupca, a nazwie cię idiotą"

Eurypides
Strony: 1 [2] 3 4 Drukuj 
« poprzedni następny »